fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Muzea to nie oręż polityczny

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Nie powinno się prowadzić wojny politycznej poprzez muzea, bo będzie to ze szkodą dla nich samych, a przede wszystkim dla świadomości historycznej Polaków – pisze dyrektor Muzeum II Wojny Światowej
Artykuł Wojciecha Roszkowskiego („Różne pamięci Europejczyków”, „Rz”, 11.12.08) jest ważnym głosem w debacie o idei Muzeum II Wojny Światowej. Nie jest to już język Jarosława Kaczyńskiego, który zarzucał inicjatorom tego projektu chęć pomniejszenia polskich cierpień i niemieckiej winy, ale wypowiedź w większej części spokojna i rzeczowa, umożliwiająca racjonalną dyskusję. Od tego tonu odbiegają co prawda uwagi prof. Roszkowskiego o niżej podpisanym jako animatorze całego przedsięwzięcia, ale o tym nieco później.
[srodtytul]Połowa dla polskich spraw[/srodtytul]
Cieszy przede wszystkim to, że historyk i eurodeputowany PiS uznał sensowność działań, które mają pokazywać Europie historię Polski, zgodził się co do zasady, że dobrze jest to czynić na szerszym europejskim tle – wtedy nasza opowieść będzie bardziej zrozumiała, a nawet z udziałem zagranicznych historyków, którzy mogą „pomóc w skutecznej promocji polskiej wizji wojny”.
Ma też rację, gdy pisze, że problem „leży w proporcjach i doborze materiału”. Kluczową wagę tej ostatniej sprawy podkreślali także historycy uczestniczący w pierwszej dyskusji wokół naszego projektu w październiku tego roku. Bardzo trudno na początku prac zadeklarować, jakie będą szczegółowe proporcje między problematyką polską a zagraniczną, niektórych wątków po prostu nie da się tak jednoznacznie podzielić. Przygotowując w tej chwili założenia konkursu na wizualizację i scenografię wystawy, roboczo zakładamy, że polskie sprawy zajmą w niej około 50 proc. miejsca, co z pewnością – przy założeniu, że chcemy pokazać pełen obraz wojny – trudno uznać za marginalizowanie rodzimej historii.
Chcę też uspokoić profesora Roszkowskiego, że Muzeum II Wojny jest od początku polską inicjatywą i ma być realizowane za polskie pieniądze. Nie widzę jednak powodu, żeby zakładać, iż nigdy w przyszłości nie będziemy chcieli korzystać z funduszy europejskich. Europejskie Centrum Solidarności, które było wspierane także przez rządy PiS, jest finansowane mniej więcej w połowie ze środków europejskich i nie było to dotąd powodem do formułowania jakichkolwiek obaw o rzetelność przygotowywanej ekspozycji.
[srodtytul]Odwrócić niedobrą tendencję[/srodtytul]
Wbrew wątpliwościom Wojciecha Roszkowskiego (wcześniej wyrażanym też na łamach „Rzeczpospolitej” przez Dariusza Gawina) nie zamierzamy rezygnować z ujęcia chronologicznego. W zarysie programu, przygotowanym przeze mnie i Piotra M. Majewskiego, wymieniliśmy dwa ważne elementy ekspozycji, które muszą być przedstawione w planie chronologicznym: „Droga do wojny” oraz „Konsekwencje wojny”.
Zakładamy, że w muzeum będą się przenikać dwie osie – chronologiczna, pokazująca głównie wymiar polityczny i militarny, oraz tematyczna, obrazująca takie zagadnienia jak terror okupantów, praca przymusowa, życie codzienne, opór. Ujęcie problemowe jest najlepsze dla porównań, bo jak inaczej pokazać na przykład specyfikę Polskiego Państwa Podziemnego z jego fenomenem samoorganizacji cywilnej (tajna administracja, szkolnictwo, sądy) na tle zjawisk innego rodzaju: z jednej strony partyzantki na Bałkanach czy w Rosji, a z drugiej – francuskiego ruchu oporu.
Nie ma też żadnych powodów do obaw, że poprzez uniwersalizację przekazu zatrzemy odpowiedzialność Niemców i zrównamy cierpienie polskie z niemieckim. Każdy, kto odczyta nasz projekt z dobrą wolą, dostrzeże, że akcentujemy rolę Niemców – we właściwych proporcjach także Związku Radzieckiego – w doprowadzeniu do wybuchu wojny i prowadzenia jej od samego początku metodami zbrodniczymi.
W ekspozycji mają się znaleźć informacje o mordowaniu polskich jeńców we wrześniu 1939 r. (słynna niemiecka wystawa o zbrodniach Wehrmachtu zaczyna się dopiero od 1941 r., tak jakby niemiecka armia prowadziła wojnę z Polską w rękawiczkach!), nalotach na Warszawę, Wieluń i inne miasta, ostrzeliwanie uchodźców, mordowanie polskich elit przez „grupy operacyjne” złożone z funkcjonariuszy SS i policji.
Warto przy okazji zwrócić uwagę, że słynna książka Jonathana Littella „Łaskawe”, bijąca w tej chwili w Europie Zachodniej rekordy popularności i sprzedaży – jej bohater jest członkiem takiej właśnie Einsatzgruppe – zaczyna się od inwazji Niemiec na ZSRR i zbrodni tam popełnianych. Niemal nikt na Zachodzie poza garstką specjalistów nie wie, że podobne metody były stosowane od pierwszego dnia wojny z Polską. Muzeum II Wojny tę właśnie niewiedzę ma zmieniać.
Jeszcze jedno wyjaśnienie. Nie chcemy się koncentrować na historii militarnej nie z tego powodu, by uniknąć prowokowania „złych emocji”, jak spekulował Dariusz Gawin, czy dlatego, by pomniejszać polski czyn zbrojny. Uważamy, że zwiedzającym wystawę łatwiej będzie się emocjonalnie identyfikować z losami zwykłych ludzi – takich jak oni sami – poddawanych represjom okupanta, wywożonych do obozów koncentracyjnych, zamienianych w przymusowych robotników, starających się zachować w wojennym inferno najbardziej elementarne wartości.
Warto też pamiętać, że nasza wyjątkowość w II wojnie nie wiąże się wcale z militarnym wkładem w pokonanie III Rzeszy – na tym polu nasze doświadczenie byłoby przesłonięte przez wysiłki takich gigantów jak ZSRR czy Stany Zjednoczone, ale właśnie na losach ludności cywilnej, z jednej strony jej cierpieniach, z drugiej – jej udziale w oporze wobec okupantów.
[srodtytul]Kultura insynuacji[/srodtytul]
Można tylko żałować, że wszystkich swoich uwag o koncepcji muzeum prof. Roszkowski nie utrzymał w równie rzeczowym tonie. Byłoby to nowe otwarcie dyskusji, w której dotąd wiele było zwykłych inwektyw. Znany historyk pozwolił sobie na sformułowania, które wywołują najwyższe zdumienie. Stwierdzenie, że w pierwszym spotkaniu na temat projektu muzeum uczestniczyli tylko „historycy prorządowi”, jest bardzo nieeleganckie, ujmując to najłagodniej.
Nie przyszło mi do głowy się zastanawiać, na kogo swój głos oddali w ostatnich wyborach i jaki stosunek do rządu Donalda Tuska mają tak wybitni badacze jak Tomasz Szarota, Jerzy Borejsza, Andrzej Chwalba, Grzegorz Mazur, Andrzej Kunert czy Marek Ney Krwawicz. Zostali zaproszeni na spotkanie, tak jak i pozostali historycy, dlatego że są powszechnie uznanymi specjalistami od problematyki II wojny. I tylko takimi kryteriami będę się kierował również w przyszłości przy doborze współpracowników muzeum. Myślenie prof. Roszkowskiego w tym względzie jest przejawem skrajnego upolitycznienia historii najnowszej, które dokonało się w ostatnich latach. Nie akceptuję takiego podejścia, a Wojciech Roszkowski jest dla mnie nie tylko politykiem PiS, ale przede wszystkim wybitnym historykiem, autorem ważnych książek.
Zajmując się moją osobą, prof. Roszkowski deklaruje, że nie jest zwolennikiem kultury podejrzeń. Niestety, to co pisze, jest częścią kultury insynuacji, coraz częściej obecnej w polskiej debacie publicznej. Jego myślenie można streścić tak: koncepcja programowa Muzeum II Wojny mimo wszystkich pytań i wątpliwości jest interesującym punktem wyjścia do starań o pokazanie światu polskiej historii. Największy problem polega jednak na tym, że „jeden z jego autorów, prof. Paweł Machcewicz, dał się poznać jako zagorzały i często niesprawiedliwy krytyk polityki historycznej IV RP”.
Taki sposób argumentacji, ad personam, bardzo utrudnia racjonalną rozmowę. Przypomina argumenty Piotra Semki w programie „Warto rozmawiać”, kiedy to publicysta stwierdził, że jako autor krytycznej recenzji na temat książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o Lechu Wałęsie jestem postacią niewiarygodną. Szkoda też, że prof. Roszkowski oceny moich intencji nie buduje, opierając się na moich działaniach jako twórcy i wieloletniego dyrektora Biura Edukacji Publicznej IPN oraz na napisanych przez mnie książkach. Historią nie zacząłem zajmować się wraz z podjęciem się zadania tworzenia Muzeum II Wojny.
[srodtytul]Przeczernianie rzeczywistości[/srodtytul]
Wojciech Roszkowski nie wyjaśnia czytelnikom, na czym moja krytyka polityki historycznej PiS polegała. W największym skrócie na dwóch kwestiach. Nie zgadzałem się z oceną twórców jej ideowych założeń, że przed pojawieniem się PiS państwo polskie było obojętne wobec historii. Mój sprzeciw wynikał m.in. z tego, że w IPN prowadziliśmy na wielką skalę – od 2000 r., zanim ktokolwiek na polskim gruncie usłyszał o pojęciu polityki historycznej – publiczne działania naukowe, edukacyjne, wydawnicze odnoszące się do najnowszej historii Polski. Diagnozę konserwatywnych autorów tworzących koncept polityki historycznej uważałem za co najmniej wyolbrzymioną, wpisującą się w stricte polityczny projekt IV RP, który z założenia musiał przeczerniać wcześniejszą rzeczywistość.Drugi nurt mojej krytyki dotyczył instrumentalnego wykorzystania historii za rządów PiS. To, co miało budować wspólnotę narodową i obywatelską, w praktyce było często wykorzystywane do piętnowania politycznych i ideowych oponentów, wykluczania ich z tejże wspólnoty, przypisywania tylko jednej stronie monopolu na patriotyzm.
[wyimek]Nasza wyjątkowość w II wojnie nie wiąże się wcale z militarnym wkładem w pokonanie III Rzeszy, ale właśnie na losach ludności cywilnej, zarówno jej cierpieniach jak i jej udziale w oporze wobec okupantów[/wyimek]
Wszyscy pamiętamy wypowiedzi zrównujące ówczesną opozycję z ZOMO, sugerujące, że ówcześni krytycy PiS, nawet jeśli siedzieli długie lata w komunistycznych więzieniach, to nie za wolną Polskę, ale w imię wspierania jednych frakcji w PZPR przeciw innym. Były to przede wszystkim wypowiedzi polityków, ale nie przypominam sobie głosów oburzenia ze strony prof. Roszkowskiego czy konserwatywnych intelektualistów, którzy domagali się większej roli historii jako spoiwa współczesnego polis. Brakuje mi też dzisiaj refleksji Dariusza Gawina czy Marka Cichockiego, jak oceniają wykorzystanie historii w ostatnich latach, czy nie dostrzegają zagrożeń związanych z instrumentalnym, czysto politycznym podejściem do tej materii. Czy przypadkiem nie zachowali się jak uczniowie czarnoksiężnika, którzy wprowadzili historię do samego jądra polityki i nie mieli już żadnego wpływu na jej bardzo brutalne wykorzystanie? Gdyby zdobyli się na głosy wykraczające poza polityczne i ideowe okopy, znacznie łatwiej byłoby nam teraz rozmawiać, także o projekcie Muzeum II Wojny.
[srodtytul]Krytyka nie jest zbrodnią[/srodtytul]
Muszę też sprostować twierdzenie prof. Roszkowskiego, niemające nic wspólnego z rzeczywistością: „Profesor Machcewicz nie powinien się też dziwić, że jego projekt budzi nieufność, skoro z takim zapałem krytykował, najczęściej bezpodstawnie, na przykład w przypadku Muzeum Powstania Warszawskiego, politykę historyczną PiS”.
O Muzeum Powstania publicznie wypowiadałem się tylko raz, w artykule opublikowanym ponad rok temu w „Gazecie Wyborczej” („Jak polityka zaszkodziła polityce historycznej”, 14.09.2007 r.) Napisałem wówczas, że „Muzeum było bardzo potrzebne, jest najnowocześniejszą w Polsce placówką wystawienniczą, a jego powołanie było wielkim osiągnięciem (zapewne jedynym) Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta Warszawy”. Stwierdziłem też, że brakuje mi w nim „refleksji nad sensem i celowością powstańczego zrywu, postawienia pytania, czy Polacy nie zapłacili zań zbyt dużej ceny. W ten sposób amputuje się niezwykle ważną część narodowej debaty toczonej po 1944 r. i na emigracji, i – w kadłubowym kształcie – w kraju”.
Nawet o najlepszych muzeach, tak samo jak i najświętszych kartach polskiej historii, można i należy dyskutować, a wyrażanie krytyki, takiej jak powyższa, nie powinno być chyba uważane za zbrodnię. W ogóle w dyskusji o Muzeum II Wojny bardzo niepokoi chęć przeciwstawiania go Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie powinno się prowadzić wojny politycznej poprzez muzea, bo będzie to ze szkodą dla nich samych, a przede wszystkim świadomości historycznej Polaków.
Muzeum II Wojny nie może powstawać w opozycji do jakiegokolwiek istniejącego już muzeum ani też nie powinno być kalką tego, co stworzono wcześniej. Właśnie dlatego, że istnieje już Muzeum Powstania Warszawskiego, że powstaje Muzeum Historii Polski, jest miejsce na Muzeum II Wojny, które będzie pokazywało polskie doświadczenie na międzynarodowym tle.
Jest zrozumiałe, że budzi ono wielkie zainteresowanie, a jego koncepcja wywołuje też krytykę. Jeśli będzie ona rzeczowa, muzeum tylko na niej skorzysta. Przy najgorętszym nawet sporze nie warto jednak próbować dyskredytować drugiej strony, odmawiać jej dobrej woli. Debata o historii będzie wtedy łudząco przypominała polską politykę, a to nie będzie właściwa droga do pokazania światu naszej wizji przeszłości czy też budowania pamięci narodowej jako jednego z fundamentów wspólnoty.
[i]Paweł Machcewicz, historyk, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, współautor (wraz z Piotrem M. Majewskim) koncepcji Muzeum II Wojny Światowej, od 1 grudnia 2008 r. jego dyrektor; od sierpnia 2000 do stycznia 2006 r. kierował pionem badawczo-edukacyjnym IPN[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA