fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Po co wybory w Korei Północnej?

AFP
Organizowanie wyborów w Korei Północnej brzmi bardziej jak oksymoron niż jak polityczna rzeczywistość, ale jednak to fakt.

Historia koreańskiego półwyspu jest naznaczona smutkiem i cierpieniem. Porozdzielane rodziny, szpiegowskie afery, porwania niewinnych ludzi, podejrzane eksperymenty naukowe i nuklearne groźby – to wszystko funduje Południowi Północ. Pjongjang od blisko 70 lat rządzony jest twardą ręką jednej rodziny. To rzadkość w ostatnim czasie.

Od 2011 roku szefem państwa jest najmłodszy z rodu Kimów, Kim Dzong Un. Z pozoru rubaszny i dobroduszny, w rzeczywistość wprowadza na Północy terror, którego nie było już długo. Jego dziadek przeszedł do historii jako założyciel kraju i jego wieczny prezydent, ojciec przeprowadził Koreę Północną przez dekady głodu i wyniszczenia, a wnuk sieje zamęt i śmierć. Giną wszyscy, którzy stają mu na drodze. Czasem nawet kryteria pozbywania się wrogów politycznych nie są jasne, ponieważ nie sprawdza się stara zasada, wedle której opłaca trzymać stronę dyktatora. W dzisiejszej Korei nad 38. równoleżnikiem to nie wystarcza.

W takim kraju organizowane są dziś wybory. Pytanie po co, skoro i tak najmłodszy Kim władzy nie odda. To pierwsze głosowanie od czasy objęcia przez niego urzędu, według organizacji Transparency International na świecie poza Somalią nie ma obecnie bardziej skorumpowanego kraju niż właśnie Północ. Tym bardziej miejsca na jakąkolwiek demokrację nie ma i być tam nie może.

Głosy oddawane są na gubernatorów, burmistrzów i członków lokalnych zgromadzeń. Co cztery lata od 1999 roku oficjalne raporty mówią o wybieraniu tysięcy nowych urzędników spośród przedstawicieli narodu Demokratycznej (z nazwy) Republiki Korei Północnej. Dla zachodnich demokracji koreańskie głosowanie może być parodią, ponieważ do wyboru jest tylko jedna osoba w każdym z okręgów. Nie wzięcie w nich udziału albo oddanie nieważnego głosu traktowane jest jako akt przeciwko państwu. Komisje wyborcze nie zapewniają prywatności, a karty wypełnione inaczej niż z zakreślonym jedynym polem znajdującym się na nich, muszą trafić do osobnej urny. Wszystko pod czujnym okiem agentów i urzędników.

Cztery lata temu frekwencja wyniosła z tego powodu 99,7 proc. Ci, którzy nie poszli do wyborów, tłumaczyli się przed władzą, że w danym momencie przebywali za granicą. Listy uprawnionych do głosowania spełniają przy okazji rolę ukrytego spisu powszechnego, każde odstępstwo jest szczegółowo sprawdzane.

Kim Dzong Un może czuć się bezpiecznie. Żadne wybory nie są w stanie pozbawić go stanowiska. Można oddawać na niego głosy, ale tylko podczas wyborów parlamentarnych. Ostatnia edycja odbyła się w ubiegłym roku, wówczas w swoim okręgu wnuk założyciela kraju zdobył 100-proc. poparcie.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA