fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Penderecki odmienił polską i światową muzykę

Krzysztof Penderecki (1933–2020), mistrz dla melomanów, reżyserów, rockmanów
Fotorzepa/ Piotr Nowak
W Krakowie zmarł Krzysztof Penderecki, polski kompozytor, gigant o globalnej skali. Miał 86 lat.

Przez lata prowokował, drażnił i zachwycał. Byli tacy, którzy z zawiścią patrzyli na sukcesy, jakie odnosił w świecie otoczony grupą najwybitniejszych muzyków, dla których komponował. Inni podziwiali jego nieustanną skłonność metamorfozy, fakt, że niespodziewanie potrafił porzucić drogę, którą szedł i pójść w zupełnie nowym kierunku.

Czytaj także: Nie żyje Krzysztof Penderecki

Kolejne dekady dowiodły, że to on miał rację. Jako kompozytor otrzymał bowiem od losu najcenniejszy podarunek: mijający czas potwierdzał wartość tego, co stworzył i co inspirowało kolejne pokolenia. W 2011 roku na Europejskim Kongresie Kultury we Wrocławiu dobiegającemu osiemdziesiątki Krzysztofowi Pendereckiemu koncertowy hołd złożył Jonny Greenwood, gitarzysta czołowej rockowej formacji Radiohead. Zafascynowany awangardowymi kompozycjami Polaka sprzed z początku lat 60. napisał „48 Responses to Polymorphia". „Tren” czy „Polimorfią” Polaka nadal mają niesamowitą siłę, zaś inspirowane nimi utwory Greenwooda są jedynie odpryskiem idei polskiego mistrza, które w postaci jego własnych kompozycji promieniowały także na masową publiczność cytowane w arcydziełach światowego kina – „Lśnieniu” Stanleya Kubricka, "Egzorcyście" Williama Friedkina, "Dzikości serca" Davida Lyncha czy w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa i „Katyniu” Andrzeja Wajdy. Zaś Penderecki z Greenwoodem wystąpili razem na największym polskim festiwalu Opener, grając dla kilkudziesięciu tysięcy młodych ludzi.

Na rozdrożu kultur

Niewielu współczesnych kompozytorów może poszczycić się tak bogatą listą, na której są wielkie symfonie, cztery opery, dzieła oratoryjne mnóstwo muzyki koncertowej pisanej na wszystkie możliwe instrumenty oraz wiele utworów kameralnych, ciągle żyjących nieco w cieniu wielkich muzycznych form.

– Piszę na zamówienie, czyli szukam sponsora, ale piszę to, co ja chcę – powiedział mi kiedyś. – Tym różnię się od mistrzów z dawnych epok, biedny Bach co tydzień musiał dostarczać nowe kantaty. Nie wyobrażam sobie takiego tempa życia. To prawda, wtedy było łatwiej, bo należało pisać w znanym sobie języku. Teraz ciągle musimy szukać nowego.

Pracował w pośpiechu, ale był niezwykle systematyczny, a jednocześnie sam proces tworzenia ciągle pozostawał dla niego tajemnicą. – Artysta tak naprawdę nie wie, jak powstaje jego dzieło – tłumaczył. – Owszem, ma koncepcję, może ją dokładnie opisać, ale nagle włącza się coś nie do końca zdefiniowanego. Wówczas łączniki, epizody stają się ważniejsze od głównych tematów, cała koncepcja wali się i powstaje zupełnie inny utwór.

Urodził się w 1933 roku w Dębicy. – Wychowywałem się na rozdrożu dwóch kultur: wschodniej i zachodniej – powiedział kiedyś o sobie. – Z jednej strony kształtowało mnie myślenie dziadka, właściwie Niemca, z drugiej fantazja kresowa i muzyka cerkiewna. Jeździłem słuchać jej na Kresy z ojcem, którego babka była Ormianką.

Ojciec Tadeusz Penderecki był adwokatem, ale codziennie grał w domu na skrzypcach.

– Myślę jednak , że moje poczucie wielkiej formy muzycznej zawdzięczam dziadkowi – wspominał kompozytor. – Był katolikiem, ale o typowo protestanckim nastawieniu do pracy, ładu i systematyczności wymagał od innych.

Ta systematyczność objawiła się już w czasach studenckich w Krakowie. Ci, którzy pamiętają lata 50. wspominają, że ton nadawało tam wówczas trzech młodych ludzi: Sławomir Mrożek, Leszek Herdegen i Krzysztof Penderecki. Nazwisko tego ostatniego pojawiło się po raz pierwszy w prasie za sprawą pomidorowego garnituru, w którym przyszedł na koncert do filharmonii

Świetnie podobno podrywał dziewczyny, słuchał jazzu, ale szybko nudziły go rozmowy o niczym. Już wtedy posiadł też umiejętność skupienia się na pracy w dowolnym miejscu. Pierwsze kompozycje, które przyniosły mu uznanie, powstawały przy kawie w „Jamie Michalikowej”. Potrafił też pisać w kuchni przyjaciół, nie zważając na to, że obok w pokoju trwa ich małżeńska kłótnia.

Zwrócił na siebie uwagę już pierwszymi utworami napisanymi pod koniec lat 50.

– Negowałem wówczas wszystko, co było – powiedział kiedyś. – Wydawało mi się, stwarzam mój nowy, niezależny świat, ale to była iluzja. Można go zbudować w trzech, czterech utworach, ale nie można go powtarzać przez całe życie.

Szybko więc rozstał się z awangardą. Nie ukrywał jednak, iż zależy mu na sukcesie.

– Człowiek, który chce robić wielką karierę, musi mieć styl – mawiał. – Jeżeli go nie ma, zatrzymuje się w taniutkim hoteliku, nie zaprosi nikogo na kolację. Gdy dostałem pierwszą dużą nagrodę w 1966 r. w Westfalii, za wszystkie pieniądze kupiłem mercedesa. Ktoś inny prawdopodobnie podzieliłby tę sumę i żył z niej parę lat. A ja wszystkie wydałem i już wtedy moje akcje wzrosły. Jeździłem takim samym samochodem jak ludzie na Zachodzie.

 

Od Bacha do Dalekiego Wschodu

W połowie lat 60, zadziwił „Pasją według świętego Łukasza”. Jako pierwszy kompozytor XX wieku tak otwarcie korzystał w niej z doświadczeń Jana Sebastiana Bacha, podejmując z nim twórczy dialog. Forma pasyjna uważana była wówczas za anachroniczną, on udowodnił, że to nieprawda. W ciągu pierwszych trzech lat od powstania utworu „Pasję” wykonano około siedemdziesięciu razy w Europie, USA, Japonii i Ameryce Południowej.

Potem wielokrotnie wracał do przeszłości. Po „Pasji” skierował się ku prawosławiu, komponując „Jutrznię”. A kiedy krytykom i muzykologom wydawało się, że już poznali i opisali „nowego” Pendereckiego, on wykonał kolejną woltę.

– Zubin Mehta poprosił mnie o napisanie „II Symfonii” dla Nowojorskich Filharmoników – wspominał. – Siadłem więc i pokazałem, że można napisać, jak mówią niektórzy, symfonię romantyczną. Zrobiłem to także dla publiczności i odniosłem wielki sukces. Tak rozpoczął się nowy okres mojej twórczości.

Tych muzycznych przemian było potem jeszcze wiele, niemal do ostatnich lat, kiedy odkrył dla siebie nowe, nieznane wcześniej obszary, jakim stała się dla niego kultura Dalekiego Wschodu.

– My wszystkie źródła zachodnie już wykorzystaliśmy – tłumaczył mi. –  A teraz szczególnie w Chinach, gdzie dopiero kilkanaście lat temu zaczęto wykonywać muzykę europejską, widoczna jest potrzeba nadrobienia tego, co stracili. Oni przeszli więc przez silną falę awangardy, tak jak my po okresie stalinizmu, a potem pojawili się kompozytorzy, którzy odkryli swoją tradycje, na przykład szalenie ciekawe instrumenty chińskie. Mnie to też pociąga. W „VIII Symfonii” jedną pieśń napisałem do chińskiego wiersza, skomponowałem też pieśni do chińskich tekstów.

Wydawało się, że lista utworów Krzysztofa Pendereckiego nigdy nie zostanie zamknięta, tyle bowiem miał nieustannie nowych pomysłów. Nie będzie jednak już nowych, kolorowych partytur tak charakterystycznych, że wyglądają jak dzieła sztuki warte pokazania na wystawie. Pozostanie jednak muzyka oraz dworek Lusławicach, gdzie mieszkał i komponował również wygląda parku, sadząc drzewa z najdalszych stron świata, gdzie koncertował. Od  2013 r. działa tam Centrum Muzyki poświęcone kompozytorowi i umożliwiające młodym artystom rozwój ich talentów.

Obowiązkowa dziesiątka

Utworów Pendereckiego nie da się zaklasyfikować do jednego stylu, co więcej – nie tworzą jednolitego portretu ich autora. Są jednak dzieła, które trzeba znać, by wiedzieć, kim był i jest Krzysztof Penderecki:

1. „Ofiarom Hiroszimy – Tren” (1960) otworzył czas prób i doświadczeń, dzięki którym Penderecki stał się najważniejszym przedstawicielem ówczesnej awangardy światowej.

2. „Pasja według św. Łukasza” (1965) stała się wyzwaniem rzuconym nowej muzyce. Powstało wielkie dzieło o męce Pańskiej, ale i o cierpieniach współczesnego człowieka.

3. „Diabły z Loudun” (1969). Pierwszy utwór sceniczny Pendereckiego doczekał się około 30 inscenizacji, co w przypadku opery współczesnej jest ewenementem. Kompozytor wybrał sztukę Whitinga, opartą na autentycznych wydarzeniach z połowy XVII w.

4. „Lacrimosa” (1981) – drobna, czterominutowa kompozycja wykonana w 1980 r. na uroczystości odsłonięcia pomników ofiar Grudnia 1970, jest fragmentem pisanego przez kilkanaście lat wielkiego „Polskiego Requiem”. To najbardziej rozpoznawalna melodia Pendereckiego.

5. II koncert wiolonczelowy (1982) skomponowany dla Mścisława Rostropowicza jest jednym z pierwszych koncertów instrumentalnych, które przyniosły Pendereckiemu uznanie, m. in. nagrodę Grammy.

6. IV Symfonia „Adagio” (1989). Zamówiona przez francuski rząd dla uczczenia 200. rocznicy Rewolucji Francuskiej to najbardziej osobista i indywidualna symfonia Pendereckiego.

7. Sinfonietta per archi (1992). Mniej znane, a równie ważne kameralne oblicze kompozytora. 

8. II koncert skrzypcowy „Metamorfozy” (1992). Za tę kompozycję otrzymał w 1998 r. kolejną statuetkę Grammy w sumie zebrał ich pięć. Koncert napisał dla znakomitej niemieckiej skrzypaczki Anne-Sophie Mutter.

9. „Siedem bram Jerozolimy” (1996). Symfonia-oratorium powstała dla uczczenia 3000 lat istnienia tego to dzieło monumentalne. Muzyka przytłacza swą potęgą, ale i siłą wyrazu, jest też dowodem ważnej dla kompozytora tradycji judeo-chrześcijańskiej.

10. „Powiało na mnie morze snów. Pieśni zadumy i nostalgii” (2010). Gdy coraz częstsze stawały się głosy o wyczerpaniu inwencji twórczej Pendereckiego, on zaskoczył wszystkich wyciszoną kompozycją do wierszy polskich poetów, dając przy tym dowód znakomitego wyczucia melodyki ojczystego języka.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA