fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Skuwanie niemieckiego tynku

Obóz harcerski w sierpniu 1945 roku na Ziemiach Odzyskanych: druhowie skuwają niemieckie napisy
Reprodukcja FoKa/FORUM
Po 1945 roku na Ziemiach Odzyskanych usiłowano nadać polskie nazwy nie tylko miastom i wsiom, lecz także rzekom, lasom i najmniejszym wzgórzom. Z różnym skutkiem.

Dla zwykłego turysty jadącego dziś samochodem na wakacje, dajmy na to, z Rzeszowa do Świnoujścia – najpierw A4 przez Kraków, Katowice, Opole, Wrocław, a potem S3 przez Zieloną Górę, Gorzów Wielkopolski i Szczecin – nazwy kolejnych mijanych miejscowości wydają się naturalne i odwieczne, a w brzmieniu nie różnią się szczególnie od siebie. Tak samo jak symbole przecinających je dróg podobne są do, dajmy na to, A2, S7 i DK44. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę, że jeszcze 70 lat temu, a i później, nazewnictwo geograficzne na Ziemiach Odzyskanych (czyli 2/3 wspomnianej trasy) ogarnął ogólny chaos, a spory o jego kształt budziły niemałe emocje.

Przekonała się o tym dobitnie Magdalena Grzebałkowska, autorka wydanego niedawno reportażu historycznego „1945. Wojna i pokój". Rozpoczęła go od wędrówki śladem grupy dziennikarzy, którzy w 1945 r. ruszyli na znajdujące się do niedawna w granicach Niemiec tereny, by je opisać i zachęcić Polaków do osiedlania się na nich. Autorka próbowała dotrzeć do bohaterów tekstów będących pokłosiem tej eskapady. Zanim jednak udało jej się spotkać z nimi (lub ich rodzinami), często musiała najpierw odnaleźć wsie, w których mieli mieszkać. Okazuje się bowiem, że miejscowości, które odwiedziła tuż po wojnie Wanda Melcer i jej towarzysze podróży, nie widnieją na współczesnych mapach. Nie znaczy to wcale, że pionierscy dziennikarze wymyślili miejscowości, które opisywali. Poruszali się jednak po okolicach, gdzie polskie nazewnictwo – nawet jeśli istniało przed wiekami (lub nawet całkiem niedawno) – rodziło się niemal całkiem na nowo, w bólach i – co chyba najistotniejsze – w dosyć licznej asyście akuszerów.

Współczesną oficjalną szatę nazewniczą Ziem Odzyskanych zawdzięczamy w głównej mierze działalności Komisji Ustalania Nazw Miejscowości (KUNM) powołanej jeszcze w 1934 r. i reaktywowanej w roku 1946 (obecnie jest to Komisja Nazw Miejscowości i Obiektów Fizjograficznych przy Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji). Jej członek, a później także przewodniczący, profesor językoznawstwa Witold Taszycki w tekście z 1968 r. podsumowującym działalność KUNM tak opisywał jej zadania:

„Doraźne potrzeby odrodzonego państwa sprawiły, że najważniejszym zadaniem Komisji (...) stała się repolonizacja na Ziemiach Odzyskanych nazw miast, potem wsi, w końcu rzek i gór, zastąpienie w tej części Polski zniemczonych lub z gruntu niemieckich nazw nazwami polskimi. (...) Każda nazwa polska w dawnych źródłach historycznych utrwalona, a w życiu przywrócona stanowi chyba najbardziej przekonywujący dowód na pierwotną polskość ziem, które po latach niemieckiej niewoli, dopiero po 2. wojnie światowej do polskiej wróciły macierzy. (...) Chodziło o to, aby dzisiejsze nazewnictwo geograficzne Ziem Odzyskanych (...) najściślej polski przybrało wygląd, w tym samym stopniu, co nazewnictwo (...) innych polskich dzielnic, które nigdy wynarodowieniu nie uległy".

Zadanie postawione przed KUNM nie było łatwe. W dosyć krótkim czasie musiała przemianować dziesiątki tysięcy obiektów noszących dotąd zniemczone lub po prostu niemieckie nazwy, co Stanisław Rospond (językoznawca, członek KUNM) obrazowo określił jako „odgrzebywanie spod grubszego lub cieńszego tynku naleciałości niemieckich".

Chrzty i kontrchrzty

Sprawy nie ułatwiał fakt, że w okresie III Rzeszy tam, gdzie w nazwach widoczne były jeszcze elementy słowiańskie (lub niewystarczająco niemieckie), dokonano tzw. chrztów germanizacyjnych, które miały je całkowicie zatrzeć. Problemem było także to, że Komisja zaczęła działać stosunkowo późno. Pierwsze urzędowe ustalenia nazw miejscowości (zaznaczmy, że tylko części) zostały opublikowane w Monitorze Polskim w maju 1946 r., czyli w rok po zakończeniu wojny, a jej prace w zakresie polonizacji nazewnictwa trwały aż do 1960 r.

Tymczasem, jak podaje Leszek Kosiński, na początku 1946 r. na Ziemiach Odzyskanych znajdowało się – obok ok. 2 mln Niemców i 200 tys. osób innej narodowości – już ponad 2,7 mln osób uznawanych za Polaków: zarówno autochtonów, jak i nowych osadników. To wystarczyło, by wytworzyły się wśród nich zręby nowego polskiego nazewnictwa, o ile nie funkcjonowało ono tam dotychczas (jak na Górnym Śląsku czy Mazurach), a przebieg tego procesu nie był w żaden sposób regulowany. Często dochodziło do sytuacji, gdy na określenie jednego obiektu używano kilku różnych nazw – innych na kolei, innych wśród mieszkańców, jeszcze innych w administracji lokalnej.

W wielu przypadkach nazwy te z różnych powodów nie przypadły do gustu członkom KUNM, a także popierającym jej działania naukowcom i publicystom. W różnych tekstach z tamtego okresu znajdziemy epitety, takie jak „radosna twórczość", „zabawa laików i ignorantów", „grafomania toponymiczna" itd., które jasno wyrażały stosunek ich autorów do nazw stworzonych oddolnie przez osadników. Przy urzędowym ustalaniu nazewnictwa wiele z nich zostało zastąpionych nazwami w opinii Komisji bardziej odpowiednimi, które z kolei nie zawsze były chętnie używane przez samych zainteresowanych (zwłaszcza jeśli chodzi o nazewnictwo terenowe).

Żeby zobrazować problemy, o których tu mowa, wróćmy na chwilę do wspomnianej książki Grzebałkowskiej, która przytacza wspomnienia jednego z pierwszych osadników w okolicach Myśliborza (woj. zachodniopomorskie): „Z miejsca sami zmienialiśmy nazwy wsi na polskie. Kleefeld np. nazwaliśmy od nazwiska sołtysa Klemeńskiego Klementowem. Później nazwę tę zmieniono urzędowo na Trzcinna Góra".

Wymienione przez niego nazwy w rzeczywistości odnosiły się do dwóch różnych miejscowości, ale roszady nazewnicze na tym terenie mogły zmącić pamięć o ich przeszłości. Nowa urzędowa nazwa miejscowości Kleefeld, ustalona przez KUNM, brzmi bowiem Sumiak (zatwierdzona w Monitorze Polskim z 1947 r.). Natomiast nazwa Trzcinna Góra to przejściowe określenie dzisiejszej wsi Trzcinna (zatwierdzona w tym samym dokumencie), do 1945 r. nazywanej Schöneberg. Doskonale widać to na przeróbce niemieckiej mapy topograficznej wykonanej także w 1947 r. przez Główny Urząd Pomiarów Kraju, na którą naniesiono używane wówczas nazwy. Obok niemieckiej nazwy Schöneberg widzimy napis Trzcinna Góra – dziś Trzcinna.

Nie wychodząc poza niewielki kwadrat wyznaczony arkuszem nr 3156 mapy tzw. Messtischblatt (mapy te stanowiły podstawę przy pracach KUNM), znajdziemy jeszcze kilka przykładów, które dowodzą, że każdemu, kto znalazłby się na miejscu cytowanego osadnika, mogłoby się wszystko pomylić. Pobliskie Teerofen na mapie oznaczono jako Smoliny, które dziś noszą jednak urzędową nazwę Smolary, sąsiadując przy okazji ze Smólskiem (wydzielonym z Teerofen). Idźmy dalej. Na południe od Trzcinnej leży miejscowość Fahlenwerder, przy której znajduje się jezioro Steg See. Na mapie z 1947 r. są to już Piaszczyny i jezioro Stechów. Dziś jednak ta wieś nosi nazwę Ściechów – widać bardziej zasłużyła na takie miano niż jezioro (występujące w dokumentach jako magna Stechow już w 1300 r.), które od 1949 r. urzędowo nazywa się Marwicko (od pobliskich Marwic), choć kartografowie używają też nazwy Jezioro Marwickie, a tu i ówdzie – także w dokumentach urzędowych – spotkamy nazwę Roztocz.

Żeby nie było zbyt łatwo, dorzućmy do tego nazwy przejściowe, które odnotował Ryszard Mazurkiewicz w benedyktyńskim opracowaniu poświęconym przemianom nazw w latach 1945–1960 w dawnym województwie szczecińskim. Według tego spisu dzisiejszy Ściechów miał jeszcze przejściową nazwę Santocko, natomiast wspomniane już Piaszczyny to obecny Ściechówek (Klein Fahlenwerder, na północ od Ściechowa). Sumiak (Kleefeld) z kolei był przez jakiś czas Koniczym Polem (niem. Klee – koniczyna).

Wołyń nad Bałtykiem

W innym miejscu Mazurkiewicz wspomina też zabawną sytuację wynikającą z dwutorowego tworzenia polskich nazw. Pomimo że już w 1946 r. KUNM zatwierdziła urzędowe nazwy dla miast: Wolin, Nowogard, Goleniów i Stargard, to według oficjalnego rozkładu jazdy z 1947 r. pociągi jeździły jeszcze między (sic!) Wołyniem, Nowogrodem, Gołonogiem i Starogrodem. Z kolei w Śląskiej Bibliotece Cyfrowej można obejrzeć skan aktu przekazania gospodarstwa osadnikom ze Lwowa, na którym obok nazwy miejscowości, w której go sporządzono – Głubczyce (woj. opolskie) – widnieje pieczęć „starosta powiatowy głąbczycki".

Przedstawione historie to zaledwie wycinek problematyki związanej z powojennym nazewnictwem geograficznym na zachodnich i północnych ziemiach Polski, ale jak w soczewce skupiają się tu niemal wszystkie bolączki, które go dotyczyły.

W sytuacji, gdy występowały ogromne rozbieżności w używaniu nazw na określenie tych samych obiektów, postulat ich urzędowego uporządkowania i ustalenia był uzasadniony. Trudno jednak przejść obojętnie obok protekcjonalnego tonu, jaki wyłaniał się z wypowiedzi członków i zwolenników Komisji. Krytykowano ją (zwykle słusznie) za arbitralność podejmowanych decyzji. Dawało tu o sobie znać przeświadczenie KUNM – podbudowane jej urzędowym statusem – że jest jedynym ciałem zdolnym nadać odpowiedni, „ekspercki" kształt nazewnictwu na Ziemiach Odzyskanych. Z pewną wręcz obsesją członkowie Komisji (składającej się głównie z lingwistów i geografów) podchodzili do kwestii poprawności historyczno-językowej ustalanych nazw (choć, jak się okaże, kryterium to stosowane było wybiórczo).

Komisji zależało, by w jak największym stopniu zrekonstruować szatę nazewniczą na podstawie zapisów zawartych w dokumentach historycznych, co miało przypieczętować pierwotną polskość tych ziem. W znacznej mierze się to udało: wiele polskich nazw ważniejszych miast czy rzek funkcjonowało w polszczyźnie także przed 1945 r., choć czasem w nieco innej postaci, niż ostatecznie ustalono, czego przykładem mogą być Legnica (wcześniej Lignica), Nysa (Nisa), Prudnik (Prądnik). Takie wahania form wynikały z wątpliwości etymologicznych przy rekonstruowaniu ich pierwotnego brzmienia.

Tam, gdzie rekonstrukcja nazwy na podstawie dawnych zapisów lub w miarę przejrzystej formy zniemczonej nie była możliwa lub też nazwa była po prostu pierwotnie niemiecka, dokonywano tzw. chrztu nazewniczego. Nierzadko w tym celu wykorzystywano zapisy dla zaginionych miejscowości lub też „pożyczano" nazwy obiektów fizjograficznych (jezior, rzek czy wzniesień) znajdujących się w pobliżu, które wskazywały na słowiańską proweniencję, jak było w przypadku wspomnianego Ściechowa. Piękna idea rekonstrukcji dawnego słowiańskiego nazewnictwa czasami jednak była realizowana zbyt gorliwie. Zamiast wybrać i zatwierdzić jedną z używanych już lokalnie nazw narzucano zupełnie odmienną.

Kwestią, do której szczególnie przywiązani byli członkowie KUNM, była zgodność wprowadzanych nazw z cechami językowymi charakterystycznymi dla poszczególnych dzielnic, w większości przypadków od stuleci martwymi. Edward Rączka jako jeden z elementów utrudniających pracę KUNM wymieniał „przyjęcie przez ludność różnych własnych ustaleń, najczęściej nieodpowiadających danemu regionowi, przenoszonych z różnych terenów centralnych i wschodnich". Z kolei Bolesław Olszewicz utyskiwał na „lekkomyślność" mieszkańców, która miała się przejawiać w „ignorowaniu miejscowego brzmienia" i „zaciekłym tępieniu poprawnych i danemu terenowi właściwych końcowych członów wyrazów, jak pomorskie gard czy bork". Trudno jednak wymagać od przesiedleńców z Kresów, którzy dawno zniemczoną nazwę Neugardt przemianowali spontanicznie na Nowogród, a nie Nowogard, znajomości przeszłości językowej Pomorza.

Sama Komisja zresztą też nie zawsze była w tej kwestii konsekwentna (zwłaszcza w przypadku nazw terenowych): gdy w jednym miejscu usilnie reanimowano archaiczne cechy dialektalne, gdzie indziej starano się je rugować, mimo że były wciąż żywe w języku i nazewnictwie autochtonów. Za przykład takiego działania mogą posłużyć ustalenia nazw dwóch rzek – jednej na Pomorzu Zachodnim, drugiej na Górnym Śląsku. Pierwsza z nich – dopływ Regi między Gryficami a Nowogardem – przed 1945 r. nosiła wyłącznie niemiecką nazwę Krebs Bach (niem. Krebs, czyli rak). KUNM zastąpiła ją mianem Rekowa, co było nawiązaniem do pomorskiej tradycji językowej (wymowa nagłosowego re- zamiast ra-, zatem rek, a nie rak), choć w chwili ustalania nazwy była ona tu już martwa, a dla nowych mieszkańców zupełnie obca.

Odwrotną sytuację obserwujemy w przypadku nazwy rzeki uchodzącej pod Opolem do Odry, która przez lata nosiła nazwę Czorka, też Czorna (w niemieckich źródłach też z dodatkowymi członami, np. Czorka Bach, Czorkagraben), a w okresie hitlerowskiej administracji przemianowano ją na Schwarzbach. W rozporządzeniu dotyczącym ustalenia nazw wodnych w dorzeczu górnej Odry w rubryce „nazwa polska" znajdziemy już jednak nazwę Czarnka, „oczyszczoną" ze śląskich cech dialektalnych. Najciekawsze jest to, że w rubryce „nazwa niemiecka" obok sztucznej formy Schwarzbach figurują oddzielone od niej znakiem równości postaci Czorka i Czorna...

Strumienie, stawy i szczyty

Taki los, pomimo funkcjonowania lokalnej polskiej nazwy, spotkał na Górnym Śląsku wiele innych rzek i rzeczek: Golka otrzymała nową urzędową nazwę Koźlanka, Bodek stał się Żabnicą, Małokrzywa – Bielawą, a Czarnawka – Debrzną itd. Nie zawsze da się rozstrzygnąć, jakie były intencje KUNM w poszczególnych przypadkach, ale wiele wskazuje na to, że nazwy terenowe (ustalane później niż miejscowe) czasem były po prostu nadawane jak leci. Łatwo się domyślić, że żadna z tych urzędowych nazw nie jest przez nikogo używana (nawet w dokumentach urzędowych) i już od chwili ustalenia wiodły one głównie papierowy żywot. Jeśli ktokolwiek ma potrzebę nazywać dzisiaj te rzeczki, to używa do tego dawnej nazwy.

Zresztą przyjęta przez KUNM metoda polegająca na ustalaniu przez osobne zespoły w dużych odstępach czasowych nazw różnego typu obiektów, spowodowała, że także w ustaleniach samej Komisji wystąpiły duże rozbieżności. Bardzo często się zdarza, że na podstawie niemal identycznych zapisów źródłowych dotyczących dwóch obiektów powiązanych ze sobą w jakiś sposób zrekonstruowano lub nadano zupełnie różne nazwy, które zatarły ich pierwotną relację. Na przykład leżąca nad jeziorem Kotzbahn See osada Kotzbahn (w pobliżu Drawska Pomorskiego) otrzymała nazwę Kosobądz (choć przez mieszkańców określana tez była mianem Kodzban), natomiast jezioro nazwano Mały Chociebądz. Miejscowość Steinitz koło Sławy na pograniczu Śląska i Wielkopolski przemianowano na Kamienną (niem. Stein – kamień), a płynący nieopodal strumień Steinitz na Cenicę. Identyczną nazwę Sangow dla stawu i zasilającego go rowu koło Opola urzędowo „rozszczepiono" na Sęgów (staw) i Sąkwę (rów). Takie przykłady można mnożyć.

Jak widać, zarzuty formułowane przez Komisję wobec mieszkańców Ziem Odzyskanych można czasem odnieść także do jej własnych działań, z czego część członków zdawała sobie sprawę. O tym, że gremia skupione wokół KUNM nie spełniały jej językowych oczekiwań, może świadczyć dyskusja nad nowym nazewnictwem górskim Sudetów. Do jego ustalenia zaangażowano zespół składający się z członków Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, któremu przewodniczył Mieczysław Orłowicz, prawnik i krajoznawca.

Gdy materiał opracowany przez zespół przekazano Taszyckiemu do weryfikacji, ten z przykrością odnotował, że duża część z zaproponowanych nazw jest do odrzucenia. Ze szczególną krytyką spotkały się pomysły, by w Sudetach używać nazw typowych dla nazw gór karpackich, takich jak Kiczera, Magura czy Grapa, do których przywiązani byli krajoznawcy wychowani na Tatrach i Bieszczadach. Językoznawca stwierdził z oburzeniem, że byłoby to „fałszerstwo historyczne", i większość z takich propozycji wyeliminował. Przyznać trzeba, że zarzut ten brzmi nieco zabawnie w kontekście masowej wymiany w większości pierwotnego niemieckiego nazewnictwa Sudetów na polskie.

Ale nawet jeśli Taszyckiemu udało się w dobrej wierze uchronić Sudety przed nazewniczą „karpatyzacją", to była to obrona formy, która i tak wkrótce wypełniła się odmienną treścią. Specyficzne językowe poczucie „górskości" polskich miłośników metrów nad poziomem morza w Sudetach (i wszędzie indziej) realizuje się na swój sposób. Dlatego w schronisku znajdującym się w pobliżu trójstyku granic Polski, Czech i Niemiec w Górach Izerskich możemy zamówić w bufecie „pajdę chleba z góralskim mazidłem"... I chyba nie ma się czemu dziwić. Tak jak i temu, że powojenni mieszkańcy okolic Szczecina czy Myśliborza nie opanowali języka dawnych Pomorzan.

Autor jest pracownikiem Zakładu Onomastyki Instytutu Języka Polskiego PAN w Krakowie

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA