fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Nie przestaliśmy być żołnierzami...

Płk Stanisław Dąbek
Archiwum „Mówią Wieki
">Grzegorz Łyś
Pułkownik Dąbek broni do ostatka Kępy Oksywskiej
Kępa Oksywska, opadająca stromymi klifowymi brzegami ku Zatoce Gdańskiej i wznosząca się wysoką krawędzią nad szerokimi na 2,5 km torfowymi łąkami i bagniskami pradoliny Redy, wydaje się niedostępną wyspą. Polodowcowy płaskowyż o powierzchni prawie 50 km kw. – nieregularny trójkąt między Oksywiem, Mechelinkami i Rumią – miał być w planach polskiego sztabu bastionem osłaniającym port w Gdyni i Hel. Ale pułkownik Stanisław Dąbek, dowódca Lądowej Obrony Wybrzeża, nie miał złudzeń co do jego walorów obronnych. Zaraz po objęciu dowództwa porównał go do głębokiego talerza, do którego „Niemcy będą pluć ze wszystkich stron”. I niestety się nie pomylił.
Od chwili, gdy broniące Wybrzeża jednostki polskie po zdobyciu przez nacierający od zachodu korpus gen. Kaupischa Wejherowa i Redy wycofały się 12 września z Gdyni na Kępę, na okrążony, odkryty płaskowyż spada bezustannie ogień artylerii i bomby. Od wybuchów pocisków dział okrętowych drży ziemia. Nad polskimi stanowiskami unosi się kurz i dym z płonących zabudowań. Na Kępie prawie nie ma lasów, przeważają równinne pola i pastwiska, gdzie nie można skryć się przed ostrzałem. Żołnierze zasypywani są w swych płytkich okopach odłamkami i fontannami piasku. Istniały wprawdzie plany budowy tu umocnień, ale do wybuchu wojny nie powstał ani jeden betonowy schron. Kiedy w lipcu 1939 r. pułkownik Dąbek przyjechał do Gdyni, zdał sobie sprawę – i powtarzał to w rozmowach z zaprzyjaźnionymi oficerami – że „będzie musiał wypić piwo, które inni nawarzyli”. Na Wybrzeżu brakowało schronów, broni, żołnierzy, koncepcji i organizacji. W ciągu kilku tygodni Dąbek, znany z energii i twardej ręki, opanował chaos. Udało się uzupełnić stacjonujące tu jednostki rezerwistami i sformować oddziały ochotnicze. Dzięki temu siły Lądowej Obrony Wybrzeża wzrosły z niespełna 6 do ok. 15 tys. żołnierzy. Ciągle jednak było ich niemal trzy razy mniej niż Niemców, którzy 1 września ruszyli na Gdynię i Hel.
Od pierwszych dni wojny, gdy okazało się, że nie można liczyć na odsiecz Armii „Pomorze”, dowódca LOW wiedział, że Wybrzeża nie obroni. Już kiedy nakazał odwrót na Kępę Oksywską, zwierzył się komisarzowi rządu w Gdyni Franciszkowi Sokołowi, że zamiast niewoli wybierze samobójczą kulę. Nie był to romantyczny gest wynikający z bitewnej gorączki – taki patetyczny czyn nie leżał w naturze tego chłopskiego syna z Galicji, od 20 lat wspinającego się mozolnie po szczeblach wojskowej kariery. Tak nakazywały mu, jak wspominają jego podkomendni, oficerski honor i przekonanie, że dowódca powinien wymagać najwięcej od siebie – do końca. Pułkownik Dąbek, przed I wojną światową wiejski nauczyciel, odznaczył się już jako oficer armii austriackiej na froncie włoskim. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, był wykładowcą i komendantem Szkoły Podchorążych Piechoty w Zambrowie, dowodził 7. Pułkiem Piechoty Legionów i 32. Pułkiem Strzelców Kresowych. W wojsku ceniono go za stanowczość, talenty organizacyjne i wybitną wiedzę fachową. Potwierdził to ostatni awans – na jedno z najtrudniejszych wojennych stanowisk. Na Kępę Oksywską wycofało się 7 ,5 tys. żołnierzy – 1. i 2. Morski Pułk Strzelców i Morska Brygada Obrony Narodowej – w większości walczących od pierwszego dnia wojny. Przemęczone, skrwawione oddziały w ciągu dnia odpierają ataki Niemców wdzierających się ze wszystkich stron – od Kazimierza, Mostów, Starego Obłuża – na krawędź płaskowyżu. Nocami dowódcy prowadzą ich do kontrataków. Ale rankiem 19 września żołnierze płk. Dąbka bronią się już tylko na skrawku ziemi o szerokości ok. 1 km i długości 5 km. Od świtu polskie pozycje atakują bombowce Luftwaffe i artyleria Kriegsmarine. Nad głowami obrońców wyją 280-mm pociski z dział pancernika „Schleswig-Holstein”. Straty przekraczają już 1500 zabitych. Przed południem pułkownik Dąbek składa ostatni meldunek dowódcy obrony wybrzeża, kontradmirałowi Józefowi Unrugowi. Potem rozkazuje przeciąć kabel łączący jego sztab w nadmorskim jarze Babi Dół z Helem, a jego koniec zatopić w morzu. Na Kępie Oksywskiej walczą już tylko ostatnie okrążone polskie oddziały. Pułkownik Dąbek nakazuje swym oficerom postarać się o karabiny i amunicję: „Skończyła się nasza rola jako dowódców. Nie przestaliśmy jednak być żołnierzami i ten żołnierski obowiązek wykonamy do końca”. Jest około trzeciej, gdy wyprowadza swój 20-osobowy oddziałek na północną krawędź Babiego Dołu, osłoniętą rzadkim lasem. Chwi- lę później w wąwozie pojawiają się Niemcy. Pułkownik, stąpając po kobiercu z wrzosów, obchodzi, nie zważając na ostrzał, stanowiska obrońców. Obok niego pada pocisk moździerzowy. Ranny, sięga po visa. Strzela sobie w usta.[ramka]Edmund Kosiarz, „Obrona Kępy Oksywskiej” „Kępa Oksywska 1939”, red. Wacław Tym[/ramka] [i]Grzegorz Łyś - dziennikarz „Rzeczpospolitej”, popularyzator nauki, autor m.in. licznych publikacji z zakresu turystyki historycznej[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA