Publicystyka

Gdzie salon się bije, prezydent skorzysta

Tomasz Sakiewicz
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Donald Tusk utracił swój największy atut: bezkrytyczne poparcie mediów. Ostatnio TVN, komentując kolejne posunięcia jego ekipy, zdumiewająco często używa określenia "skandaliczny"
[b]Przeczytaj także [link=http://www.rp.pl/artykul/336807.html" "target=_blank]Igor Janke: Widmo nieuchronnej klęski[/link][/b]
Politycy Platformy Obywatelskiej przestrzegają zwolenników Andrzeja Olechowskiego, że swoimi ambicjami prezydenckimi wzmacnia on szanse Lecha Kaczyńskiego na reelekcję. Wkrótce stronnicy Olechowskiego będą mogli szczerze na to odpowiedzieć, że to upór Donalda Tuska, który obstaje przy walce o najwyższy urząd w państwie, zapewnia (przynajmniej w pierwszej turze) sukces Kaczyńskiemu. Logika podziału sceny politycznej jest bowiem nieubłagana. [srodtytul]Czekanie na efekt motyla [/srodtytul]
Jeżeli ktoś jest pewny wyników przyszłorocznych wyborów prezydenckich, to nie wie, co mówi, albo ma dobre kontakty z siłami nadnaturalnymi. Pewny do niedawna sukces Donalda Tuska zaczyna być podważany nie tylko przez jego byłych przyjaciół, ale i przez sondaże. Wierząc tym ostatnim, wybory wygra Jolanta Kwaśniewska, spore szanse mieliby też Radosław Sikorski i Włodzimierz Cimoszewicz. Tylko że nikt z nich nie zgłosił woli startu w kampanii. Kwaśniewska z mężem poprą zapewne Andrzeja Olechowskiego, Radosław Sikorski być może pozostanie lojalny wobec Tuska, o ile utrzyma się rząd i sam Sikorski w rządzie, a Cimoszewicz zapewne w drugiej turze postawi na Olechowskiego. Nie wiadomo też do końca, co tkwi w głowie Lecha Wałęsy. Tusk już się przekonał, że może na niego liczyć w umiarkowanym stopniu i na pewno nie za darmo. Sam premier będący do niedawna niekwestionowanym liderem wyścigu ma kilka poważnych problemów. Jego rząd i on osobiście są coraz mniej popularni. Popularność zaś Platformy Obywatelskiej to dla wielu wyborców efekt braku alternatywy. Gdy wystartuje partia Pawła Piskorskiego, szybko może się to zmienić. W dodatku kolejne wybory pokazują, że sondaże przewartościowują PO od 5 do 10 procent. Jeszcze większe różnice były w sondażach prezydenckich. W 2005 r. Tusk do końca kampanii miał w kieszeni niemal pewną wygraną; w niektórych rankingach prowadził nawet ponad 20 punktami procentowymi. Politycy obozu Tuska są przekonani, że jeżeli chodzi o poparcie społeczne, osiągnęli wszystko, co mogli, i teraz muszą przejść do defensywy. Obrona dotychczasowych zdobyczy będzie trudna, bo musi się odbywać na dwóch frontach: walki z Kaczyńskimi oraz walki z Piskorskim i Olechowskim. Nawet najwięksi zwolennicy Tuska obawiają się, że ekipa Piskorskiego doprowadzi do zmniejszenia poparcia dla Platformy z obecnych ponad 40 procent do maksimum trzydziestu kilku. A może być gorzej. Premier i jego rząd sukcesywnie tracą zwolenników i jego potężny obóz stoi na coraz bardziej niepewnych nogach. Być może dla rozkręcenia lawiny wystarczy wkrótce "machnięcie motylich skrzydeł". Kolejne wybory pokazują, że obóz stworzony przez braci Kaczyńskich może liczyć na 30-procentowy elektorat. Jedynym wyjątkiem były wybory prezydenckie w 2005 r. Wtedy Lech Kaczyński zdobył grubo ponad 50 procent poparcia. Tamte wybory ciągle są ostrzeżeniem dla sztabowców Tuska. Bez względu na procentowy podział sceny politycznej sporo wiadomo o elektoracie PiS i braci Kaczyńskich. Co najmniej dwukrotnie w głosowaniach poparło ich ponad 5 milionów osób. Około 10 proc. tego elektoratu to słuchacze Radia Maryja. Pozostali to ludzie o przekonaniach tradycyjnie konserwatywnych, antykomunistycznych i antyelitarnych. Są wśród nich ci, którzy głosowali za wstąpieniem Polski do UE i znacząca – choć nie dominująca – grupa przeciwników Unii. Większość wyborców PiS mieszka w Polsce południowej i wschodniej. Na zachodzie i północy stanowią oni enklawy składające się ze środowisk powiązanych rodzinnie z podziemiem poakowskim, antykomunistycznym i ludźmi silnie zaangażowanymi w tworzenie "Solidarności". Kaczyńscy mają duże wpływy na wsi i w wielkich zakładach pracy. Donald Tusk nie zrobił niczego, by te środowiska pozyskać. Wręcz przeciwnie: zarówno wieś, jak i środowiska robotnicze mogą ze sporą nostalgią wspominać okres rządów Jarosława Kaczyńskiego. Obecnie to te grupy społeczne pierwsze padają ofiarą kryzysu. Zablokowanie inwestycji z funduszy UE dla tradycyjnych regionów pisowskich też Tuskowi poparcia nie przysporzyło. Jedynym poważnym zagrożeniem dla mobilizacji tego elektoratu była próba zbudowania konkurencji w postaci partii Libertas. Ale dziś PiS raczej nie musi się obawiać konkurencji z prawej strony. [srodtytul]Czarny stereotyp [/srodtytul] W tej chwili najpoważniejszym problemem Kaczyńskich nie jest ewentualna fronda w partii czy wśród wyborców, lecz trudności z poszerzeniem elektoratu. Przy znaczącym poparciu Kaczyńscy przodują w rankingach nieufności. Nawet jeżeli te sondaże są trochę przesadzone, to i tak widać wyraźnie, gdzie jest problem. Kampania Donalda Tuska i PO przebiegała do tej pory w dwóch kierunkach: "ja jestem fajny", a "mój główny przeciwnik okropny". Dzięki temu nawet spadek popularności Tuska nie powodował wzrostu popularności Kaczyńskich. Obecnie jednak Tusk z lubianego, niekontrowersyjnego polityka staje się mniejszym złem. Nawet z takim wizerunkiem mógłby spokojnie wygrać wybory prezydenckie, gdyby nie to, że pojawiła się konkurencja, która jawi się jako miła, niekontrowersyjna, tyleż socjalistyczna, ile kapitalistyczna, niekłócąca się, a na pytanie o program najchętniej odpowiadająca: "A jaki by pan chciał?". Partia Piskorskiego i Olechowskiego żywo przypomina czasy największych sukcesów medialnych Donalda Tuska. Budowa teorii mniejszego zła upada, skoro jest alternatywa. Tusk nie może więc tworzyć spójnego wizerunku antybohatera – Kaczyńskiego, tym bardziej że powinien sporo uwagi poświęcić przyczernianiu obozu Piskorskiego. Tusk utracił też swój największy atut – bezkrytyczne poparcie mediów. Ostatnio TVN, komentując kolejne posunięcia jego ekipy, zdumiewająco często używa określenia "skandaliczny". "Gazeta Wyborcza" też znajduje u niego coraz więcej afer. Wyborca może zadać pytanie, czy Tusk aż tak się zmienił? Przy czarnym wizerunku Kaczyńskiego szarzejący Tusk może wypaść jeszcze gorzej. Wyborcy wiedzą, że polityk nie musi być święty, ale ciągle jeszcze mają sentyment do takich, którzy mają... ikrę. Doradca ekonomiczny prezydenta Adam Glapiński przewiduje na jesieni upadek rządu Donalda Tuska i utworzenie ekipy PO – PiS, która przeciwstawi się kryzysowi. Sam do takiego ruchu namawiałem jeszcze pół roku temu. Widziałem, że rząd brnie w ślepą uliczkę niemożności. Wtedy mój pomysł wydawał się fantastyczny. Dzisiaj, chociaż propozycja Glapińskiego zdaje się bardziej realna, Tusk ciągle nie jest gotowy do zdecydowanych ruchów. [srodtytul]Niepewna przyszłość [/srodtytul] Prawdopodobnie w ekipie Tuska dojrzewa jednak myśl, że coś zrobić należy, jeżeli nie chce się ponownie stracić wszystkiego: prezydentury i rządu. Najlepszym posunięciem byłyby przyspieszone wybory na jesieni. Taki ruch dawałby Tuskowi poparcie zbliżone do tego z wyborów w 2007 r. i wycięcie liberalno-lewicowej konkurencji. Po wyborach Tusk mógłby z otwartą przyłbicą rozmawiać z każdym. Wciągając PiS do rządu, zapewniłby sobie przynajmniej częściowe poparcie Kaczyńskich w ewentualnej drugiej turze wyborów prezydenckich. Ruch wydaje się logiczny, ale... żeby go zrobić, na miejscu Tuska musiałby siedzieć Jarosław Kaczyński. Bardziej prawdopodobny jest więc scenariusz dalszego gnicia obecnego układu, któremu kolejne afery i rosnące podziały przypomną za rok los ekipy Leszka Millera. Rośnie zatem prawdopodobieństwo, że w drugiej turze wyborów prezydenckich spotkają się Lech Kaczyński z Andrzejem Olechowskim. Donald Tusk stanie wtedy przed trudnym wyborem: poprzeć Lecha Kaczyńskiego, z którego przez ostatnie lata robił największego potwora, czy też swojego byłego przyjaciela. Olechowski odbierze mu wtedy już nie tylko prezydenturę, ale też rząd i partię. Tak czy inaczej, bracia Kaczyńscy mogą zacierać ręce. Po raz pierwszy od czterech lat (odkąd PO zaczęła na śmierć i życie walczyć z SLD i ich kandydatem na prezydenta) mają koniunkturę, jakiej sami w najśmielszych marzeniach nie mogli przewidzieć. [i]Autor jest redaktorem naczelnym "Gazety Polskiej" [/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL