Teatr

Sarmackie picie z grillem w tle

Akcja „Pijaków” została przeniesiona w lata 70. XX wieku
Fotorzepa, Bartosz Siedlik
Premiera "Pijaków" w Starym Teatrze. Barbara Wysocka skutecznie reanimuje niewystawiany od ponad 230 lat dydaktyczny tekst Franciszka Bohomolca
Z całą pewnością nie mamy tu do czynienia z arcydziełem literatury pięknej. Streszczenie "Pijaków" można by zawrzeć w kilku słowach: zaczyna się od małego pijaństwa, potem jest duże pijaństwo, w przerwie – wątłe perypetie matrymonialne, a na koniec wielkie, niczym nieskrępowane, prawdziwe, sarmackie polskie picie. Temat najwidoczniej nie był autorowi obcy, skoro stwierdza: "wino i inne trunki dał Pan Bóg ludziom dla ich zdrowia i wygody", uzupełniając zaraz potem: "ich używanie nie szkodzi, póki za granicę pomiarkowania nie wykroczy".
Siłą tekstu Bohomolca jest żywy, jędrny, oparty na potocznej polszczyźnie, język – jedyny właściwie sprzymierzeniec młodej reżyserki. Niestety, uczony jezuita, zwany ojcem polskiej komedii, nie był mistrzem budowania intrygi i tworzenia na scenie nieschematycznych postaci. Moralizował ponad miarę, bez subtelności ukazując zgubne skutki nadmiernego spożycia alkoholu. "Pijacy" to utwór o czytelnym przesłaniu, ale literacko bardzo wątły. Wysocka przenosi akcję "Pijaków" w końcówkę XX wieku; z sarmackiego dworku w niezbyt malownicze okolice podmiejskich garaży. Czyni to w sposób niewymuszony, z pewną wręcz nonszalancją: Pijakiewicza (Juliusz Chrząstowski) moglibyśmy spotkać pod którymś z bloków i dziś, ale na przykład Iwroński (Krzysztof Zawadzki) jest postacią estetycznie zanurzoną w latach 70. Klimaty raczej swojskie: na scenie jest grill, czerwony mały fiat i osiedlowy sklep z alkoholem. Portret polskiego pijaka ma charakter zbiorowy, ale i mocno zróżnicowany. Tak jak różne są style picia reprezentowane przez bohaterów: od klasycznej biesiady przez picie ekstatyczne, dionizyjskie, do picia samobójczo -heroicznego, pełnego lęków i kompleksów. Jest w czym wybierać; nieprzypadkowo pisał Heine, że Polacy doprowadzili picie do "nadludzkiej doskonałości". W tej konstelacji, oczywiście, nie może zabraknąć abstynenta, tutaj – w osobie dziwacznego polsko -włoskiego mafiosa (Roman Gancarczyk). W inscenizacji Barbary Wysockiej uderza balladowy, pogodny, przypominający nastrój prozy Hrabala ton. Picie oddala od rzeczywistości, znieczula, jest "narodowym narkotykiem". Kluczowa dla spektaklu wydaje się scena bez słów, w swoim muzycznym, hipnotycznym zrytmizowaniu nawiązująca do nagrodzonego Oscarem filmu Rybczyńskiego "Tango". W alkoholowym ciągu pijacy kręcą się w kółko na obrotowej scenie, powtarzając wielokrotnie te same sekwencje ruchów. Scena jest na swój sposób piękna, ma uwodzicielski, taneczny wręcz charakter – ale z zaklętego kręgu, z pętli pijaństwa nie sposób się wyrwać.
"Pijacy" Barbary Wysockiej nie są antyalkoholowym plakatem. Nie potępiają, nie szokują, nie sięgają do schematów. W świetnej, bardzo zespołowej grze aktorów brak typowej dla teatralnych wyobrażeń pijaństwa karykatury. Jest dyskretna rodzajowość, która służy raczej zróżnicowaniu postaci niż dosadności. XVIII-wieczny tekst Bohomolca płynie ze sceny lekko i naturalnie. Bo też wielce naturalne są dla nas kolejne sceny z udziałem osób nietrzeźwych – i panów, i pań.I to dopiero w sztuce Wysockiej jest przerażające. [i]"Pijacy" Franciszka Bohomolca. Adaptacja, reżyseria, opracowanie muzyczne – Barbara Wysocka, scenografia – Magdalena Musiał. Scena Kameralna Starego Teatru. Premiera jest częścią projektu re -wizje/sarmatyzm[/i]          
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL