fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Błędna diagnoza, zły program ratunkowy

Ireneusz Kwiatkowski
Rzeczpospolita
Im więcej rynku będzie w systemie lecznictwa, tym mniej będzie tam państwa. Kto zatem będzie odpowiadał za konstytucyjne obowiązki państwa w zakresie publicznej sfery ochrony zdrowia? – pyta ekonomista Ireneusz Kwiatkowski
Słuchając wystąpień minister zdrowia Ewy Kopacz oraz analizując diagnozę sytuacji społeczno-gospodarczej programu rządowego „Wsparcie jednostek samorządu terytorialnego w działaniach stabilizujących system ochrony zdrowia”, można odnieść wrażenie, że prezentuje się nadal publicznie błędną diagnozę istniejącego stanu ochrony zdrowia.
Nieprawidłowa diagnoza obecnego systemu to przede wszystkim przekonanie i twierdzenie reformatorów, że zadłużenie szpitali, wydłużające się kolejki po świadczenia i nie najlepsza zawsze ich jakość, złe zarządzanie, niezadowolenie pacjentów, łapówki i inne niedociągnięcia to negatywne czynniki wynikające z działania złych przepisów, głównie ustawy o ZOZ z 1991 r. z późniejszymi zmianami. Nie są one wymieniane jednak jako najważniejsze, a ustawa o ZOZ nie jest głównym źródłem ich występowania i oddziaływania.
[wyimek]Proponowane przez rząd przekształcenia szpitali mogą stanowić tylko dla nich dodatkowe koszty oraz stratę czasu dla ich pracowników i kierownictwa[/wyimek]
[srodtytul]ZOZ nie jest hybrydą[/srodtytul]
Nieprawdziwe jest zarówno twierdzenie, że publiczny ZOZ to hybryda ułomnej osoby prawnej i zakładu budżetowego, jak i twierdzenie, że forma prawna samodzielnego publicznego ZOZ zawiera wiele ograniczeń uniemożliwiających szybki rozwój tych zakładów. Można przyznać, że poglądy, twierdzenia i oceny reformatorów są w nieznacznym tylko stopniu zbliżone do rzeczywistości.
Na podstawie dostępnej wiedzy można stwierdzić, że do nasilania się problemów w zakresie funkcjonowania i finansowania ochrony zdrowia przyczyniły się znaczące błędy polityki państwa od początku 1998 r. Chodzi głównie o czas, który upłynął od zmiany systemu organizacji i finansowania ochrony zdrowia z systemu budżetowego na system składkowo-ubezpieczeniowy.
Z analiz różnych ośrodków i grup badawczych oraz raportów NIK wynika, że polityka zdrowotna państwa była oceniana źle. Ta zła ocena wynikała przede wszystkim z zaangażowania do finansowania przez kasy chorych zbyt małych środków pieniężnych z publicznych ubezpieczeń zdrowotnych na finansowanie świadczeń zdrowotnych. W związku z tym kasy chorych powołane do zakupu i finansowania świadczeń zdrowotnych na rzecz ubezpieczonych zawierały kontrakty ze szpitalami często na znacznie niższym poziomie ich finansowania, niż wynikało to z przedstawionych przez szpitale udokumentowanych kosztów ich funkcjonowania.
Ta sytuacja spowodowała zróżnicowany start samodzielnych publicznych ZOZ szpitali w nowych warunkach działania i finansowania świadczeń. Często pozycja szpitala w regionie czy siła przebicia, najczęściej polityczna, jego kierownictwa były wprawdzie czynnikami subiektywnymi, ale decydującymi o większym lub mniejszym stopniu pokrycia ich planowanych kosztów przychodami z kontraktów zawartych z kasami chorych. Kosztów, które z dnia na dzień czy z miesiąca na miesiąc przecież nie mogły ulec większej redukcji, bo w 60 – 70 proc. dotyczyły wynagrodzeń pracowników.
[srodtytul]Efekt domina[/srodtytul]
Następne lata to już efekt domina. Okazało się, że szpitale, które na starcie miały większą różnicę in minus pomiędzy kosztami własnymi a przychodami z kontraktów za świadczenia zdrowotne, pogłębiały te różnice, zwiększając swoje zadłużenie. O wzroście zadłużenia decydowały najczęściej czynniki zewnętrzne, takie jak: rosnące odsetki od zobowiązań przeterminowanych, wzrost cen leków, wzrost cen energii elektrycznej i cieplnej oraz paliw, wzrost cen artykułów spożywczych oraz wzrost wynagrodzeń białego personelu, choćby z tytułu ustawy 203.
Czynniki te, jak się okazało, mimo podejmowanych przez zadłużone szpitale działań naprawczych i restrukturyzacyjnych powodowały niestety szybkie zadłużanie się lub zwiększanie zadłużenia. Najbardziej dotkliwie zadłużenie odczuły te jednostki, które w 1998 r. wystartowały z długami powstałymi w związku ze złymi kontraktami z kasami chorych.
Bezzasadne są w tej programowej diagnozie korzyści ZOZ jako spółki prawa handlowego, a dotyczące zagadnień:
1. efektywnego sposobu zarządzania – spółki prawa handlowego nie zawsze mogą czy wykazują się efektywnym sposobem zarządzania (m. in. stocznie, a przykładów jest bardzo dużo),
2. dyscypliny finansowej i przejrzystej gospodarki finansowej – dyscyplina finansów publicznych, która powinna obowiązywać w publicznych ZOZ, jest o wiele bardziej przejrzysta i zdyscyplinowana niż w spółce prawa handlowego,
3. kwestii pracowniczych – nie ma żadnego znaczenia dobór kadr dla publicznego ZOZ czy spółki ZOZ,
4. spółka kapitałowa zagrożona niewypłacalnością może uczestniczyć w postępowaniu naprawczym. Może podlegać prawu upadłościowemu – co pomija się jako korzyść, ale nie ujawnia się jako zagrożenia dla zdrowia i życia obywateli.
Zmiana formy organizacyjno-prawnej i uzależnienie finansowania zadłużenia od tej zmiany ze środków publicznych nie ma niestety umocowania prawnego. Umocowanie prawne do dysponowania środkami publicznymi to umocowanie ustawowe, a nie wieloletni program rządowy. Program, który narusza zasady solidarności społecznej i równości podmiotów w finansowaniu ochrony zdrowia ze środków publicznych. Program, który za publiczne pieniądze zakłada częściową spłatę zobowiązań przejętych przez jednostki samorządu terytorialnego po zlikwidowaniu publicznych ZOZ.
[srodtytul]To nie koło ratunkowe[/srodtytul]
Przekształcenie samodzielnych publicznych ZOZ w spółki prawa handlowego nie rozwiąże istniejących problemów związanych przede wszystkim z niedofinansowaniem publicznej ochrony zdrowia. Komercjalizacja szpitali może natomiast spowodować kosztowne i trudne do zmiany nowe złe relacje organizacyjno-finansowe w wykonywaniu przez państwo konstytucyjnych obowiązków w zakresie publicznej ochrony zdrowia obywateli.
Wiadomo przecież powszechnie, że komercjalizacja szpitali to ich urynkowienie, czyli dostosowanie do funkcjonowania na rynku, a raczej quasi-rynku świadczeń zdrowotnych. Niestety, już nie publicznych, ale komercyjnych, opartych na działaniu praw rynkowych. A im więcej rynku będzie w systemie ochrony zdrowia, tym oczywiście coraz mniej będzie tam państwa. Kto zatem będzie odpowiadał za konstytucyjne obowiązki państwa w zakresie publicznej sfery ochrony zdrowia? Ucieczka od odpowiedzialności państwa za publiczną sferę ochrony zdrowia tworzy nową, złą jakość zaufania obywateli do państwa.
Prezentacji programu towarzyszy publikacja Ministerstwa Zdrowia – „Informacja o przekształceniach własnościowych w sektorze ochrony zdrowia przeprowadzonych decyzją jednostek samorządu terytorialnego w latach 1999 – 2008” – ze stycznia 2009 r.
W podsumowaniu tego opracowania znajduje się stwierdzenie, że „zakłady, wobec których podejmowane były decyzje o przekształceniu, prowadzą bardziej racjonalną gospodarkę finansową, jednakże zmiana formy organizacyjno-prawnej nie zapewniła im gwarancji osiągania pozytywnych wyników finansowych”.
Zdanie to, choć nie do końca poprawnie sformułowane – chodzi o pojęcie pozytywnych wyników finansowych – przeczy celowi programu. Z jego treści wynika oczywiście, że to nie forma organizacyjno-prawna szpitali może być gwarancją ich niezadłużania się czy też generowania przez nie zysków. A więc zmiany organizacyjno-prawne polegające na przekształceniach samodzielnych publicznych ZOZ szpitali w spółki prawa handlowego ZOZ szpitale nie są rozwiązaniem na miarę koła ratunkowego dla polskich szpitali. Są one, jak widać, rezultatem kontynuowania przez rząd błędnej diagnozy przyczyn zadłużania się szpitali.
[srodtytul]Upór złym doradcą[/srodtytul]
Dotychczasowe przekształcenia szpitali publicznych ZOZ w spółki prawa handlowego były – rzecz oczywista – wymuszone ich bardzo złą sytuacją finansową. Dokonywane były i są pośrednio, pomimo braku stosownych przepisów ustawowych pozwalających na możliwość bezpośredniego przekształcenia samodzielnych publicznych ZOZ w spółki prawa handlowego. Z ministerialnej oceny stanu takich zmian organizacyjno-prawnych wynika, że nie gwarantują one niezadłużania się szpitali.
Proponowane przekształcenia mogą stanowić tylko dodatkowe koszty dla szpitali i stratę czasu dla ich pracowników i kierownictwa. Z drugiej strony nadal są one próbą przerzucenia na samorządy publicznej i konstytucyjnej odpowiedzialności państwa za stan ochrony zdrowotnej obywateli w Polsce. Niestety, z wszystkimi wątpliwymi zaletami, a przede wszystkim z oczywistymi wadami wynikającymi z praw ekonomicznych działających na rynku towarów i usług.
Chodzi o skutki gry rynkowej ujawniające się poprzez zagrożenie upadłością szpitali spółek ZOZ i wyprzedażą ich majątku. Inne negatywne rezultaty to możliwość ograniczenia zakresu działalności do świadczeń rentownych, wprowadzenie odpłatności za świadczenia, a w konsekwencji ograniczenie dostępu obywatelom o niższych dochodach. Są to zagrożenia nie tylko naruszające konstytucyjnie równe prawa obywateli do ochrony zdrowia, ale również pogarszające jakość usług i dostępność świadczeń zdrowotnych. Szczególnie chodzi o obywateli z grup o niskich dochodach, a więc emerytów, rencistów, rolników itp. Tych zagrożeń nie ujawnia się w programie.
Znów mamy stracony czas i bardzo wątpliwe „dekretowe” rządowe propozycje programu nie ratowania, ale raczej topienia polskich szpitali. Warto przypomnieć, że czas to pieniądz. Na pieniądze przede wszystkim czekają szpitale. Upór, aby zasilać szpitale pieniędzmi dopiero po przekształceniach publicznych szpitali w spółki prawa handlowego, to zapewne zły doradca.
[i]Autor jest doktorem nauk ekonomicznych, adiunktem w Katedrze Finansów i Rachunkowości w Zachodniopomorskiej Szkole Biznesu w Szczecinie[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA