fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Dla małych Syryjczyków tylko druga zmiana

Imarat z trzeciej klasy i jej trzech kolegów czekają na rozpoczęcie lekcji w szkole w Kwaszrze
Fotorzepa/Jerzy
W wielu libańskich szkołach uczy się więcej uchodźców z sąsiedniej Syrii niż Libańczyków. Uczą się jednak oddzielnie.

Jest południe, a 10-letni Mohamed, sympatyczny chłopiec w zielonej bluzie z rysunkiem końskiego łba, siedzi w słabo oświetlonym garażu z dwoma młodszymi braćmi. Za godzinę podobnie jak dzieci z czterech sąsiednich garaży wyjdzie na niewyasfaltowaną drogę i wsiądzie do mikrobusu, który zawiezie ich do oddalonej o kilkaset metrów szkoły. To libańska szkoła w Kwaszrze, miejscowości w górskiej okolicy na północy kraju, kilka kilometrów od granicy Syrii.

Pięcioosobowa rodzina Mohameda mieszka tutaj od ponad dwóch lat, pochodzą z okolicy Hamy, jednego z najbardziej zniszczonych miast w czasie wojny syryjskiej. Jak większość uchodźców wynajmują od miejscowych garaże i są zdani na wsparcie zagranicznych organizacji, takich jak Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).

Śpią na skromnych materacach w bliższej wyjścia części garażu, za bordową zasłoną jest malutka kuchnia i toaleta, na suficie dwie gołe żarówki w kształcie spiral, na ścianie wiszą ręczniki, ubrania i dwie torby ze znakiem Czerwonego Krzyża. Wiele garaży powstało specjalnie na użytek Syryjczyków. Często nie ma nad nimi mieszkań, tylko szkielet z betonu, bo mieszkania są dla prostych syryjskich uchodźców za drogie.

Nie znam żadnego Libańczyka

Syryjczycy są w Libanie zazwyczaj nielegalnie, co oznacza, że trudno im się przemieszczać nawet po okolicy, na drogach jest wiele posterunków, na których mogą być sprawdzeni. Znalezienie pracy na tak niewielkim terenie, gdzie panuje na dodatek duża konkurencja innych Syryjczyków, graniczy z cudem. Ojcu Mohameda, Imadowi, który w rodzinnej wsi uprawiał warzywa strączkowe, tylko kilka razy udało się nająć do prostych zajęć.

- Dobrze przynajmniej, że jest bezpłatna szkoła – podkreśla 36-letni Imad. Jeszcze w 2014 roku zapisać do libańskiej publicznej szkoły małego syryjskiego uchodźcę było bardzo trudno. Teraz zdecydowana większość dzieci chodzi do szkoły. Ale nie oznacza to, że mali Syryjczycy wtapiają się w libańskie środowisko.

- Nie znam żadnego Libańczyka, uczymy się oddzielnie – mówi Mohamed. Gdy o 13:30 zacznie zajęcia w czwartej klasie szkole w Kwaszrze, nie będzie tam już żadnego libańskiego dziecka, skończą naukę. Dla Syryjczyków jest druga zmiana. Gorsza.

- Podział na dwie zmiany to decyzja libańskiego Ministerstwa Edukacji. Uznało, że priorytetem jest nauka Libańczyków – przyznaje burmistrz Kwaszry Mustafa Chodr, wysoki mężczyzna z kilkudniową siwiejącą brodą i chustą zawiązaną na czubku głowy. Przyjmuje w swoim domu, z którego widać drogowy posterunek armii, kontrolującej przejeżdżające samochody. Obok biurka, przy którym pracuje, jest łóżko, a pod ścianami fotele dla gości.

Do podziału na dwie zmiany doszło też dlatego, że w Syrii obowiązuje inny system szkolnictwa, przez Chodra nazywany angielskim. Mali Syryjczycy uczyli się w nich bowiem, kilka godzin dziennie, angielskiego. W Libanie jest system francuski. Co oznacza jednak nie tylko zajęcia z języka francuskiego. Także matematyka i przyroda są wykładane po francusku. I ten system objął uczniów syryjskich.

Mohamed po dwóch latach nauki nie rozumie jednak najprostszego pytania po francusku, nie odpowiada na „jak się masz?" i „czego się nauczyłeś po francusku?". - Ale opanowałem alfabet – mówi nieśmiało po arabsku.

- Francuski to trudny język, ale pani nauczycielka jest miła – podkreśla koleżanka Mohameda z niższej klasy, Imarat, którą spotykam na dziedzińcu szkoły, przystrojonym w libańskie flagi. Ona i inne dzieci z okrzykami radości witają kobietę, która dźwiga pudło pełne słodyczy i lodów. Gdy je zjedzą, rozpoczną naukę.

Marzenie o broni do zabawy

W Kwaszrze jest 3200 stałych mieszkańców, do których w ostatnich trzech latach dołączyło około tysiąca Syryjczyków. Do miejscowej szkoły, jak mówi jej dyrektor, chodzi 589 małych uchodźców. 68 spośród nich razem z Libańczykami, na poranną zmianę. To przywilej tych, którzy przybyli tu, zanim imigracja z kraju ogarniętego wojną stała się masowa. Zajęcia odbywają się we wszystkich pomieszczeniach wymalowanej w różne wyraziste barwy szkoły, łącznie z magazynami i biblioteką.

Niektórzy miejscowi nauczyciele wzięli nadgodziny, ale to nie wystarczyło. Szansę pracy uzyskało wielu nowych przyuczonych do zawodu Libańczyków. Władze nie wyraziły zgody, by syryjskie dzieci uczyli syryjscy nauczyciele, których wśród uchodźców nie brakuje. Na każde dziecko szkoła dostaje miesięcznie 250 tys. funtów libańskich (około 630 złotych) plus fundusze na pensje i nadgodziny dla nauczycieli. Środki w znacznej mierze pochodzą od organizacji międzynarodowych.

Pracownicy szkoły w Kwaszrze i sąsiedniego miasteczka Bire (gdzie uczy się znacznie więcej Syryjczyków niż Libańczyków) zapewniają, że nie ma konfliktów między dziećmi z obu krajów, choć na początku do nich dochodziło. Szczerze mówiąc nie ma po temu wielu okazji. Zajęcia pozalekcyjne, gry na boisku są tylko dla Libańczyków.

- Do ostrych kłótni dochodzi czasem między dziećmi uchodźców. W niektórych jest agresja, której nie widać u małych Libańczyków. Syryjskie dzieci marzą, by dostać zabawkową broń, przypominającą tę, którą obserwowali w rękach dorosłych mężczyzn walczących w ich kraju – mówi Abdulrahman asz-Szejch, nauczyciel francuskiego ze szkoły w Bire.

Opowiada, jak uczy w tym języku Syryjczyków matematyki i przyrody: - Wyjaśniam wszystko po arabsku, dopiero na końcu pojawia się terminologia francuska. Tylko ona pojawia się w testach.

Znamy już wiecznych uchodźców

Malutki Liban (o powierzchni porównywalnej z najmniejszymi polskimi województwami) ma niewiele ponad cztery miliony stałych mieszkańców i 1,056 mln oficjalnie zarejestrowanych uchodźców z Syrii. Około 18 procent przybyszów z sąsiedniego kraju jest w wieku szkolnym. Taka masa gości to olbrzymie obciążenie dla kraju, biedniejszego od Polski. Na dodatek Liban jest podzielony religijnie i politycznie – wojna w Syrii je jeszcze umacnia, szyici identyfikują się ze swoimi współbraćmi i alawickim reżimem Baszara Asada, a najsilniejsza organizacja w Libanie Hezbollah walczy po stronie syryjskiego reżimu. Libańscy sunnici często wspierają syryjskich sunnitów.

Zdecydowana większość uchodźców to sunnici. Na terenach północnego Libanu spotyka się prawie wyłącznie ich. A pomagają im także chrześcijanie (40 proc. mieszkańców Libanu), choć w Syrii stoją zazwyczaj po dwóch stronach barykady. Władze i organizacje międzynarodowe starają się robić wszystko, by w uchodźcach nie widzieć sunnitów, szyitów, alawitów czy chrześcijan, lecz ludzi potrzebujących wsparcia.

- Mamy nadzieję, że uchodźcy niedługo będą mogli wrócić do ojczyzny. Trudno sobie wyobrazić, żeby zostali tu na zawsze, mamy już doświadczenia z żyjącymi tu wiecznie, czyli od kilkudziesięciu lat, uchodźcami palestyńskimi. Z ich powodu wybuchła wojna domowa w Libanie (1975-1990) – mówi Nadżi el-Churi, szef organizacji absolwentów szkół katolickich.

W Libanie jest 360 prywatnych szkół katolickich, uchodzą za dużo lepsze od państwowych, jedna czwarta uczniów to muzułmanie. Część z nich, zwłaszcza te przy granicy, przyjęła uczniów syryjskich.

- Na niewiele nas jednak stać. Zachód robi wrażenie, jakby był zadowolony z tego, że dzięki Libanowi ma problem z dala od siebie, ale pomaga zdecydowanie za mało – uważa El-Churi, który mieszka w Hazmije na przedmieściach Bejrutu. To dzielnica maronicka (maronici to katolicy obrządku wschodniego, najliczniejsi i najbardziej wpływowi wśród libańskich chrześcijan). W jego okolicy znalazło schronienie trochę Syryjczyków, głównie młodzi z bogatszych rodzin z Damaszku i Aleppo, którzy wynajmują w wiele osób mieszkania.

- Mówią, że czekają na zakończenie wojny, by wrócić. To pocieszające – dodaje El-Churi.

Także większość uchodźców, z którymi rozmawiałem w północnym Libanie, w tym Imad, ojciec Mohameda, zapewnia, że marzą o powrocie.

Z nieoficjalnych wypowiedzi pracowników organizacji międzynarodowych wynika, że około 10-15 procent z przeszło miliona Syryjczyków przebywających w Libanie nie widzi już dla siebie przyszłości w ojczyźnie. Oni czekają na przesiedlenie do Europy, Ameryki czy Australii.

Strona Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA