Media

P jak premier zamiast M jak miłość

Politycy będą mówili widzom, co i o której godzinie będą musieli zobaczyć – obawia się Andrzej Urbański
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Platforma chce stworzyć nową biurokrację, która przez cenzurę nakazową będzie sterować mediami publicznymi – mówi „Rz” Andrzej Urbański, prezes TVP
Rz: TVP i Polskie Radio zostaną postawione w stan likwidacji – to jedna z tez założeń do projektu ustawy PO o finansowaniu mediów publicznych. Będą nowe spółki, nowi prezesi, nowe źródła finansowania, nowy nadzór. Profesor Tadeusz Kowalski, szef grupy, która opracowała projekt, mówi, że to pozwoli wreszcie zlikwidować przerost etatów w telewizji.
Andrzej Urbański: Jestem zaskoczony. Jak politycy coś psują, to zawsze sobie tłumaczę: trudno, nie mieli czasu, nie douczyli się. Ale jestem osłupiały, kiedy jeszcze głupsze rzeczy słyszę z ust uczonych. To jest horrendum kompletne. Pan profesor musi zrozumieć, że TVP to nie jest prezes Urbański czy 100 dziennikarzy. To 48 proc. rynku w Polsce. TVP jest najchętniej oglądaną telewizją publiczną w całej Europie. Czy warto likwidować coś, co jest najlepsze? Po co? Trzeba walczyć z przerostami zatrudnienia. Ale to nonsens, by w tym celu używać mechanizmu likwidacji. PO chce zlikwidować abonament i finansować TVP z nowego funduszu zadań publicznych. Z VAT od reklam. Prof. Kowalski szacuje, że to ok. 800 mln zł.
Budżet TVP na ten rok to 2 mld 300 mln zł wydawane prawie w całości na twórców, operatorów, redaktorów. Kawał rynku, z którego żyje polska kultura. Bez tych pieniędzy umrze. Według nowych założeń TVP ma 40 proc. budżetu zarobić sobie reklamą. I być mniejsza. Może to wystarczy? Jak mamy dostać 800 mln i zarobić 400, to ciągle jest tylko 1 mld 200 mln, czyli o połowę mniej niż teraz. Żeby pozostać liderem rynku, potrzebujemy więcej. Ale są w tym projekcie groźniejsze rzeczy. Utworzenie nowej struktury biurokratycznej w całości z nadania politycznego. Mówi pan o radzie powierniczej funduszu wybieranej przez Sejm? Tak. To ciało dysponowałoby pieniędzmi i nakazywało mediom publicznym nadawanie o określonych godzinach określonej produkcji. Co w tym złego? Dostanie pan dotację na film o księdzu Popiełuszce i przykazanie: proszę go puścić o godz. 20 w sobotę. A jeśli ta rada, całkowicie podporządkowana politykom, zażyczy sobie, żeby w najlepszym czasie oglądalności puścić film „Premier: Słoneczko Peru”? To nas cofa do wczesnego PRL. Politycy będą mówili polskim widzom, co i o której godzinie będą musieli zobaczyć. Zmieni się Sejm, zmieni koalicja, wybiorą nową radę i każą produkować filmy o innym, nowym premierze. I nie będzie „M jak miłość”, będzie „P jak premier”. TVP w myśl nowych koncepcji PO mogłaby emitować reklamy, ale nie przy programach finansowanych z funduszu zadań publicznych. Dlatego mówię, że to powrót do PRL. Bo politycy z funduszu będą mieli w rękach kasę i jednocześnie nakazowy system umieszczania programów. Jak ktoś czegoś nie umieści, to pan wie, tam jest zapis, że można zarząd zlikwidować. Albo odebrać licencję. Właśnie. A jest jeszcze mechanizm mówiący, o jakich godzinach mamy nie emitować reklam. Tego nie było nigdy! To jest straszny pomysł na stworzenie nowej biurokracji, która będzie cenzurą nakazową w rękach polityków. Nie ma przymusu. Wedle pomysłu PO fundusz może zlecić produkcję programu misyjnego nadawcy komercyjnemu. Przyjdzie ktoś z pomysłem na dokument o armii Andersa, obieca emisje o godz. 20 w niedzielę i dostanie np. milion. Misja zostanie wypełniona, ale na antenie niepublicznej. To teraz proszę to przełożyć na praktykę. Otóż nadawca komercyjny dostaje o tej 20 z reklamy powiedzmy pół miliona. Jeżeli więc dostanie milion od funduszu (a nie będzie mógł puścić normalnej reklamy, bo taki jest wymóg licencji), to sobie za połowę zrobi film, a połowę schowa i zarobi. Nie ma obawy. Jak nie wyprodukuje tego, co chce fundusz, to musi oddać pieniądze. Takie będą zasady w umowie licencyjnej. Czyli nowa Mysia. Pan wie, był taki urząd na Mysiej. Wiem. Cenzura. Otóż to. Zostanie w ten sposób stworzony nowy mechanizm karania nadawców w całym kraju (także komercyjnych) za to, że czegoś nie zrobili albo zrobili nie tak, jak się panom z funduszu podoba. Powstanie film na przykład o Wałęsie, ktoś z funduszu powie: „Jest zbyt krytyczny, nie spełnia warunków licencji. Oddawać kasę”. Kto płaci, ten wymaga. Przed chwilą mieliśmy wielką debatę: czy władza powinna się zajmować produkcją filmu o Westerplatte. Ja obawiam się, że obecna władza ma takie ciągoty. Całe środowisko filmowe, wszystkie środowiska twórcze protestują. Mówią, że to skandal, że po 20 latach wolnej Polski władza zaczęła decydować, czy jakiś film ma powstać czy nie i według jakiego scenariusza. No przecież zaczynamy się bawić w Gombrowicza. A tutaj jest propozycja, żeby utworzyć gigantyczną instytucję, która będzie się tym zajmowała. Film o Westerplatte ma powstać tylko według pomysłu pana X, a panu Y nie wolno się tym zajmować. Może się pan oburzać, ale jak PO się dogada z PSL i lewicą, to taka ustawa o mediach publicznych przejdzie. Pozostaje mi wierzyć w racjonalność ludzi. Do tej pory się na tym nie zawiodłem. Oczywiście mogę się zawieść, ale będzie to oznaczało, że w Polsce naprawdę dzieje się coś niedobrego. I będziemy zbierali owoce jak na Węgrzech, gdzie TV publiczna wegetuje na marginesie rynku, co zawdzięcza politykom. Do ostatniej chwili będą chodził, spotykał się, rozmawiał i uświadamiał, że tak jak we Francji trzeba wzmocnić media publiczne, a nie osłabić. Może w ramach wypełniania misji publicznej zorganizuje pan przed kamerami TVP okrągły stół na temat tego, jak ma wyglądać telewizja publiczna w Polsce? To dobry pomysł. Chyba tak zrobimy, i to dosyć szybko. Ja wierzę w racjonalizm. W to, że zwyciężą normalne reguły, a nie regulacje wymyślone naprędce, nie wiadomo pod czyje potrzeby.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL