fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Wałęsa – surfer na falach historii

Rzeczpospolita
Gdy fale wolnościowych zrywów unosiły Wałęsę w górę, epizod „Bolka” bladł. Gdy fala opadała, niedobra przeszłość ciążyła mu jak kula u nogi – pisze Piotr Semka
Spór o książkę Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa” zdaje się powoli wyczerpywać swoje możliwości. Obóz obrońców Lecha Wałęsy przeciwstawia usystematyzowanym faktom czystą wiarę w lidera „Solidarności”. A z wiarą niełatwo się dyskutuje. Na dodatek przeciw autorom książki o „Bolku” wytoczono wszelkie możliwe armaty, z kłamstwami na temat ich życiorysów włącznie.
Składać deklaracje wiary w Wałęsę jest łatwo. Trudniej znaleźć chętnych do wytknięcia badaczom z IPN uchybień. Historycy w większości uchylają się od recenzowania książki. W tej sytuacji najchętniej wypowiadają się politycy i publicyści oraz niektórzy biskupi, którzy, krytykując historyków, podkreślają, że książką się brzydzą i czytać jej nie zamierzają. Sam Wałęsa przyjął wygodną dla siebie rolę ofiary nagonki.Mam nadzieję, że gdy minie polityczna wrzawa, będziemy mogli wrócić do zasadniczego pytania: jak pogodzić fakty przedstawione w pracy Cenckiewicza i Gontarczyka z utrwalonym wizerunkiem historycznego przywódcy „Solidarności”?
Jeśli dziś historia byłego stoczniowca wywołuje taki szok, to jest to tylko miara lukrowania jego portretu od 1995 roku. W mediach dyskusja o „Bolku” najczęściej ilustrowana jest archiwalnymi zdjęciami z Sierpnia: na ukwieconej bramie stoczni młody Lech Wałęsa z mikrofonem. Ale te zdjęcia z najważniejszych chwil w życia Wałęsy przysłaniają długie 38 lat – w ciągu których są dni chwały, ale i kompromitujące upadki.
Dobrze rozumiem to sięganie po migawki z „gwiezdnego czasu”. Ja też chciałabym pamiętać Wałęsę takim, jakiego widziałem w Gdańsku jako zaaferowany „Solidarnością” nastolatek. Dowcipny i łatwo zyskujący posłuch robotnik zachwycał świeżością. Był prawdziwym liderem symbolizującym nową epokę. Odważnie rzucał wyzwanie Kremlowi. Ale trwanie w tamtym zachwycie nie czyni nas mądrzejszymi.
Próba wyjaśnienia, jak pogromca komunizmu mógł żyć z tajemnicą „Bolka”, nie jest łatwa. Wyobraźnia z trudem poddaje się tworzeniu portretu psychologicznego człowieka, który z taką samą łatwością kłamie, jak i wypowiada zdania godne największego patrioty. Który szczerze wierzy w swoją wielkość, jak i mataczy, zaklinając się na największe świętości. Który raz jest tak polski jak postacie z płócien Matejki, a chwilę potem tak mały jak drobny kupczyk. Jak skleić z tych różnych cech jednego człowieka? Nie jest to łatwe, ale my, publicyści, powinniśmy próbować. Przynajmniej tego mogą oczekiwać od nas ludzie. Trzy lata temu z okazji 25. rocznicy Sierpnia próbowałem rozwikłać fenomen Wałęsy. W tekście pisanym dla tygodnika „Ozon” zaproponowałem metaforę surfera na falach historii. Zręcznego, mimo kuli przykutej do jego nogi. Kuli w postaci podpisania współpracy z SB po strajku w grudniu 1970 r. Ta kula zawsze Wałęsie ciążyła, a czasem skłaniała do mało chlubnych zachowań. Z kolei dobre cechy jego charakteru i fale wolnościowych zrywów będą ułatwiać mu czynienie rzeczy godnych i zbliżających Polskę do wolności. Tę kulę dał sobie Wałęsa przykuć wskutek słabości charakteru, gdy miał 27 lat, i dziś, gdy dobiega wieku 65 lat, wciąż nie potrafi się od niej uwolnić.
Po przeczytaniu książki Cenckiewicza i Gontarczyka wracam do metafory surfera, bo nie znajduję lepszej, by opisać perypetie elektryka z Gdańska.
Z książki badaczy IPN wynika, że współpraca Wałęsy z SB nie była krótkim epizodem. Trwała trzy lata i była wynagradzana pieniędzmi. To zwiększa naszą wiedzę o tym, jak groźną bronią – potencjalnie – dysponowała władza.
Jeśli posłużyć się metaforą z surferem – Wałęsa po raz pierwszy wskoczył na wolnościową falę w grudniu 1970, ale po paru dniach przykuto mu do nogi kulę donosicielstwa. Jakoś godził donosy z odważnymi wystąpieniami na zebraniach rady zakładowej. Może uważał, że w ten sposób odkupuje grzechy? Może odreagowywał upokorzenie bycia wtyczką?
W końcu ze współpracy się wygrzebał, choć zawdzięcza to także uspokojeniu nastrojów w czasie wczesnego Gierka (1972 – 1975). Przystępując w 1978 roku do Wolnych Związków Zawodowych, Wałęsa chciał odpłacić się władzy za klęskę Grudnia ,70. Zamknięciem tamtej niedobrej epoki „Bolka” mogło być przyznanie się przed kolegami z WZZ.
Wskakując na wolnościową falę, Wałęsa z pewnością pokazuje odwagę, bo fala ta jest jeszcze dosyć słaba. Co prawda jest już po protestach w Radomiu i Ursusie, ale opozycja wciąż jest krucha. Kula mu nie ciąży, bo równoważy ją determinacja, a być może i pewien brak wyobraźni.
Choć i na ten dobry okres pada cień. Chodzi o raport SB z rozmowy Wałęsy z esbekami w Elektromontażu w 1978 roku. Oficerowie bezpieki zostają poinformowani, że nie ma powrotu do dawnej współpracy. Ale w słowach Wałęsy wyczuwają ton, który skłania ich do wyrażenia przekonania, iż jest jakaś szansa na powrót do rozmów. Na sekundę wśród szumu fali kula znów zabrzęczała cichutko.
W sierpniu 1980 r. Lechu przyłącza się najpierw do strajku ekonomiczno-solidarnościowego. Po paru dniach, wskutek nacisku strajkujących spoza stoczni i determinacji Anny Walentynowicz, staje na czele protestu o charakterze politycznym. Przypuszczalnie SB straszy Wałęsę, że zostanie ukarany przez nagłośnienie dawnej współpracy. On jednak czuje swym niepowtarzalnym instynktem, że strajk to żywioł tworzący nową polityczną jakość. Że wieje wiatr historii i on wraz ze stoczniowcami dostaje politycznych skrzydeł.
W sierpniu 1980 roku sam wystawałem przed stoczniową bramą i widziałem na własne oczy narodziny Wałęsy jako lidera na wielką skalę. Wtedy też słuchałem transmitowanych przez megafony negocjacji MKS z Wałęsa i Andrzejem Gwiazdą na czele z kolejnymi delegacjami rządowymi. Gdy po wielu latach oglądałem film dokumentalny z tamtych rozmów – wrażenie pozostało takie samo.
Wałęsa był idealnym materiałem na przywódcę, doskonale uzupełniał się z Gwiazdą i potrafił wykorzystać pięć minut, jakie dała mu Opatrzność, najlepiej, jak było można.
Czy wtedy mógł się nie bać akt „Bolka”? Wygrany strajk sierpniowy musiał spowodować, że jego teczka trafiła na najważniejsze biurka na Kremlu i w KC PZPR. Wałęsa – znów być może instynktownie – zdawał się o tym nie myśleć. Początkowo wierzył w deklaracje ministra Mieczysława Jagielskiego, że „nie ma zwyciężonych i zwycięzców, bo wygraliśmy wszyscy”. A skoro władza odcięła się od starych błędów, to sprawa „Bolka” miała zostać zamknięta.
Ale Wałęsa mógł też przestać się bać swojej teczki z innego powodu. Jak zręczny surfer zdał sobie sprawę, że fala historii wyniosła go na tyle wysoko, iż kula dawnych błędów stała się lżejsza. Wyobrażam sobie, jak tuż po strajku rzuca w twarz jakimś esbeckim emisariuszom: „Kto wam teraz uwierzy, że byłem »Bolkiem«”?
Wałęsa staje się bohaterem 10-milionowego ruchu i może rozmawiać z esbekami z pozycji siły. Jego ambicja i wiara w siebie równoważy sprawność komunistów. Na niespodziewanej fali sukcesu „Solidarności” Służba Bezpieczeństwa i jej dysponenci zaczynają rozumieć, że nikt nie uwierzy w ich kompromitujące materiały.
Ale trudno zakładać, by władze zrezygnowały z tak mocnej karty. Esbecy postanowili raczej poczekać na właściwy moment. Ten zaś nadszedł kilka miesięcy później, gdy Wałęsa stanął do rywalizacji z Gwiazdą o przywództwo w związku. Niegdysiejsi koledzy, a ówcześni rywale, zaczęli wypominać mu jego wyznania o chwilach słabości po Grudniu ,70. Kula „Bolka” zaczęła na nowo nieznośnie mu ciążyć.
Czy SB zdobyła pole groźbą upublicznienia akt „Bolka”? To prawdopodobne, a do myślenia daje wybór przez Wałęsę na swojego sekretarza podejrzanej postaci – Mieczysława Wachowskiego. Ale też zaznaczmy od razu, że zwolennicy Gwiazdy czy Jana Rulewskiego nie wynosili na zewnątrz oskarżeń o uwikłanie Wałęsy. Skłóceni co do taktyki związkowcy czuli się jak w oblężonej przez władze PRL twierdzy, nawet jeśli w sztabie toczyła się zacięta rywalizacja.
Zaznaczmy wyraźnie – wyrafinowani gracze z SB nie musieli posuwać się do próby obrócenia Wałęsy w posłuszne narzędzie. Bardziej prawdopodobna wydaje się hipoteza stworzenia nieformalnego kanału komunikacji z Wałęsą, używanego do wysyłania pogróżek lub „konstruktywnych propozycji”.
Wściekając się na „wąsatą małpę” (jak nazywał w 1981 roku lidera „Solidarności” Jerzy Urban), szefowie PZPR zadawali sobie pytanie, czy ktoś inny na czele związku nie byłby gorszy. Jak wynika z akt IPN, raporty SB odzwierciedlają troskę, by „przewidywalny” Wałęsa wygrał z rywalami wybory na szefa związku podczas I Zjazdu „Solidarności” jesienią 1981 r. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że Wałęsa zdał egzamin w czasie „karnawału »Solidarności«” i po 13 grudnia 1981 r.
Nikt z jego rywali nie miał tyle charyzmy, aby utrzymać jedność związku. Wałęsa odrzucił próby nakłonienia go do tworzenia posłusznej władzom pseudo-”Solidarności”. Nie uległ sugestiom, by odwrócić się plecami do podziemnych struktur związku. Po raz kolejny otrzymał ogromny kapitał zaufania od Polaków. Ponownie mógł się czuć jak surfer na fali historii. Wielu ludzi skupiło się wokół niego w oporze przeciw władzy. Dla wolnego świata był bohaterem rzucającym wyzwanie sowieckiemu imperium.
Władze, wściekłe na Wałęsę, próbowały go skompromitować. W reżimowej TVP pojawiło się nagranie z jego rzekomej rozmowy z bratem. Ekipa Wojciecha Jaruzelskiego próbowała storpedować nominację Wałęsy do Pokojowej Nagrody Nobla. Do Oslo zostały wysyłane sfałszowane dokumenty mające stworzyć wrażenie, że współpraca Wałęsy z SB wykraczała poza początek lat 70. Ale bazą tej falsyfikacji były autentyczne papiery „Bolka”.
Wałęsa znowu jest jednak na fali. Mógł więc szydzić z esbeków: „Kto wam uwierzy, że kiedyś z wami współpracowałem?”.
W książce „SB a Lech Wałęsa” cytowana jest rozmowa Mieczysława Rakowskiego, wicepremiera w latach stanu wojennego, z pułkownikiem SB. Esbek pytany przez Rakowskiego, dlaczego nie wykorzystuje się faktu dawnej agenturalności Wałęsy, tłumaczy, że sięgnąć po to można tylko w ostateczności.
Upadek komunizmu sprawia, że fala niesie Wałęsę coraz wyżej.
W 1988 roku cała Polska ogląda, jak w studiu TVP ośmiesza szefa komunistycznych związków zawodowych Alfreda Miodowicza. Co się dzieje potem? Wałęsa doprowadza „Solidarność” do Okrągłego Stołu. Z tego okresu nie zachowały się żadne akta SB. Trudno więc orzec, w jakim stopniu zaszłości sprzed lat wpływają na jego ówczesne wybory.
W 1990 roku Wałęsa sięga po prezydenturę. Znów jest na fali, ale w II turze wyłania się nieoczekiwany rywal – Stanisław Tymiński. Czy czarna teczka Tymińskiego była symbolem kolejnego szantażu wobec Wałęsy?Poruszamy się wśród hipotez. Tym, których ich stawianie oburza, warto jednak zadać pytanie, jak inaczej wyjaśnić liczne wybory Wałęsy, które pchały go w polityczny ślepy zaułek. Przypomnijmy sobie powrót Mieczysława Wachowskiego czy koncesje dla byłych esbeków: nominacje dla generałów Gromosława Czempińskiego, Henryka Jasika czy Wiktora Fonfary.Pomoc Czempińskiego w dostępie Wałęsy do materiałów na swój temat pokazuje, jak wygodni byli ludzie peerelowskich służb. Nie pytali o procedury, byli użyteczni i sprawni. Książka Cenckiewicza i Gontarczyka pokazuje, jak Wałęsa z lubością promował esbeków, którzy go inwigilowali, a jak niszczony był pomagający opozycji w latach 80. oficer SB Adam Hodysz. Jest jeszcze zadziwiająca obojętność Wałęsy na los weteranów Grudnia ,70 czy wręcz niechęć do tych, którzy pamiętali go z tamtego okresu (np. Henryk Lenarciak), czy też zastanawiająca wrogość wobec Ryszarda Kuklińskiego.
Dlaczego świeżo upieczony prezydent nie wyznał grzechu z 1970 roku tuż po swoim wyborze? Nie wiem. To zaś powodowało, że kula ciążyła mu coraz bardziej. Do tego zabrakło fali, która niosła go między 1980 a 1989 r.W imię fałszywie rozumianej troski o swe dobre imię doprowadził do sparaliżowania lustracji w czerwcu 1992 r. Zamiast wyjaśnienia sprawy, wybrał łamiące prawo samodzielne czyszczenie swojej teczki – kolejny wstydliwy epizod. Historia surowo ukarała Lecha Wałęsę. To właśnie głosów ludzi „Solidarności” zabrakło mu w 1995 r., by wygrać z Aleksandrem Kwaśniewskim.
Dziwi obojętność Wałęsy na los weteranów Grudnia ,70, czy wrogość wobec pułkownika Ryszarda Kuklińskiego
Potem Wałęsa z chorobliwym uporem próbował udowodnić, że „nie był po tamtej stronie ani sekundy”. To dlatego się upokorzył, prosząc przed kamerami Jaruzelskiego o świadectwo moralności. Ten ostatni gest pokazał, że sam Wałęsa nie potraktował poważnie pozytywnego dla siebie werdyktu sądu lustracyjnego z 2000 r.
Po 1995 roku Wałęsa zawiera pokój ze środowiskiem Unii Wolności, a potem Platformy Obywatelskiej. Dzięki temu uzyskuje parasol Adama Michnika nad swoim dobrym imieniem. Teraz niesie go fala antylustracyjna, a potem fala konfliktu między III RP a IV RP.
Coraz częściej dziennikarze pozwalają mu mówić: „To ja stworzyłem »Solidarność«”. Im bardziej bezkrytycznie przyjmowana bywa chełpliwa wersja solidarnościowego „kultu jednostki”, tym częściej zapomina się o roli 10 milionów Polaków tworzących ruch „Solidarności”. A przecież to oni rozbujali falę, na której – niejednokrotnie mądrze – surfował Lech Wałęsa.
Możemy w kółko przywoływać obraz wspaniałego Lecha z sierpnia 1980, ale oznacza to zamknięcie oczu na jego rolę w budowaniu nowej Rzeczypospolitej po 1989 r. A bez surowej oceny pierwszych pięciu lat III RP, na które jako prezydent miał ogromny wpływ, nie zrozumiemy, jak doszło do dominującej pozycji postkomunistów.
Dlatego dyskusje o przeszłości Wałęsy to nie małostkowy spór o ponury epizod z zamierzchłej przeszłości, ale próba wyjaśnienia wielu jego decyzji. W grze o swój historyczny wizerunek Wałęsa i tak jest na wygranej pozycji. W pamięci świata pozostanie jako wielki zwycięzca w walce z komunizmem. Także większość Polaków woli zachować pamięć o Lechu z lat jego wysokiego lotu. Jednak lansowanie badawczego tabu to droga do banalizacji dyskusji nad historią ostatniego ćwierćwiecza. Co więcej, gdyby mniej rygorystycznie stosowano wobec Wałęsy swoistą taryfę ulgową, może powstrzymywałoby go to od wielu głupstw podważających jego autorytet.
Publicysta Krzysztof Kłopotowski niedawno mądrze napisał: „Książka Cenckiewicza i Gontarczyka jest pierwszą próbą sprowadzenia Wałęsy do rzeczywistości, nie odbierając mu zasług. Wałęsa swoje nagrody już odebrał w obfitości, jaka zdarza się raz na stulecia. A teraz pora zbadać, w jakiej mierze na to wszystko zasłużył pracą i – jak kiedyś się mówiło – cnotą obywatelską”.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA