fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i opinie

Niewiedza, bezmyślność czy zwykła głupota?

Fotorzepa, Waldemar Kompala
Jeżdżę rowerem przez okrągły rok. To, co widuję w wykonaniu rowerzystów, często jeży włos na głowie.

Na to co się dzieje na drogach i chodnikach patrzę ze wszystkich perspektyw uczestnika ruchu – kierowcy, rowerzysty i pieszego. To ważne zastrzeżenie - bo niektórzy rowerzyści nie mają prawa jazdy i nigdy za kierownicą samochodu nie siedzieli. A część kierowców nie wyobraża sobie jazdy rowerem po mieście. A zdarza się, że to takie osoby najgłośniej mówią o innych uczestnikach ruchu.

Jedna z gazet podała właśnie, że minister infrastruktury chce przywrócenia obowiązkowej karty rowerowej dla wszystkich rowerzystów. Uważam, że to doskonały pomysł. Nie rozumiem też, jak komuś mógł wpaść do głowy pomysł jej likwidacji. Efekty niestety mamy na drogach – i rosną lawinowo. Według danych policji, rowerzyści są trzecią, po kierowcach aut osobowych i ciężarówek, najliczniejszą grupą sprawców wypadków.

W skrócie, dziś kartę musi mieć osoba, która ukończyła 10 lat, a nie ma ukończonych 18 lat. Osoby pełnoletnie w ogóle nie muszą jej mieć. W żaden sposób nie sprawdza się więc, czy rowerzysta/rowerzystka ma jakąkolwiek wiedzę o przepisach ruchu. Jedzie sobie jak mu podpowiada wyobraźnia (lub jej brak) - chodnikiem lub ulicą. Często środkiem.

Niektórzy rowerzyści nie mają więc pojęcia o zasadach ruchu. Nie mówię tu nawet o szczegółowej wiedzy, np. kto ma pierwszeństwo na różnego rodzaju skrzyżowaniach. Mówię o rzeczach najprostszych: pierwszeństwo z prawej, sygnalizowanie zmiany kierunku ruchu (i obejrzenie się, czy nie zajedzie się komuś drogi), oświetlenie.

Fakt - swoje grzeszki na koncie mają też kierowcy (choćby zdarza się, że czekając na skrzyżowaniu na możliwość skrętu blokują całą szerokość ścieżki albo wymuszają pierwszeństwo na rowerzystach przejeżdżających prawidłowo ścieżką na zielonym) oraz piesi (np. wchodzą na ścieżki czy ulice zapatrzeni w smartfony). Ale tu skupię się na rowerzystach.

Na przestrzeni ostatniego roku na setki rowerzystów, których spotkałem sam jadąc rowerem, zamiar skrętu zasygnalizował podniesieniem ręki jeden (sic!) - jadąc Świętokrzyską w Warszawie zamierzał skręcić na rondzie w lewo, w Kopernika. Od razu zdobył moje uznanie – jako ten jedyny, który zrobił to według jakże archaicznej dziś szkoły elementarnego bezpieczeństwa ruchu (to ironia oczywiście). Uznanie prysło zaledwie kilka sekund później - kiedy przejechał przez rondo... na przełaj (na środku jest tam tylko niewielkie wybrzuszenie jezdni).

Zdarzało mi się już gwałtownie hamować przed kimś jadącym dość powoli, kto nagle stwierdził, że skręca w lewo - bez żadnej sygnalizacji czy obejrzenia się. Ale też kiedyś nadjeżdżający z przeciwka rowerzysta nagle - tuż przede mną - skręcił w swoje lewo, całkowicie blokując mi drogę. Na mój ostrzegawczy krzyk wyjął z ucha słuchawkę i rzucił grzeczne „sorry" z pięknym brytyjskim akcentem. Jeżdżenie na rowerze w słuchawkach to wręcz osobny rozdział. Także sprzeczny z prawem.

Część wyjątkowo wylansowanych miłośników dwóch kółek (np. niektóre panie na holendrach czy panowie na „ostrym kole") przepisy łamie wręcz demonstracyjnie. A przynajmniej tak to wygląda, kiedy jadą środkiem chodnika, a na ulicy jest wydzielona ścieżka rowerowa, albo środkiem ulicy, kiedy owa ścieżka - dla frajerów? - wiedzie chodnikiem. Według przepisów - i rozsądku - jeśli jest ścieżka, to należy nią jechać. Ale przecież nikt nikomu niczego nie może nakazywać, lans i własne zdanie są na pierwszym miejscu...

Inny przykłady? Notoryczne przejeżdżanie po czerwonym. Kiedyś nieźle się przestraszyłem widząc taką oto scenę. Warszawa, rondo ONZ. Krzyżują się tam ruchliwe, wielopasmowe ulice i tory tramwajowe. Zielone światło dla pieszych/rowerzystów zapala się tam sekwencyjnie na poszczególnych jezdniach i torowiskach – ułatwiając zjechanie z ronda pojazdom jadącym z różnych kierunków. Czekałem na zielone. Na drugiej jezdni już się zapaliło. Na tej, przy której stałem jeszcze było czerwone. Jakiś mistrz dwóch kółek prawdopodobnie uznał, że dalsze czekanie mu nie przystoi i ruszył. Zdążył dojechać do środkowego pasa, kiedy nadjechał samochód. Do dziś nie wiem, jak kierowca zdołał wyhamować. Smaczku tej historii dodaje to, że na krzesełku z tyłu rowerzysta wiózł może trzyletnie dziecko. Niewzruszony pojechał dalej.

Niestety, wielu rowerzystów - wbrew przepisom - jeździ bez świateł. Ale jak nie mają o nich pojęcia, to może i lepiej. Ostatnio zdarzyło mi się w odstępie kilku dni spotkać najpierw jakąś dziewczynę, a potem jakiegoś pana, którzy po zmroku mieli z przodu światła... czerwone.

Jako pieszemu zdarza mi się regularnie, że jadący chodnikiem rowerzysta dzwoni na idących. Można się nieźle przestraszyć, słysząc siarczysty dzwonek tuż za plecami. Dodam, że w świetle przepisów generalnie rowerem po chodniku jechać nie można (są określone wyjątki, ale tu je pomijam, bo opisane sytuacje nie mają z nimi związku). Rozumiem też doskonale, że w niektórych sytuacjach tak jest lepiej z punktu widzenia bezpieczeństwa ruchu - zarówno dla rowerzysty, jak i dla kierowców (np. na wyjątkowo ruchliwych czy wąskich ulicach). Ale wtedy rowerzysta powinien się zachowywać, jakby go na tym chodniku nie było, a nie się rozpychać.

A za kierownicą nie raz już uniknąłem potrącenia kogoś na rowerze - a jestem pewien, że niestety prawie każdy kierowca ma za sobą takie doświadczenie - kto nie oglądając się, ani nie sygnalizując nagle skręcał w lewo. Raz nie wytrzymałem, otworzyłem szybę i krzyknąłem do rowerzystki, że kiedyś ktoś w takiej sytuacji ją zabije. Jedyną odpowiedzią była podniesiona dłoń z wysuniętym środkowym palcem. Ciekawe, jakie to robi wrażenie na Śmierci.

Źródło: ekonomia.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA