fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

W niełasce u inspektora Majchrowskiego

Aleksander Minkowski
EAST NEWS
Aleksander Minkowski, „klasyk literatury młodzieżowej”, blisko 20 lat był współpracownikiem SB
Według życiorysu oficjalnego Aleksander Minkowski, zwany szybkościowcem, to popularny, płodny autor scenariuszy telewizyjnych seriali: „Dyrektorów” – hitu dekady Gierka, „Układu krążenia”, „Przyjaciół” oraz setki książek, które – jak sam przyznawał – „trzaskał”, nieraz po kilka rocznie, wydanych w sumie w trzech milionach egzemplarzy.
Najbardziej znane, wznawiane, filmowane, obecne ciągle w telewizji, to „Szaleństwa Majki Skowron”, „Gruby” czy „Krzysztof”, wydany na MP3 w bibliotece „Gazety Wyborczej” w serii „Mistrzowie słowa”, reklamowany jako dzieło klasyka literatury młodzieżowej. I rzeczywiście, od 1978 do 1994 roku był Minkowski prezesem polskiej sekcji IBBY – Światowej Rady Książki dla Dzieci i Młodzieży.
Ale według zasobów Instytutu Pamięci Niepożądanej oraz pasjonujących przypisów jego niedawnej publikacji „Marzec 1968 w dokumentach MSW” klasyk literatury młodzieżowej od 1961 do 1980 roku, a więc blisko 20 lat, był równie płodnym i gorliwym współpracownikiem SB, rozpracowującym dla niej swoje literackie środowisko, wykorzystywanym też przez Departament I i II, czyli wywiad i kontrwywiad do zadań za granicą.
Zachował się dotyczący go olbrzymi materiał dowodowy. Zapisy ewidencyjne, według których miał trzy pseudonimy: Redaktor, Zalewski i Aleksander, trzy numery rejestracyjne, które są w ewidencji SB niczym stempel i PESEL, trzy kategorie oficjalnego zaszeregowania, a to TW – czyli tajny współpracownik, a to KO – kontakt osobowy, czy też KP – tzn. kontakt poufny. Ze względu na akces do partii i zagraniczne zadania zmieniał bowiem departamenty, statusy i prowadzących oficerów.
Zachowało się też sporządzone odręcznie i podpisane przez Minkowskiego zobowiązanie do współpracy z 5 czerwca 1961 roku, na którą zgodził się, gdy jako dziennikarz „Świata” wyjeżdżał na atrakcyjny rejs do Izraela oraz krajów Europy Zachodniej, a także pokwitowania kilku sum pieniędzy i upominków, peerelowskich luksusów – koniaków, koszy delikatesowych, piór wiecznych, którymi „okresowo” go wynagradzano.
A w 1965 r. – o co zabiegał – pozwoleniem na broń potrzebną mu, jak uzasadniał, w związku z wyjazdami na wieczory autorskie w teren, gdzie „spotykał się z elementami wrogo ustosunkowanymi do polityki partii i rządu”. W 1969 roku, gdy jego mocodawcy uznali, że słabiej się stara – pozwolenie cofnęli, a przyznali znów w 1982 r., w stanie wojennym, już jako wyeliminowanemu TW, ale członkowi tygodnika „Tu i teraz” oraz Zespołu Pisarzy Partyjnych przy KC. Choć według Aleksandra Minkowskiego, tym razem zezwolenie dostał ze względu na chałupę na wsi, ma więc broń do dziś.
Jak się okazało, „trzaskał” nie tylko książki, ale i raporty – zachowały się też trzytomowe, smutno-bogate teczki pracy „Redaktora”, „Zalewskiego” i „Aleksandra”. Około tysiąca raportów z rozmów prowadzonych z nim przez kolejnych oficerów, a podczas pobytu w Stanach pisanych samodzielnie, w pierwszej osobie, na maszynie, ale z licznymi wstawkami, poprawkami. Są również w „obiektówce” na Związek Literatów w większości teczek rozpracowywanych pisarzy: Jerzego Andrzejewskiego, Igora Newerlego, Marka Nowakowskiego.
Przez 20 lat współpracy bezpieka różnie go oceniała, na ogół bardzo dobrze, jako „energicznego, reprezentującego wysoką klasę inteligencji, wiedzy, towarzyskiego wyrobienia, o dużym talencie do zjednywania ludzi. W realizacji zadań wykazuje dużo własnej inicjatywy i pomysłów. Nasze sprawy traktuje poważnie. Do współpracy ustosunkowany jest chętnie, widząc w niej pewne korzyści osobiste, jak obdarzenie go zaufaniem oraz możliwość stałych wyjazdów za granicę”.
Wyrejestrowano Minkowskiego w grudniu 1980 roku, z powodu „niechęci do współpracy” deklarowanej wówczas przez wielu TW, bo maszerował już na nich zielony, szumiący Las Birnam, czyli „Solidarność”.
[srodtytul]Sypnął Mareczka Hłaskę[/srodtytul]
Nieznośna zawartość teczek niewątpliwie Minkowskiemu ciążyła, w swojej ostatniej książce, „W niełasce u Pana Boga”, dokonał bowiem rozpaczliwej próby samoobrony, przedstawiając ich zawartość w sposób absolutnie odwrotny, w jaki chciałby siebie widzieć.
Krzysztof Majchrowski, jego główny oficer prowadzący, jest tu prześladowcą Minkowskiego, złym duchem, „ubekiem od literatów”, który czyhał na niego nieustająco pod Związkiem Literatów, albo wzywał do „Świtezianki”, gdzie wprawdzie pisarz się stawiał, bohatersko odmawiał jednak proponowanych mu donosów na kolegów.
Choć według akt było kompletnie odwrotnie – większość wymienionych w książce, zwłaszcza ci, o których pisał najczulej, najzdrobnialej, to negatywni bohaterowie jego donosów. Np. „Mareczek” Hłasko, który jest w niej starym kumplem jeszcze ze szkolnej ławy i od kielicha, niewpuszczonym przez okrutnego Gomułkę do Polski.
A w raporcie z Izraela z 1961 r., gdzie widział się z Hłaską, delował o rzekomych powiązaniach „przyjaciela” z izraelskim wywiadem, z attaché prasowym izraelskiego poselstwa, a także, ciesząc prześladowców pisarza, informując, jak to na skutek ciężkiej pracy fizycznej Hłasko zmienił się na niekorzyść, postarzał, „to już nie ten człowiek”.
W książce paplał też, że przed wyjazdem spotkał się z matką „Mareczka”, która przekazała mu dla syna czekoladę. W raporcie nie oszczędził i jej, meldując, że stara się o zgodę na powrót jedynaka, pisała do premiera, na razie bez odpowiedzi itd.
Nie wiadomo też, skąd, bajał w książce dalej, w latach 60. Majchrowski wywiedział się o jego wyjeździe do Paryża, do innego kumpla z młodości – „Jasia” Burko, czyli Jacquesa Burko, zmarłego niedawno tłumacza polskiej literatury na francuski, a wtedy – emigranta z Polski, pracownika laboratorium atomowego, autora interesującego SB patentu o znaczeniu wojskowym.
Po powrocie od „Jasia”, kontynuował, zły ubek już na niego czekał, proponując za sowite, dewizowe wynagrodzenie, aby zaprosił Burko do Polski i podsunął mu esbeckiego speca od atomistyki, a gdy Minkowski się postawił, odebrał mu paszport.
Ale według sprawy operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Bury”, to właśnie KP „Redaktor”, wybierając się do Paryża na zaproszenie swego przyjaciela, sam zaproponował swoim esbekom, że go rozpracuje, przejechał się więc do Paryża na ich koszt. A po powrocie przekazał wydobyte od „Jasia” drogą kapturową cenne dla nich informacje o jego patencie oraz firmie. I to również on zaproponował SB, że przedstawi albo poleci listownie „Jasiowi” jej człowieka od atomistyki, który wyciągnie od Burko więcej, namówi na niby to naukową współpracę „z nami”.
Mnożył też w książce opowieści w stylu barona Münchhausena, jak to, że nie tylko Majchrowskiemu odmawiał, ale wyrwał z jego szponów swoich kolejnych przyjaciół. Np. profesora Aleksa E. Alexandra, „Aliczka”, „dowcipnisia o złotym sercu” poznanego w Stanach, przyjeżdżającego często do Polski, gdzie – nie wiadomo, jakim sposobem – wpadł w oko Majchrowskiemu, który zainspirował więc przyjęcie i spił „Aliczka” do nieprzytomności.
A na drugi dzień – uwaga, uwaga – wezwał Minkowskiego i zwierzał mu się, że ten jego „profesorek” to zdeklarowany antykomunista i zapłaci za to! Podrzucono mu do walizek to i owo, dzięki czemu przyjmie każdą naszą propozycję!
– Wpadłem w szał – oburzał się Minkowski. – Zagroziłem, że gdy go tylko tkną, dotrę do samego Gierka, entuzjasty moich „Dyrektorów”, i opowiem o prowokacji! Przerażony jego możliwościami Majchrowski natychmiast stulił uszy, wycofał się z akcji, ale „wszystko mu oczywiście zapamiętał”.
Choć według raportów KO „Aleksandra”, zarówno ze Stanów, jak i pobytów „Aliczka” w Polsce – to on obciążał jego walizki, dostarczał amunicji do ewentualnych szantaży, informując nie tylko o antykomunistycznych poglądach, ale dostarczając tzw. danych wrażliwych, zawsze przez SB wykorzystywanych.
[srodtytul]Krzysztoń jest wrogi socjalizmowi[/srodtytul]
Sporo też u Minkowskiego ciepłych wspominków o Jurku Krzysztoniu, Staszku Grochowiaku oraz innych kumplach ze „Współczesności”, legendarnego pisma młodych, gdzie razem zaczynali.
A według raportów TW „Zalewskiego” – z rozpracowanym przez SB autorem „Wielbłąda na stepie” podtrzymywał kontakt na jej zlecenie, donosząc, że „ma kontakty z zachodnimi tłumaczami i wydawcami, jest zbliżony do rewizjonistycznej grupy »Europa«, obcy socjalizmowi. Zimny, cyniczny, po alkoholu zdarzają mu się ataki wściekłości, spowodowane kompleksem na tle swego kalectwa”.
U Minkowskiego – Staszek Grochowiak był dotknięty genem autodestrukcji. U TW „Zalewskiego” – „kompletnym alkoholikiem, mimo odwyku, maltretującym rodzinę. Pobił się z Lenartem, wyleciał z Zespołu Filmowego, gdzie był kierownikiem literackim” itd.
Charakteryzował też dla SB wielu, wielu innych, np. Igora Newerlego, w książce – „jednego z najżyczliwszych ludzi, których spotkał”, w licznych raportach – „rozczytującego się w bibliotece ZLP w paryskiej »Kulturze«, swój powrót do partii uzależniającego od przyjęcia usuniętych po sprawie Kołakowskiego, forsowanego przez grupę Słonimskiego na prezesa ZLP, ma wysadzić z siodła Iwaszkiewicza”. SB popierała bowiem kandydaturę „gwaranta spokoju”, stawiając nie tylko „Zalewskiemu” zadanie relacjonowania wszelkich kampanii przeciw Iwaszkiewiczowi, jej form oraz organizatorów.
„Scharakteryzował” w związku z tym Wojciecha Żukrowskiego, który w książce jest przyjacielem Karola Wojtyły, papieża przysyłającego po jego śmierci telegram odczytany na pogrzebie. A w raportach – kandydatem na tron po Iwaszkiewiczu, niebezpiecznym właśnie ze względu na swój katolicyzm.
[srodtytul]Szachy były przygrywką[/srodtytul]
Jest też u Minkowskiego scena, gdy spotkany znów przypadkowo Majchrowski naciskał go na spisywanie opinii kolegów na aktualne tematy, ale rzucił hardo, że „rozmawia z nimi tylko o dziewczynach i sztuce”.
W konfrontacji z teczkami to jednak sny o potędze. Ze względu na swoje członkostwo w partii i felieton drukowany w „Trybunie Ludu” nie miał Minkowski dotarcia do najbardziej interesujących SB, np. Stefana Kisielewskiego, Pawła Hertza, chyba że przypadkowo, z doskoku. Zlecano mu więc zadania pośledniejsze, ale również bardzo ważne – przez 20 lat skrupulatnie relacjonował opinie, komentarze i nastroje środowiska. Zarówno o sprawach związkowych – procesie Wańkowicza, Millera, Liście 34, zjazdach, wyborach, jak i wydarzeniach w Czechosłowacji, zmianach w kierownictwie partii, kolejnych podwyżkach. Służba Bezpieczeństwa stanowiła bowiem swego rodzaju agencję przekazującą informacje do swego naczalstwa, czyli Komitetu Centralnego.
„Literacka kawiarnia była moim drugim domem, gdzie codziennie przesiadywałem, grając w szachy nie tylko z Putramentem, ale też Jackiem Bocheńskim” – rozpisywał się w swojej książce.
Ale według akt było to jego miejsce pracy, a szachy – przykrywką, dzięki której mógł następnego dnia nadawać np., że Bocheński wyraża wobec kandydatury Gierka „umiarkowany optymizm”, Putrament uważa wydarzenia grudniowe za „inspirację lewacką” itd.
Nie próżnował również w kolejnych, literackich „hakowniach” – domach pracy twórczej ZLP: zakopiańskiej Astorii, Oborach, a także ZAiKS w Sopocie. Zbierał nie tylko komentarze i opinie, ale też najnowsze wieści, zawsze kiedyś dla SB przydatne. Na przykład, że Lec ma raka, dają mu tylko rok życia. Jerzy Andrzejewski wydaje swoją „Miazgę” w podziemiu. Wirpszowie nie wrócili z Berlina Zachodniego, a mimo to Wydawnictwo Muzyczne wydało książkę w ich tłumaczeniu.
Co robią Karst, Wirth, Stroynowski?
„W marcu 1968 zrobiło się w Polsce tak duszno, tak miałem dość polowań na ludzi, odżydzania Polski, że uciekłem z Genkiem Kabatcem do Zakopanego” – sadził się też w swojej książce. I nic dziwnego, bo w teczkach są również raporty marcowe. Komentarze o zdjętych „Dziadach”, o Józefie Henie, który na nadzwyczajnym zebraniu literatów, „podczas przemówień przedstawicieli władz protestował okrzykami przeciwko antysemityzmowi w Polsce, o który pomówił również nauczyciela swoich dzieci”. O pisarzach pochodzenia żydowskiego wybierających się na emigrację: Sandauerze, co okazało się nieprawdą, Słuckim, Wygodzkim. Hen natomiast ani myślał, choć mówił, że chcą go wypchnąć, specjalnie więc dali mu paszport.
Meldował Minkowski, gdzie osiedli i czym się zajmują marcowi emigranci: Roman Karst, Andrzej Wirth, Juliusz Stroynowski, Ida Kamińska. SB zakładała im tzw. teczki cudzoziemców, rejestrując, czy ich działalność ma charakter antypolski; trafiali wtedy do indeksu osób zastrzeżonych, na ogół uchylanym dopiero po 1989 roku.
[srodtytul]Zimna wódka pod kiszony ogórek[/srodtytul]
Przechwalał się też w swojej książce, jak bohatersko zachowywał się podczas katowickiego Zjazdu Literatów, gdy pytany przez obecnego tam tow. Łukaszewicza o nastroje kolegów, rzucał mu w twarz, że bojowe i że nie uda im się potępić Andrzeja Brauna.
Ale według teczek to kompensacja, odreagowanie, bo przez 20 lat, zgodnie z zadaniami, relacjonował wszystkie ważniejsze zebrania w ZLP. Zebrania organizacji partyjnej, Oddziału Warszawskiego, mimo że w latach 1975 – 1979 był jego wiceprezesem, a zwłaszcza właśnie kolejne zjazdy, które „zabezpieczał”. Przekazywał listy delegatów, uczestników, a później stenogramy wystąpień. Wyławiał śmiałków, którzy wychynęli z „negatywnymi i wrogimi wystąpieniami”, a w kuluarach i hotelowych pokojach kłapali dziobami. To po jego raporcie ze Zjazdu Młodych w Lublinie w 1966 roku objęto Tomasza Burka kontrolą w ramach tzw. kwestionariusza ewidencyjnego.
„Koło Młodych – zajadłe spory, gorące dyskusje i zimna wódka pod kiszony ogórek – rozmarzał się w swej książce Minkowski, opiekun Burka z ramienia Komisji Młodzieżowej. Ale po lekturze teczek Świętemu Mikołajowi znów odpada broda z waty, bo pełno w nich donosów o swoich podopiecznych.
Sypiąc nazwiskami, informował SB, kto jest nieważnym grafomanem, a kim należy się „zaopiekować”, a przede wszystkim, kogo z hukiem wywalono, kogo ukarano tylko naganą, zawieszono, bo jest „nasz”, tzn. partyjny. Najczęściej za chuligaństwo, pijaństwa, próbę gwałtu na koleżance-poetce. Komu odmówiono znów przyjęcia do ZLP, kto jest wiecznym kandydatem, co dawało SB podstawy do rozmów operacyjnych, szantaży, prób werbunku.
Pomagała mu też bardzo funkcja wiceprezesa Oddziału Warszawskiego. To dzięki niej, w maju 1977 r., po naciskach Majchrowskiego, przyczynił się do odwołania z powodu rzekomego remontu sali spotkania autorskiego rozpracowywanego przez SB Jerzego Narbutta, który protest w tej sprawie złożył na ręce... wiceprezesa Minkowskiego.
[srodtytul]Mógłby być bardziej wydajny[/srodtytul]
Nie tylko w książce ostatniej podkreślał swój wielki życiowy sukces, czyli niemal czteroletni w sumie pobyt w Stanach w latach 1968 – 1971, gdzie niczym Czesław Miłosz wykładał literaturę polską, z tym że nie w Berkeley, ale na Wydziale Slawistyki Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku. „Byłem jedynym przybyszem z PRL-u wyróżnionym tak prestiżowym kontraktem” – chwalił się.
Ale drugi, „amerykański” tom teczki KO „Aleksandra” to rewers tego sukcesu. Oficjalnie wyjechał jako stypendysta Ministerstwa Kultury, nieoficjalnie – pod patronatem Departamentu I, któremu został przekazany. Według notatki z 6 sierpnia 1971 r. przejął go osobiście od Majchrowskiego towarzysz Zdzisław Dąbrowski, który utrzymywał z nim w Nowym Jorku kontakt.
Protektorzy „Aleksandra”, m.in. zastępca dyrektora Departamentu I, pułkownik Pękala, wysoko ocenili jego pomoc „dla nas”, nie ukrywając jednak, że „mógłby być bardziej wydajny”.
Wszystkie wydziały slawistyki, na czele z columbijskim, gdzie powstawała właśnie katedra polonistyki, znajdowały się w ścisłym zainteresowaniu Departamentu I szukał tam swoich „wtyk” czy tylko „pożytecznych idiotów” od Europy Wschodniej. Zwłaszcza że był to okres rewolucji kulturalnej, dzieci-kwiatów, „Czarnych Panter” oraz im podobnych, których usiłowano pozyskiwać.
[srodtytul]Kto czyta regularnie „Prawdę”?[/srodtytul]
KO „Aleksander” miał ich wyławiać, charakteryzował więc pod tym kątem columbijskich slawistów: dziekana wydziału, Williama Harkinsa, prodziekana Harolda Segala, a nawet rokujących studentów, np. kandydata na korespondenta w Moskwie. Wszystkich, których przedstawiał później jako starych druhów, nie tylko w książce ostatniej, ale wielu innych, pokłosiu Ameryki – „Vanesce z hotelu Manhattan”, „Madonnie w lustrze” oraz drukowanym w warszawskiej „Kulturze” cyklu „Mój Nowy Jork”.
A w raportach, podając nazwiska, adresy, kto jest członkiem partii komunistycznej? Pracuje podobno dla sowieckiego wywiadu? Nienawidzi Nixona, Ameryki, uważa ją za najbardziej brudny i obrzydliwy kraj, kpi z amerykańskiej wolności, marzy, żeby zamieszkać na stałe w Moskwie, a żegnał się z nim, mówiąc: „Do zobaczenia w Związku Sowieckim”! Czyta regularnie „Prawdę”? Ma przychylny stosunek do PRL, chciałby go odwiedzić, a do tego, jak to slawista, mówi biegle po polsku i rosyjsku? Kto jest potomkiem białych Rosjan czy też polskich Żydów? Ma w Polsce rodzinę – kogo i gdzie?
Podpowiadał, jaki nacisnąć guzik, informując też, kto jest życiowym pechowcem. Wiecznie bez grosza, chwytającym się każdego zajęcia? Niepotrafiącym utrzymać rodziny? Mieszkającym w ruderze? Leczącym się u psychiatry? A także i o tym, kto jest homoseksualistą lub amatorem osiemnastolatek? Ma kochankę, tak że gdyby zapraszać go do Polski, to tylko z nią? Która ze slawistek, choć brzydka jak noc, dobrze po czterdziestce, lubi mężczyzn i alkohol?
Charakterystyki osób najbardziej rokujących miał „uzupełniać, pogłębiać, konkretyzować też bazę ewentualnych rozmów, terminów ich przyjazdów do Polski”. Nie wiadomo, czy z łowów coś wyszło, ale pomagał zarzucać sieci.
We wszystkich swoich „amerykańskich” książkach pysznił się spotkaniem z 90-letnim Aleksandrem Kiereńskim, byłym premierem rządu tymczasowego, któremu udało się uciec z Rosji przed bolszewicką rewolucją. Ale sporządził raport i o nim – źródłach utrzymania, a zwłaszcza jego opiekunce Ellen Ivanoffej, nazywanej w książce „Alionuszką”. Próbował wślizgnąć się też na posadę lektora ociemniałego Kiereńskiego, co byłoby znakomitą fuchą dla wysłannika Departamentu I. Ślepy starzec okazał się jednak mądrzejszy od wszystkich lewaków z Columbii i nie zgodził się nie tylko na zatrudnienie go, ale nawet na następne spotkanie, odradził je również swojej opiekunce, ta jednak nie posłuchała i ma na swój temat sporo raportów.
[srodtytul]Komu grozi deportacja?[/srodtytul]
Zadaniem Departamentu I była też infiltracja Polonii, delował więc spotkanych w Stanach rodaków, którzy mieli nieszczęście się z nim zetknąć. Zwłaszcza pisarzy, nawet i tych, którzy bawili w Stanach czasowo, np. Małgorzatę Hillar, Marka Nowakowskiego (kontaktował się z Karstem i Schenkerem), choć głównie przedstawicieli starej emigracji (Antoniego Gronowicza), ale i najnowszej.
Bardzo obszernie pisał o Macieju Patkowskim, w książce – „starym druhu, jeszcze z Polski, z rodzinnego Wrocławia”, w raportach donosił zaś o jego współpracy z reakcyjnym, emigracyjnym ośrodkiem profesora Krzyżanowskiego, który załatwił mu serię płatnych odczytów dla Polonii, o tematyce na razie niewiadomej. „Aleksander” obiecał jednak ustalić ją przez narzeczoną Patkowskiego – na pewno mu się wygada.
Nie ograniczał się do pisarzy, nie przepuścił nikomu, zarówno poznanym w Stanach, jak też starym znajomkom z Polski. I szkodził, informując, kto z nich pracuje nielegalnie i do tego fizycznie, choć jest stypendystą Fundacji Kościuszkowskiej. Stara się o kartę stałego pobytu? Paszport konsularny? Grozi mu deportacja? Chciałby wrócić, ale jest na dnie i nie ma za co?
– Po powrocie z Columbii pilotowałem przyjeżdżających stamtąd przyjaciół, obwożąc ich po Polsce moim stareńkim moskwiczem – chwalił się w swojej książce. I to się akurat z aktami zgadza, tyle tylko, że według nich robił to dla Departamentu I, „trzaskając” raporty nie tylko o „Aliczku”, ale też np. o profesorze Williamie Mathesie, stypendystce Rebece Kennedy i wielu innych.
Gdzie i u kogo mieszkają? Z kim się kontaktują? Kto jest ich źródłem wiedzy o Polsce? Jaką zajmują się tematyką? Z jakich korzystają archiwów? Co kupują, gdy pilotuje ich po Warszawie? Profesor Mathes np. stare mapy, które wysyła pocztą do Stanów.
[srodtytul]Krzywdzony, przeganiany[/srodtytul]
Nie był pisarzem z najwyższej półki, odwiedzał często peerelowską ambasadę, tak że już podczas drugiego kontraktu „Aleksandra” na Columbii pojawiły się pogłoski o jego konfidencji z wiadomymi służbami, które – według notatki z czerwca 1970 roku – sam zgłaszał, nie ukrywając, kto go oskarża.
Żeby go uwiarygodnić, „legendować” – w slangu SB, zatrzymano, choć na krótko, paszporty jego rodzinie, która chciała go w Stanach odwiedzić, skonfiskowano mu na granicy 13 bezdebitowych książek, ale – według notatki z 25 stycznia 1978 r. – niemal natychmiast zwrócono. Pozwoliło mu to – obok opisów bankietów z Moczarem i Jaruzelskim czy podróży z Górnickim po Indiach – kreować się w swojej książce na męczennika PRL. Niepokornego, przeganianego ze wszystkich redakcji, wiecznie bez stanowisk, etatów, jedynie z cienkim ryczałcikiem w „Tu i teraz” Kazika Koźniewskiego.
No i w niełasce u samego Majchrowskiego, który zastopował mu też objęcie posady dyrektora Instytutu Polskiego w Londynie, mówiąc po imieniu: „Ty również nie zgadzałeś się na wszystkie moje propozycje”!
Aleksander Minkowski, z którym próbowałam rozmawiać, nie wypadł na moment ze swojej roli. Przyznał się jedynie do bruderszsaftu ze swoim rzekomym prześladowcą – spotykali się przecież tyle lat, ale to wszystko. Rozmawiał z nim wyłącznie na tematy ogólne, nieistotne, nigdy o kolegach, nikomu nie szkodząc. Jego teczki są więc kolejnym dowodem niełaski Majchrowskiego, jego zemsty, innym przecież wszystko zniszczył, a niepokornym, tak jak on – nafabrykował, nafałszował i zostawił.
[i]Fragment książki przygotowywanej do edycji w wydawnictwie Prószyński i S-ka.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA