fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

„Woyzeck" w Teatrze Narodowym: Opowieść o najmniejszym człowieku

Jerzy Radziwiłowicz (Kapitan) i Cezary Kosiński (Woyzeck)
Teatr Narodowy, Krzysztof Bieliński
„Woyzeck" w Teatrze Narodowym to spektakl niełatwy, niejednoznaczny, wymagający refleksji. Bardziej zadaje pytania o kondycję współczesnego człowieka, niż daje gotową odpowiedź.

Każda inscenizacja „Woyzecka" stawia przed reżyserami szczególne wymagania, ale też daje im szczególną szansę wypowiedzi. Georg Büchner bowiem nie tylko nie ukończył dzieła, ale nawet nie ponumerował kart rękopisu. Teatr Narodowy ma wyjątkowe zasługi w propagowaniu twórczości tego artysty. Wystarczy wymienić inscenizację „Lenza" i „Śmierci Dantona" zrealizowane przez Barbarę Wysocką czy „Leonca i Leny" Barbary Sierosławskiej.

Powierzenie reżyserii „Woyzecka" Piotrowi Cieplakowi pozwoliło mieć nadzieję, że powstanie rodzaj współczesnego moralitetu. Tak rzeczywiście się stało. Punktem wyjścia zdaje się być zamieszczony w programie teatralnym cytat z Eliasa Canettiego: „Büchner dokonał w »Woyzecku« całkowitego przewrotu w literaturze: odkrył to, co najmniejsze".

Główny bohater grany przez Cezarego Kosińskiego jest właśnie takim „najmniejszym człowiekiem", bezbronnym i nadwrażliwym – kimś, kogo można by nazwać „prostaczkiem bożym". Jego prostolinijność, otwartość i szczerość stoi w zdecydowanej sprzeczności z regułami, które rządzą światem. Także tym współczesnym, ponownie zmilitaryzowanym. Oto każdy mężczyzna musi codziennie zdawać egzamin ze swej męskości, uczestnicząc w musztrach prowadzonych pod okiem bezwzględnego Tamburmajora (Oskar Hamerski). W takim bezrefleksyjnym świecie nie ma miejsca dla Boga, nie ma czasu na wiarę – jest tylko czas na puste rytuały.

Wolne chwile spędza się nie w kameralnym gronie z najbliższymi, lecz uczestnicząc w tandetnych paradach. Świat, w którym żyje Woyzeck, zaludniają urzędnicy sprawujący funkcje wyraźnie ich przerastające. Świetnym przykładem jest choćby Kapitan grany przez Jerzego Radziwiłowicza. Wypowiadając najprostsze kwestie, zachowuje się jak awansowany ponad miarę współczesny polityk korzystający z tzw. przekazów dnia. Uczy się ich na pamięć, a często nie rozumiejąc sensu wypowiadanych słów, przekręca ich znaczenie.

Żołnierz Woyzeck nie rozumie świata pozbawionego duchowości, czuje się w nim wyobcowany. W swym dramacie Büchner cytuje fragmenty Apokalipsy św. Jana, Cieplak przytacza ją w większym wymiarze ustami Mariusza Benoita. Dla Woyzecka jego żona Maria jest świętością, kimś nieskalanym, niemal nieziemskim. Maria (Zuzanna Saporznikow), kochając go, widzi jednak, że poślubiła człowieka nadwrażliwego. Nie wystarczy jej rodzaj uduchowionej adoracji, chciałaby zaznać „zwyczajnej" ziemskiej miłości. Tę otrzymuje od Tamburmajora.

Pomimo swojej duchowości Woyzeck nie jest w stanie wznieść się ponad przeciętność i potraktować występku Marii jak Chrystus potraktował przeszłość Marii Magdaleny. Dlatego dochodzi do tragedii: zdrada zostaje ukarana śmiercią.

W zachowanych fragmentach rękopisu George Büchner wprowadził też postać babci, cytującej fragmenty bajki. Piotr Cieplak, korzystając z tego pomysłu, zastępuje tamte strzępki mało znaną baśnią Jana Christiana Andersena. Baśń „Szczęśliwa rodzina" w znakomitej interpretacji Sławomiry Łozińskiej nadaje przedstawieniu wymiar metafizyczny. A spektakl wprowadza na wyżyny poezji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA