fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Ekologiczne nawrócenie Franciszka

Papież Franciszek
AFP
Lektura najnowszej encykliki jest ćwiczeniem trudnym, ale potrzebnym. Ostrożny kompromis w sprawie środowiska naturalnego leży jednak gdzie indziej, niż tego chce papież – pisze były europoseł PiS.

Papieżowi w ostatnich dniach przybyło nieoczekiwanie sporo przyjaciół. Lewica, do tej pory chętnie atakująca Kościół za każdy głos w sprawach społecznych i politycznych, jest zachwycona daleko idącymi radami Franciszka w sprawie transformacji gospodarki globalnej i polityki energetycznej. Sprawy zaszły nawet dalej. Nagle ludzie skłonni do publicznego oporu wobec nauczania papieża, do tej pory stawiani nam za bohaterów wolności, zaczęli, np. na łamach „Gazety Wyborczej", „budzić obrzydzenie".

Kosmologia chrześcijańska

Ale nie to jest najważniejsze w encyklice „Laudato si", która faktycznie wielu ludzi Kościoła, niepodzielających papieskich opinii w sprawach polityki klimatycznej, postawiła w trudnym położeniu.

Chrześcijaństwo od swego początku, niemal 2000 lat przed ruchami ekologicznymi, podkreślało, że człowiek nie jest właścicielem ziemi. Kosmologia chrześcijańska zakłada boskie pochodzenie stworzenia i dlatego uznając, że człowiek jest tego stworzenia szczytem, podkreśla, że ma on ziemię w dzierżawie. „Człowiek powinien szanować dobroć każdego stworzenia, by unikać nieuporządkowanego wykorzystania rzeczy, które lekceważy Stwórcę oraz powoduje zgubne konsekwencje dla ludzi i środowiska" – czytamy w „Katechizmie Kościoła katolickiego" (p. 339).

Naświetlenie tej moralnej i duchowej odpowiedzialności człowieka za własne czyny i wykorzystywanie natury jest czymś fundamentalnym dla nauczania Kościoła. To również przesłanka krytycznego podejścia Kościoła do nieograniczonej konsumpcji jako takiej. Decydujące dla liberalizmu kryterium posiadania pieniędzy na jej sfinansowanie jest dla Kościoła za słabe. Tym bardziej sama własność rzeczy nie usprawiedliwia moralnie np. jej nadużywania lub bezsensownego zniszczenia.

Postkolonialny resentyment

To wszystko dotyczy także naszego stosunku do środowiska naturalnego, którego nie jesteśmy całkiem swobodnymi dysponentami. Ingerencja w środowisko naturalne jest usprawiedliwiona tylko istnieniem wyższej racji moralnej. W przypadku wydobywania surowców naturalnych, w tym węgla, ropy czy gazu, tą racją moralną jest zapewnienie ludzkości energii, bez której nie ma naszej cywilizacji. Nowe zastosowania krzemu, tytanu, lantanu czy miedzi to technologie, które ułatwiają lub nawet ratują życie. Minimalizowanie kosztów ubocznych ich wydobycia pozostaje jednak niewzruszonym obowiązkiem moralnym.

Przemysł i polityka w Europie wywiązują się z tego zadania, ponosząc wielkie koszty. Mamy najbardziej energooszczędny przemysł, najwyższe normy ochrony środowiska oraz najbardziej wyśrubowane rygory wydobycia surowców na świecie. Chiny czy Indie, które na forum ONZ chowają się za parawanem krajów ubogich, nie mogą narzekać na niedobór środków. Powstaje więc pytanie, dlaczego papieskie oczekiwania kierowane są głównie do Zachodu?

Ulubionym argumentem krajów nierozwiniętych jest obecny w encyklice, postkolonialny resentyment. Zachód ma płacić nieproporcjonalnie dużo za redukcję emisji CO2, ponieważ to Zachód wszedł na drogę uprzemysłowienia. To prawda. Jednak odpowiedzialność za historyczne emisje byłaby uzasadniona tylko wtedy, gdyby promotorzy rozwoju przemysłu byli świadomi rzekomych skutków ubocznych. Nie mogli tego wiedzieć, ponieważ do dziś nie ma konsensusu w sprawie proporcji ludzkiego czynnika w ocieplaniu Ziemi. Wiedzieli natomiast o błogosławionych skutkach postępu technicznego, który znacząco podniósł jakość życia ludzkości, nie tylko w Europie.

Papież w punkcie 61. słusznie zwraca uwagę, że „w wielu kwestiach szczegółowych Kościół nie ma podstaw, by proponować definitywne rozwiązania, i rozumie, że powinien słuchać i promować uczciwą debatę wśród naukowców, szanując różnorodność opinii". Nic bardziej trafnego!

Powstaje zatem pytanie, dlaczego papież zdecydował się firmować swoim urzędem 200-stronicowy tekst o randze encykliki, który odnosi się do tlenków azotu, ocieplania budynków, roli stowarzyszeń obywatelskich w kształtowaniu standardów ochrony środowiska, zakwaszania gleby i oceanów, środków owadobójczych czy recyklingu papieru.

Spory redakcyjne

Wbrew obiekcjom lewicy papież i Kościół mają wręcz obowiązek upominać się o wartości moralne w polityce. Nasze obowiązki wobec stworzenia i natury nie są tu wyjątkiem. Rodzi się jednak pytanie, czy papież powinien angażować swój autorytet w promocję konkretnych rozwiązań politycznych. Papieskie oczekiwanie solidarności społecznej, ochrony życia nienarodzonych czy wsparcia dla dzietności nie powinny oznaczać rekomendacji dla konkretnego systemu organizacji polityki społecznej, karnej, konkretnego modelu systemu opieki zdrowotnej czy emerytur. Właściwa autonomia polityki polega na roztropnym dobieraniu środków w celu optymalnej realizacji tych słusznych celów w określonych warunkach.

W przypadku „Laudato si'" papież bardzo jednostronnie wypowiedział się np. w sprawie podziału kosztów globalnej polityki klimatycznej, w sprawie systemu handlu emisjami oraz transformacji energetyki. O „długu ekologicznym" Północy wobec Południa pisze, że „należy zwłaszcza obliczyć wykorzystanie przestrzeni ekologicznej na całej planecie do składowania odpadów gazowych, które nagromadziły się w ciągu dwóch wieków i stworzyły sytuację, która oddziałuje obecnie na wszystkie kraje świata" (p. 51). „Strategia sprzedaży »pozwoleń na zanieczyszczenia« może prowadzić do nowej formy spekulacji i nie przyczyni się do zmniejszenia globalnej emisji gazów cieplarnianych. System ten wydaje się rozwiązaniem szybkim i łatwym, stwarzając pozory pewnego zaangażowania w ochronę środowiska, ale w żaden sposób nie oznacza on radykalnej zmiany, jakiej wymagają okoliczności" (p. 171) – wyrokuje Franciszek. „Wiemy – pisze papież – że technologia oparta na spalaniu silnie zanieczyszczających paliw kopalnych, zwłaszcza węgla, ale także ropy naftowej, a w mniejszym stopniu gazu, powinna być stopniowo zastąpiona" (p. 165). Co ciekawe, na końcu tego ostatniego cytatu w polskim tłumaczeniu pominięto słowo „bezzwłocznie", które występuje w pozostałych oficjalnych wersjach językowych. To niejedyny fragment, o który wyraźnie toczono spory redakcyjne.

Są i sformułowania łagodzące. W punkcie 26. mowa jest o „na przykład" zastępowaniu paliw kopalnych i rozwijaniu odnawialnych źródeł energii. W punkcie 165 papież łagodzi dekarbonizacyjne posłanie, uznając za „słuszne opowiadanie się za mniejszym złem lub nastawienie się na rozwiązania przejściowe".

Tekst encykliki jest na tyle szczegółowy w swych rekomendacjach, że sprzyjający w tej sprawie papieżowi brytyjski tygodnik „The Economist" uznał, iż „znaczna część zapisów mogła pochodzić z opracowania pewnej świeckiej organizacji pozarządowej przygotowanego przed szczytem klimatycznym w Paryżu".

Gdyby papież dobrał sobie bardziej pluralistyczne grono konsultantów, być może by dostrzegł, że np. w Polsce najszybszym sposobem na ograniczenie emisji są inwestycje w nowe technologie węglowe; że raptowna eliminacja paliw kopalnych oznacza w warunkach afrykańskich radykalny wzrost ubóstwa; że 160-procentowy wzrost udziału energii ze źródeł odnawialnych w Europie generuje koszty rzędu 180 mld euro, które mogły być wydane na badania naprawdę efektywnych nowych technologii energetycznych.

Roztropny dobór środków

Czytając „Laudato si", można odnieść wrażenie, że Franciszek postrzega rynek i przemysł skrajnie nieufnie, przy całkowicie bezkrytycznym podejściu do organizacji ekologicznych. „W społeczeństwie kwitnie jednak niezliczona różnorodność stowarzyszeń zaangażowanych na rzecz dobra wspólnego, troszczących się o obronę środowiska naturalnego i miejskiego" – czytamy w p. 232.

Papież upomina się o prawo do życia nienarodzonych, ale przemilcza fakt, że wszystkie główne organizacje ekologiczne w ramach walki z globalnym ociepleniem postulują przede wszystkim kontrolę urodzin i ograniczenie populacji biednych krajów Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Jeffrey Sachs z Instytutu Ziemi Uniwersytetu Columbia, który w maju był jednym z konsultantów encykliki, nie tylko zabiega o zaangażowanie ONZ w promocję kontroli urodzin, ale w swej książce „Commonwealth: Economics for a Crowded Planet" uznał aborcję za „mniej ryzykowny i tańszy" wybór dla „przeludnionej Ziemi" niż urodzenie kolejnego dziecka.

Wbrew protestanckim kliszom papież nie jest właścicielem Kościoła ani jego nauczania. Tekst encykliki, jako zwykłe magisterium, powinien być uważnie, w kontekście całego nauczania i z dobrą wolą czytany przez każdego katolika, ale jego szczegółowe rekomendacje, wykraczające poza rozważania moralne i duchowe, nie są wiążące. „Ekologiczne nawrócenie", do którego nawołuje Franciszek, nie może się różnić od nawrócenia właściwego. Jego sens wyraża się m.in. w przeżywaniu wspólnoty Kościoła mimo różnic, jakie ją dzielą w roztropnym doborze środków.

Pod tym względem lektura „Laudato si" jest ćwiczeniem ascetycznym i trudnym, ale potrzebnym dla zachowania napięcia moralnego dyktowanego wiarą w podejmowaniu działań publicznych. Ostrożny kompromis w sprawie środowiska naturalnego przebiega jednak gdzie indziej, niż tego chce papież.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA