fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory we Francji

Bielecki: Symptom francuskiej choroby

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Dwa punkty procentowe dzieliły Francję od katastrofy. Drugi najważniejszy kraj UE jest w znacznie gorszej kondycji, niż się wydawało.

Wygraną w pierwszej turze Macrona przywitano w najważniejszych europejskich stolicach z niespotykaną ulgą. W Berlinie urząd kanclerski, który zawsze zachowuje neutralność wobec wyborów w innych krajach, tym razem zajął oficjalne stanowisko: – Byłoby dobrze, aby Emmanuel Macron zdołał wprowadzić w życie swój projekt silnej Unii Europejskiej i socjalnej gospodarki rynkowej – oświadczył rzecznik kanclerz Merkel. Gratulacje Macronowi przesłał też przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, inny polityk, który teoretycznie nie powinien angażować się w wybory krajów członkowskich UE. W poniedziałek na wiadomości z Francji euro umocniło się wobec dolara aż o 1,6 proc.

Pobudka na wielkim kacu

Politycy i inwestorzy zachowują się niestandardowo, bo też w niedzielę projekt europejski był o krok od egzystencjalnego zagrożenia, poważniejszego nawet od Brexitu. Unia może bowiem przeżyć bez Wielkiej Brytanii, ale bez Francji już nie. Tymczasem gdyby lider radykalnej lewicy Jean-Luc Melenchon zabrał dwa punkty punkty procentowe głosów Macronowi, to on mógłby w drugiej turze zmierzyć się z Marine Le Pen. Francuzi mieliby wówczas wybór między dwoma politykami, którzy chcą pozbawić Unię Europejską wszelkich kompetencji, wyjść z NATO i doprowadzić kraj, który już teraz ma najwyższe poza Finlandią podatki we Wspólnocie, do bankructwa.

W poniedziałek Francja, a wraz z nią cała Europa, obudziła się nie tylko z uczuciem wielkiej ulgi, ale także wielkiego kaca. Oto się okazuje, że kraj, który jest najważniejszym partnerem Niemiec w Unii, jest całkowicie sparaliżowany, niezdolny do reform.

Znana dziennikarka Anne Sinclair uważa, że francuskie społeczeństwo jest teraz podzielone na cztery wrogie obozy. Jedni, głównie młodzi, chcą minimum stabilności w życiu. Inni, dobrze sytuowani, stawiają na obniżenie podatków i opanowanie długu. Kolejną grupą jest spauperyzowana klasa robotnicza, która wierzy w odbudowę wartości narodowych. I wreszcie ostatnia ćwiartka, to wyborcy Macrona, ufnie patrzy w przyszłość w globalnym świecie. Wypracowanie spójnego planu działania w takim układzie jest bardzo trudne.

Najbardziej bezpośrednim zagrożeniem jest Le Pen. Najpewniej nie wygra wyborów: sondaż przeprowadzony przez Sofres już po pierwszej turze daje jej 38 proc. głosów wobec 62 proc. dla Macrona. Ale to i tak oznaczałoby, że około 12 mln Francuzów jest gotowych oddać głos na liderkę Frontu Narodowego. W stosunku do wyborów regionalnych 2015 r. to skok o przeszło 5 mln głosów! Tak szybkie tempo przyrostu elektoratu może w przyszłości zaprowadzić Le Pen do Pałacu Elizejskiego.

Dziurawy front republikański

Po raz pierwszy „front republikański", czyli mobilizacja wszystkich sił politycznych przeciwko skrajnej prawicy w obronie demokracji, okazał się aż w takim stopniu dziurawy. W wieczór wyborczy Melenchon odmówił wskazania, kto między Macron i Le Pen będzie lepszym prezydentem, na kogo odda swój głos. Nie zrobił tego także przywódca ruchu „Zdrowy Rozsądek", który przed czterema laty zorganizował masowe protesty przeciwko legalizacji małżeństw homoseksualnych.

Wsparcie pozostałych siły politycznych dla Macrona pozostaje mocno koniunkturalne. Na początku czerwca, zaraz po wyborze prezydenta, Francuzi będą głosowali na nowych deputowanych. Pałac Elizejski bez większości w Zgromadzeniu Narodowym nie będzie miał żadnych możliwości działania – o tym się już przekonał François Mitterrand i Jacques Chirac w okresie kohabitacji.

Ryzyko, że taki scenariusz się powtórzy, jest teraz bardzo duże. W wyborczy wieczór Francois Fillon co prawda poparł w drugiej turze Macrona, ale też wezwał prawicę do zjednoczenia przed wyborami. Republikanie najwyraźniej grają więc na własny sukces, szykując się do rewanżu za spektakularną porażkę w miniony weekend.

Jeszcze bardziej dwuznaczny był oficjalny kandydat Partii Socjalistycznej Benoit Hamon. On też wezwał do głosowania na Macrona, ale jednocześnie nazwał go „przeciwnikiem politycznym", choć obaj zaledwie dwa lata temu wchodzili w skład tego samego rządu Manuela Vallsa.

W 2012 r. Francuzi wybrali François Hollande'a nie dlatego, że podobał im się polityk, którego z powodu braku wyrazistego charakteru nazywano „budyniem", tylko nie chcieli wywołującego u wielu alergię Nicolasa Sarkozy'ego. Skutkiem było zasadniczo pięć lat straconych dla Francji.

Dziś sytuacja się powtarza. Macron, polityk nikomu nieznany jeszcze trzy lata temu, zrobił wyjątkową karierę polityczną nie tylko z uwagi na swój talent, co przede wszystkim przez słabość oferty konkurentów. W prawyborach Partia Socjalistyczna wskazała zwolennika powrotu do haseł radykalnej lewicy, który okazał się niestrawny nawet dla Hollande'a i Vallsa. Prawybory zaś wśród Republikanów desygnowały skorumpowanego polityka o bardzo konserwatywnych poglądach. To przez chwilę stworzyło w centrum przestrzeń dla ruchu Macrona – En Marche! Ta przestrzeń jednak szybko może się zamknąć. Wówczas prezydent stanie się osamotniony.

Francja znajduje się w permanentnym kryzysie od połowy lat 70., gdy gwałtowny wzrost cen ropy zdusił wzrost gospodarczy, doprowadził do eksplozji bezrobocia i powstania narastającego problemu z integracją imigrantów. Kraj próbowało reformować wielu prezydentów, w tym Chirac i Sarkozy. Napotkali jednak gwałtowny opór społeczeństwa, w którym wciąż żywe są tradycje Wielkiej Rewolucji. Można mieć wątpliwości, czy Macron, który nie ma doświadczenia swoich poprzedników ani aparatu politycznego, jakim oni dysponowali, upora się z tą przeszkodą. Tym bardziej że sukces skrajnej lewicy i skrajnej prawicy pokazał, jak ogromna jest dziś frustracja w kraju.

Przyszłość Unii Europejskiej pod znakiem zapytania

Tylko że Francja dłużej czekać na zmiany już nie może. W każdej chwili inwestorzy mogą stracić cierpliwość, a wtedy kraj nie będzie w stanie obsłużyć ogromnego długu. Zagrożenie terrorystyczne pokazuje, jak pilne jest rozwiązanie problemu muzułmańskiej imigracji. Sześć milionów bezrobotnych tworzy już rodzaj „trzeciego stanu", gotowego do rewolucji. Pod względem dochodu na mieszkańca Francji jest już bliżej do Hiszpanii niż Niemiec: kraj powoli zsuwa się do ligi państw Południa.

Na marcowym szczycie w Wersalu przywódcy Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii zapowiedzieli budowę Europy wielu prędkości. Mówiono o pogłębieniu integracji strefy euro, wspólnej polityce azylowej, europejskiej obronie. Wybory we Francji pokazują, że urzeczywistnienie tych projektów zajmie lata. W Polsce, która obawia się marginalizacji w Unii, to może zostać przyjęte z ulgą. Ale na dłuższą metę bez silnej Francji Unia będzie coraz bardziej podporządkowana niemieckim interesom. Albo tej Unii w ogóle nie będzie. Dla naszego kraju nie jest to optymistyczny scenariusz.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA