fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Czatyrdach nad innymi górami

Jan Lechoń
Rzeczpospolita
„Piłsudski był jednym z najgłębszych przeżyć mojej młodości, takim jak »Wesele« Wyspiańskiego. Był mimo wszystkich ułomności, przerostów, anachronizmów, największym bodaj mężem stanu w polskiej historii. Nie przeżywszy go, nie można było naprawdę być wolnym Polakiem” – tak pisał o Marszałku 15 lat po jego śmierci Jan Lechoń, autor najpiękniejszego wiersza o Józefie Piłsudskim.
Za czas powstania tego utworu – jednego z siedmiu zaledwie składających się na legendarny, wydany w 1920 r. tomik „Karmazynowy poemat” – przyjmuje się najczęściej listopad 1918 roku. Niektórzy badacze utrzymywali jednak, że powstał on nieco później – w styczniu 1919 r. lub o rok wcześniej, bo w 1917 roku, gdy w Warszawie odbywała się rewia w związku z powołaniem Rady Regencyjnej, a Piłsudski był więziony w Magdeburgu. Jest to niewykluczone, w końcu w „Dzienniku” poeta wyznaje, że i „Mochnackiego”, i „Piłsudskiego” pisał „w rozpaczy”. Ze względu na długość wiersza przypomnę tylko zakończenie „Piłsudskiego”:
Aż nagle na katedrze zagrali trębacze!
Mariackim zrazu cicho śpiewają
kurantem,
A później, później bielą, później
amarantem,
Później dzielą się bielą i krwią,
i szaleństwem,
Wyrzucają z trąb radość i miłość
z przekleństwem,
I dławią ją wzruszeniem i płakać
nie mogą,
I nie chrypią, lecz sypią w tłum
radosną trwogą,
A ranek, mroźny ranek sypie w oczy
świtem,
A konie? Konie walą o ziemię
kopytem.
Konnica ma rabaty pełne galanterii.
Lansjery – bohatery! Czołem kawalerii!
Hej, kwiaty na armaty! Żołnierzom
do dłoni!
Katedra oszalała! Ze wszystkich sił
dzwoni.
Księża idą z katedry w czerwieni
i złocie,
Białe kwiaty padają pod stopy
piechocie,
Szeregi za szeregiem! Sztandary!
Sztandary!
A On mówić nie może! Mundur
na nim szary.
[b]Jan Lechoń[/b] (naprawdę Leszek Serafinowicz), ten polski Rimbaud, poeta z prawdziwie Boskiego nadania, którego debiutancki tomik poezji ukazał się w 1913 roku, gdy autor miał 14 lat, a Teatr w Pomarańczarni wystawił jego „W pałacu królewskim” w 1916 r. – Pozostał piłsudczykiem do ostatnich dni swojego życia. „Choć o nim nie myślę – pisał – i nie wzywam jego imienia nadaremno, jestem wierny Piłsudskiemu jak wspomnieniom młodości, jak Mickiewiczowi czy Żeromskiemu. To zarazem instynkt i przekonanie, że on stał jak Czatyrdah nad innymi górami, nad wszystkimi fachowcami polityki, jedyny wśród nich – na miarę Szekspira i Wyspiańskiego, jedyny należący do poezji”.
W swej twórczości oddał też Lechoń hołd wysiłkowi legionowemu, jeden z wierszy poświęcając majorowi Brzozie, który odznaczył się w bitwie pod Kostiuchówką na Wołyniu w lipcu 1916 roku. Był on z pochodzenia Czechem, nazywał się Ottokar Brzoza-Brzezina. Na początku i końcu wiersza o nim poeta umieścił to samo zdanie: „To major Brzoza kartaczami w moskiewskie pułki wali”, a w środku utworu ukrył taką strofę:
Dudni nam ziemia, dudni, dudni.
Radujcie się majorze!
Tylko się Polska nam rozcudni,
Gdy skwarny przyjdzie czas południ
Na nasze krwawe zboże.
Wybuch wojny zastał Lechonia w Paryżu, skąd w 1940 r. przez Portugalię wyjechał do Brazylii, a stamtąd w grudniu 1941 r. do Stanów Zjednoczonych, gdzie osiadł w Nowym Jorku. 8 czerwca 1956 roku wyskoczył z okna hotelu przy 57. ulicy, ginąc na miejscu. 35 lat później prochy poety sprowadzone zostały do ojczyzny i złożone w grobie rodzinnym na cmentarzu w podwarszawskich Laskach.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA