Film

Powrót Pana Kleksa

materiały prasowe
Stary, dobry Brzechwa zaproponował dzieciom podróże w krainę wyobraźni. Reżyser Krzysztof Gradowski w latach 80. ożywił świat Pana Kleksa na ekranie. Trochę to naiwne, trochę niedzisiejsze. Ale sympatyczne.
Na rynku DVD pojawił się wydany przez Wydawnictwo Kino Polska box „Pan Kleks”. Składają się nań trzy filmy „Akademia Pana Kleksa”, „Podróże Pana Kleksa” i „Pan Kleks w kosmosie”.
10-letni Adaś Niezgódka większość czasu spędza nad książkami. Pewnego dnia, prowadzony przez mówiącego szpaka Mateusza, sam wkracza do krainy fantazji. Wiedziony piosenką „Na Wyspach Bergamutach” staje u bram Akademii. To początek jego przygód. Tryptyk Krzysztofa Gradowskiego powstawał w okresie stanu wojennego. Był bezpieczną ucieczką od polityki i ideologii, niósł dzieciom sporą dawkę radości i fantazji. I postać niezwykłego pedagoga, który potrafi nie tylko uczyć, ale również przygotowywać swoich wychowanków do życia, wyrabiać w nich uczciwość, życzliwość i lojalność, nie uśmiercając przy okazji marzeń. Pedagodzy z najsłynniejszej dzisiaj szkoły czarów — Potterowskiego Hogwarthu — są na ogół niedostępni, wyniośli i, co tu ukrywać, dość sztywni. Pan Kleks był nie tylko guru, ale również przyjacielem.
Filmy Gradowskiego mają w sobie sporą dawkę optymizmu. Są ożywiane piosenkami — najsłynniejszymi wierszami Brzechwy, do których muzykę napisał Andrzej Korzyński. Przekonującą, „do pokochania” postać Pana Kleksa stworzył Piotr Fronczewski. Jak się te film ogląda po latach? Nie będę ukrywać, że tak sobie. Czuje się w nich siermiężność naszej kinematografii sprzed ćwierć wieku. Efekty specjalne szyte są grubymi nićmi, dzisiaj już nie uwierzy w nie żadne dziecko wychowane na „Star Trekach”, „Indiana Jonesach” i „Piratach z Karaibów”. Inscenizacje piosenek sprawiają wrażenie szkolnej akademii, a wiele scen przypomina raczej telewizyjne „Domowe przedszkole” niż dziecięcy musical. Tempo akcji, jak na dzisiejsze standardy, pozostawia wiele do życzenia, mało współczesna jest też naiwność tej opowieści, bo przecież w ostatniej dekadzie bajki dla dzieci rodem z wytwórni Dreamwork czy Disneya bardzo wydoroślały. Trochę to „rozrywka z myszką”, ale przy wszystkich uwagach mają też „Kleksy” swój czar. Dzisiejsze dzieci bawią się lalkami Barbie, które można ubierać jak współczesne księżniczki-milionerki i fundować im narzeczonych z luksusowymi samochodami czy Transformerami i rozmaitymi figurkami, które trafiają do sklepów wprost z kart komiksów. A przede wszystkim grami komputerowymi, często uzależniającymi i rodzącymi agresję. „Pan Kleks”, choć trochę niemodny i naiwny, jest jednak zwycięstwem fantazji. Gradowski, razem z Brzechwą mówią, że niezwykłe podróże można odbywać we własnej wyobraźni, a świat nie kończy się na zabijaniu wirtualnych żołnierzy w komputerze, że wystarczy chcieć, by znaleźć wokół nas sporo poezji. Może też warto sobie czasem przypomnieć, że dzieciństwo to czas niewinności i jasnych podziałów na dobro i zło?

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL