fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Chicago Symphony Orchestra wreszcie zagrała w Polsce

Szef Chicago Symphony Orchestra Riccardo Muti, fot. Todd Rosenberg Photography
Filharmonia Narodowa
Chicago Symphony Orchestra liczy sobie ponad 120 lat i tyle też musieliśmy czekać na jej pierwszy przyjazd do Polski. Poniedziałkowy koncert w Filharmonii Narodowej był jak sinusoida. Najwyższy punkt owej krzywej przenosił publiczność w rejony wielkiej muzyki - pisze Jacek Marczyński.
Zaliczana jest do pięciu najlepszych orkiestr świata – obok Berlińskich i Wiedeńskich Filharmoników, London Symphony Orchestra i amsterdamskiej Concertgebouw, ale trąbki, czy całą tzw. orkiestrową blachę ma bezkonkurencyjną. Takiego brzmienia nie usłyszymy nigdzie indziej. Zobacz galerię zdjęć
Jeśli więc ktoś zastanawiał się, wyborem utworów, jakiego na obecne europejskie tournee dokonał szef zespołu, Riccardo Muti, odpowiedź na to pytanie jest w gruncie rzeczy prosta. W takim programie Chicago Orchestra Symphony może zaprezentować się z najlepszej strony.
Ukłonem dla polskiej widowni było sięgnięcie do dorobku Andrzeja Panufnika, bo też kompozytora łączyły z tą orkiestrą więzy szczególne. Na swe stulecie zamówiła ona u niego utwór i tak powstała wspaniała X Symfonia, której wszakże nie usłyszeliśmy w Warszawie. Zamiast niej muzycy z Chicago zagrali „Koncert gotycki". Powstał on w najmniej ciekawym, socrealistycznym okresie twórczości Panufnika.
„Koncert gotycki" odwołuje się (wbrew tytułowi) do utworów renesansowych i barokowych. Dziś latach brzmi staroświecko i momentami banalnie, bo też wiedza obecnych słuchaczy o muzyce dawnych epok jest dalece głębsza niż melomanów w czasach, kiedy koncert powstał. Warto go było posłuchać głównie dlatego, że grający partię solową chicagowski trębacz Christopher Martin to wspaniały wirtuoz, muzykujący z cudowną lekkością.
Zupełnie inne wrażenie pozostawił „Ognisty ptak" Igora Strawińskiego. Znów można by było powiedzieć, że na tle tego, co stworzył on w późniejszych latach, jego baletowa suta to poczciwa klasyka. A jednak dyrygent tak poprowadził orkiestrę, że utwór Strawińskiego miał napięcie, czarował zmiennymi nastrojami, wielobarwnością i bogactwem planów ze szczególnym uwzględnieniem instrumentów dętych. Riccardo Muti po raz kolejny zaś udowodnił, że najlepiej czuje się w muzyce z wyraźną dramaturgią.
Punktem kulminacyjnym wieczoru miała być III Symfonia „Reńska" Roberta Schumanna. Nie należy do moich ulubionych dzieł i po tym wykonaniu zdania nie zmienię. Chicagowscy muzycy oczywiście potwierdzili klasę, ale dyrygent nie miał na nią specjalnego pomysłu interpretacyjnego. W pamięci pozostaną głównie uroczyste dźwięki rogów, fagotów i puzonów w części czwartej Symfonii czy barwny epizod trąbek w finale.
Polska publiczność przyjęła Chicago Symphony Orchestra entuzjastycznie, zatem nie obeszło się bez bisu. Riccardo Muti sięgnął po swoją specjalność, czyli Giuseppe Verdiego i muzycy zagrali uwerturę z opery „Nabucco". Koneserzy będą krzywić się, że to banał, w takim jednak wykonaniu okazał się orkiestrowym majstersztykiem.
Jacek Marczyński
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA