Unia Europejska

Historyczna sesja

Jerzy Buzek przejął władzę od Hansa-Gerta Pötteringa
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Strasburg. Pierwszy raz na czele europarlamentu stanie polityk zza żelaznej kurtyny
[b][link=http://www.rp.pl/artykul/333528.html]Komentarz wideo Marka Magierowskiego[/link][/b]
Dziś pierwsza sesja nowej kadencji Parlamentu Europejskiego. Historyczna, bo przewodniczącym unijnej instytucji po raz pierwszy nie będzie polityk ze starej Unii. – Jestem wzruszony. To koniec podziału na wy i my – mówił wczoraj dziennikarzom w Strasburgu były polski premier Jerzy Buzek. Jego wybór jest przesądzony, bo popierają go wszystkie najważniejsze grupy polityczne. Nie tylko chadecy i socjaliści, którzy zawarli porozumienie o podziale kadencji pomiędzy dwóch przewodniczących (najpierw chadek Buzek, a potem niemiecki socjalista Martin Schulz). Także liberałowie, konserwatyści i reformatorzy oraz Zieloni, dla których wybór Polaka na jedno z najwyższych stanowisk w UE to symbol zjednoczenia Europy.
Buzek pozwoli 50 polskim europosłom, z których aż 31 to nowicjusze, poczuć się dziś w Strasburgu bardziej swojsko. Ale to niejedyne polskie akcenty w stolicy Alzacji. Przed wejściem do budynku Parlamentu Europejskiego stoi 28 gigantycznych masztów, na których powiewają flagi państw członkowskich oraz unijne żółte gwiazdy na niebieskim tle. Stalowa konstrukcja jest darem Stoczni Gdańskiej. Potem europosłowie wchodzą na dziedziniec nazwany Agorą Bronisława Geremka, pamięci zmarłego przed rokiem byłego eurodeputowanego. Na środku dziedzińca stoi szklana kula – dzieło sztuki będące darem Wrocławia. Europosłowie zjeżdżali do PE od wczoraj po południu. Jeśli ktoś czuł się zupełnie obco, to mógł poprosić o oprowadzenie po budynku tzw. woźnych parlamentarnych, których można poznać po czarnych muszkach. Zazwyczaj jednak bardziej doświadczeni koledzy oprowadzają nowych. – Jechałem do Strasburga z Jarosławem Wałęsą, więc powiedziałem mu co to kantynka – opowiada „Rz” Filip Kaczmarek, ponownie wybrany eurodeputowany PO. A kantynka to niezmiernie ważna metalowa skrzynia, w której transportowane jest biuro posła z Brukseli do Strasburga i z powrotem. Proceder ten prawie powszechnie (inne zdanie mają tylko Francuzi) uważa się za stratę czasu i pieniędzy. Bo siedziba we Francji wykorzystywana jest tylko przez kilka dni w miesiącu na sesje plenarne. Pozostałe dni europosłowie korzystają z gigantycznego kompleksu w Brukseli i to tam są ich stałe biura i cała administracja, tam zbierają się parlamentarne komisje. Luksus istnienia siedziby w Strasburgu kosztuje unijnych podatników rocznie około 200 mln euro. Co pewien czas posłów elektryzują informacje o stanie bezpieczeństwa pięknego, ale mało praktycznego budynku w Strasburgu. W sierpniu 2008 roku zawalił się sufit na sali plenarnej. Gdyby trwały wtedy obrady, to zabitych mogłoby być kilkunastu, a rannych nawet kilkudziesięciu eurodeputowanych. Ostatnio natomiast pojawiły się informacje o złym stanie zabezpieczeń przeciwpożarowych. Ciągłe podróże z Polski do Brukseli i Strasburga i praca w Parlamencie Europejskim są sowicie wynagradzane. Od nowej kadencji Polacy zarabiają tyle samo co przedstawiciele innych krajów: 7665 euro. Dodatkowo dostają 287 euro diety za każdy dzień pobytu w Parlamencie Europejskim, a także zwrot kosztów podróży. Polska reprezentacja liczy 50 osób, co daje nam szóste miejsce w PE. Liczba mandatów zależy od wielkości populacji: najwięcej eurodeputowanych mają Niemcy – 99, najmniej Malta – pięciu. W Parlamencie Europejskim europosłowie zasiadają w grupach politycznych, a nie narodowych. Polacy są skoncentrowani w trzech frakcjach: PO i PSL w grupie chadeckiej, SLD w grupie socjalistycznej, a PiS – w grupie konserwatystów i reformatorów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL