fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zdrowie

Niewydolność serca groźna dla systemu

Polskie Towarzystwo Kardiologiczne szacuje, że pacjentów z niewydolnością serca jest w Polsce nawet ok. miliona.
Adobe Stock
W projekcie wrześniowej listy refundacyjnej zabrakło leku, który dałby szansę na normalne funkcjonowanie 15 tys. chorych z najcięższą postacią niewydolności serca.

Kilkaset złotych miesięcznie, jakie pacjenci z zaawansowaną niewydolnością serca (NS) musieliby wydać na opakowanie sakubitrylu/walsartanu, brakuje w budżecie większości rodzin. Tymczasem, jak podkreśla Szymon Chrostowski z projektu „Serce dla kardiologii”, nierefundowana terapia jest dla wielu pacjentów lekiem ostatniej szansy. – Są wykluczeni nie tylko zdrowotnie, ale społecznie. Wielu ma problemy z poruszaniem się, nie są w stanie nawet wyjść do sklepu. Dlatego z nadzieją wyczekiwaliśmy wrześniowej listy leków refundowanych – mówi Szymon Chrostowski.

Czytaj też: Seks z rozrusznikiem serca - ważne zasady bezpieczeństwa

Choć pacjentów z niewydolnością serca jest w Polsce nawet milion, pozostają niewidoczni dla systemu. Wszystko przez to, że choroba, nazywana kardiologiczną epidemią XXI w., rozwija się powoli, a często niedostrzegalnie dla samych chorych.

Na początku męczy ich wchodzenie po schodach, a przy wysiłku pojawia się duszność. Z biegiem czasu duszność towarzyszy im nawet w stanie spoczynku albo wybudza w nocy, skłaniając do otwarcia okna i zaczerpnięcia świeżego powietrza. Osoby, które muszą spać coraz wyżej, by móc spokojnie oddychać, rzadko zdają sobie sprawę, że ich problemem jest niewydolność serca (NS) – stan, w którym nie jest ono w stanie dostarczyć odpowiedniej ilości krwi, a tym samym tlenu, do narządów, co zmniejsza wydolność wysiłkową. W bardziej zaawansowanym stadium organizm zaczyna gromadzić płyny, zwiększają się jamy serca i dochodzi do zmian w układzie hormonalnym. Z czasem chorzy regularnie lądują w szpitalu. Często jedynym ratunkiem są dla nich zabiegi kardiologii inwazyjnej, a w skrajnych przypadkach – przeszczep serca.

Czytaj też: Co jeść, by zmniejszyć ryzyko niewydolności serca nawet o 40 proc.? 

Choć wydawałoby się, że tak groźna choroba dotyka niewielu, według Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego liczba pacjentów z NS może sięgać 800 tys. – 1 mln. Polaków i będzie rosła. Choroba jest bowiem konsekwencją sukcesu polskiej kardiologii, dzięki któremu zawał przeżywa nawet 90 proc. osób. A to właśnie ostry zespół wieńcowy, czyli zawał, obok m.in. nadciśnienia tętniczego czy zaburzeń rytmu serca, odpowiada za rozwój tej choroby. Chorych będzie przybywać. Już teraz kardiolodzy notują 200 tys. nowych zachorowań rocznie, a w ciągu 10–15 lat liczba chorych zwiększy się nawet o 35–50 proc. Wraz z nią przybędzie także zgonów, dziś utrzymujących się na poziomie 60 tys. na rok.

Zdaniem ekspertów system może nie wytrzymać takiego naporu pacjentów z NS, już dziś stanowiących 50 proc. hospitalizowanych na oddziałach kardiologicznych. Jak wynika z raportu „Ocena kosztów niewydolności serca w Polsce z perspektywy gospodarki państwa” z 2017 r., pod względem liczby hospitalizacji Polska zajmuje pierwsze miejsce wśród krajów OECD. W 2013 r. jej poziom kształtował się na poziomie 547 na 100 tys. mieszkańców, gdy średnia OECD wyniosła 244/100 tys. Przekłada się to na wydatki NFZ – poziom hospitalizacji pochłania aż 90 proc. środków przeznaczanych na leczenie tej choroby. W 2016 r. pochłonęły 900,3 mln zł.

Jak tłumaczy prezes Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego (PTK) prof. Piotr Ponikowski, liczba hospitalizacji z powodu tzw. dekompensacji niewydolności serca, w której pojawia się duszność, osłabienie i przyspieszone bicie serca, znacznie przekroczyła liczbę zawałów. A w wielu wypadkach można by jej uniknąć, gdyby chorzy byli właściwie prowadzeni. – W szpitalu umiemy ich skutecznie leczyć, ale potem zostawiani są sami sobie – mówi prof. Ponikowski. Dlatego w 2017 r. zainicjował pierwszy na świecie program kompleksowej opieki nad świadczeniobiorcami z niewydolnością serca (KONS), który zapewnia stałą opiekę nad pacjentem od rozpoznania choroby po rehabilitację i zakłada współpracę kardiologów z sześciu ośrodków referencyjnych ze specjalistami w przychodniach i lekarzami podstawowej opieki zdrowotnej.

Program KONS wpisuje się w priorytety Ministerstwa Zdrowia, dlatego w prace nad nim, oprócz ekspertów PTK, zaangażowali się przedstawiciele resortu i NFZ. Podczas debaty „Rzeczpospolitej”, wicedyrektor departamentu świadczeń opieki zdrowotnej NFZ Andrzej Śliwczyński zapewnił, że pilotaż ma szansę ruszyć już jesienią.

Prof. Ponikowski podkreśla, że pacjenci w KONS powinni mieć dostęp do refundowanych nowoczesnych terapii farmakologicznych, które są jedynym ratunkiem dla chorych z zaawansowaną niewydolnością serca, niepoddających się terapii lekami refundowanymi. – Nie ma najmniejszej wątpliwości, że dostępny od kilku lat sakubitryl/walsartan ratuje życie chorych z niewydolnością serca i znacznie redukuje ryzyko hospitalizacji. To lek kluczowy, co potwierdziły badania PARADIGM-HF i PIONEER-HF. Drugie z tych badań pokazało, że lek można wdrażać i bezpiecznie stosować u chorych z ostrą zdekompensowaną niewydolnością serca. Mamy na to twarde dane, mówiące o redukcji hospitalizacji i śmiertelności na poziomie 30–40 proc. – przekonuje prezes PTK.

Jak tłumaczy prof. Przemysław Mitkowski z Sekcji Rytmu Serca PTK, wytyczne światowych towarzystw naukowych mówią jasno, że sakubitryl/walsartan powinien być zastosowany u osób, które nie odnoszą korzyści z dostępnego leczenia. – To pacjenci, którzy mimo optymalnego leczenia wracają w ciągu roku do szpitala z powodu zaostrzenia objawów. Lek daje 20-procentową redukcję hospitalizacji, względną redukcję hospitalizacji i zgonów i 18-procentową redukcję śmiertelności. W wartościach bezwzględnych to 3,5 proc., ale niewiele jest terapii stosowanych przez rok, w których wystarczy leczyć 30 chorych, by uratować jedno życie – podkreślał prof. Mitkowski.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA