Plus Minus

Jakub Wawrzyniak: Nie robiłem na boisku takiego show jak Kuba Błaszczykowski

EAST NEWS
Czekaliśmy na transmisję w telewizji i kiedy zaczęli grać hymn, wyszedłem do łazienki i tam go przesiedziałem. Nie chciałem, żeby moja rodzina, moje dzieci widziały, że tata ryczy do telewizora – mówi Michałowi Kołodziejczykowi piłkarz, były reprezentant Polski Jakub Wawrzyniak.

Plus Minus: Gdzie się pan nauczył pokory?

Nie wiem, ale czasami myślę, że do osiągnięcia więcej w piłce zabrakło mi emocji. Nigdy nie zakochałem się w klubie, w którym grałem. Nie podobało mi się, że piłkarze w krótkim czasie zaprzyjaźniali się z kibicami, obnosili się ze swoją przynależnością do klubu, a kiedy się z nimi rozmawiało w szatni, to mówili zupełnie co innego.

Dlaczego pan tak nie robił?

Nigdy nie chciałem nikogo oszukiwać. Chciałem, żeby oceniano mnie za to, co robię na boisku, a nie za to, że całuję herb, mówię o miłości do klubu, skoro za chwilę i tak mogłem odejść gdzie indziej. Takich przypadków historia zna tysiące. Może gdybym przypodobał się kibicom, gdybym miał w sobie więcej emocji, pomogłoby mi to w karierze. A ja zawsze wszystko oceniałem na chłodno, nigdy specjalnie nie cieszyłem się sukcesami. Żona czasami mi mówi, że mnie to chyba nic nie cieszy.

Z reprezentacją Polski po Euro 2016 pożegnał się pan po cichutku.

Całe życie tak funkcjonowałem. Mam 49 meczów w kadrze, ludzie pytają, czy nie chciałbym jeszcze jednego, tak do równego rachunku. A ja nie widzę powodu, bo niczego by to nie zmieniło. Miałbym jechać i przyjmować ukłony? Źle czułbym się wśród chłopaków. Powołanie do reprezentacji dostaje się za to, że jest się najlepszym w kraju, a nie po to, żeby ktoś nabił licznik.

Pan się czuł najlepszy?

Za każdym razem, gdy przyjeżdżałem na zgrupowanie. No może poza tymi grudniowymi, kiedy wszyscy wiedzieliśmy, że są to eliminacje do eliminacji, by stać się kadrowiczem. Przed poważnymi spotkaniami zdawałem sobie jednak sprawę, że jeśli jest taki zawód w Polsce jak lewy obrońca, to ja ponad 40 razy byłem najlepszy w kraju, który liczy 36 milionów mieszkańców. Życzyłbym każdemu, żeby czuł się tak wyjątkowo, jak ja się wtedy czułem.

Co to znaczy, że przez całe życie funkcjonował pan po cichu?

Nadal funkcjonuję. Mam konto na Facebooku, ale ostatnio dostałem wiadomość, że mógłbym coś zamieścić, bo przez trzy lata milczę. Nie korzystam z Instagrama, nie wiem, czy są jeszcze tacy piłkarze. Nigdy tego nie potrzebowałem, nie szukałem rozgłosu.

Przyjeżdżał pan na zgrupowania i czuł się najlepszy, to znaczy, że obecność Roberta Lewandowskiego, Jakuba Błaszczykowskiego czy Artura Boruca nie przytłaczała?

Znałem swoje miejsce w szeregu, ale za każdym razem czułem się potrzebny. Nie byłem gościem, który robił na boisku taki show jak Kuba, nie dogrywałem tak jak Łukasz Piszczek ani nie strzelałem goli jak Robert. Wszyscy selekcjonerzy, od których dostawałem powołania, potrafili jednak sprawić, że czułem się ważny. Może siedziałem w drugim rzędzie, ale tam też są wygodne siedzenia, nie miałem z tym problemu. Wszyscy chłopcy grają w piłkę na podwórkach, każdy marzy o reprezentacji, a nie każdy może w niej grać. Wiem, że dla kibiców te wielkie nazwiska, o których rozmawiamy, to są gwiazdy, ale dla mnie to byli po prostu koledzy.

Czuł się pan doceniany?

Głupi nie jestem. Wiedziałem, że wielu kibiców mnie nie docenia, jednak kilku trenerów reprezentacji nie miało wątpliwości w ocenie mojej przydatności dla drużyny. Kibice się nie znają. Może się narażę, ale kiedy ogląda się mecz tylko przez emocje, to nie ma czasu wyrobić sobie opinii o każdym elemencie zespołu. Miałem w życiu takie dwa przypadki, które sprawiły, że stałem się bardzo gruboskórny: wpadkę dopingową w Grecji i towarzyski mecz z Niemcami, kiedy pośliznąłem się w końcówce i straciliśmy gola, który odebrał nam zwycięstwo. Zaczęły się dla mnie liczyć tylko oceny trenerów, a nie to, czy komuś na trybunach albo przed telewizorem moja gra się podobała. Nauczyłem się tym nie przejmować.

Jak się wyrabia taką grubą skórę?

Nie da się z dnia na dzień. Nie da się zmienić swojego życia, po prostu podejmując taką decyzję. W trakcie zarzutów dopingowych miałem pół roku, żeby przygotować się na to, co będzie się działo, kiedy wrócę na boisko. Później dołożyłem sobie tym meczem z Niemcami, ale sprawa dopingowa pomogła mi przez tę sytuację łatwiej przejść. Wiedziałem, że po prostu jestem sam i muszę sobie poradzić. Żeby wrócić do gry, musiałem odciąć się od wszystkiego, co o mnie mówiono w telewizji i pisano w gazetach.

Co to znaczy: „wiedziałem, że jestem sam"?

To chyba moja duża wada, ale zawsze muszę wszystko przeanalizować, przemyśleć i nawet jeśli pocierpieć, to w samotności. Żona często mnie pyta, czemu nie rozmawiam o tym, co mnie boli. A ja po prostu nie lubię mówić o tym, co się dzieje złego, nie lubię mówić źle o ludziach, nie chcę budzić w sobie takich uczuć. Wracam do żywych, kiedy sam się poskładam.

Kiedy rozmawialiśmy po tym meczu z Niemcami, bał się pan o swoje dzieci, że w szkole będą słyszeć, że ich tata się pośliznął. Późniejsze sukcesy przykryły trochę tamto wydarzenie?

Tak. Ale myślę, że jeśli wyjdziemy teraz na ulicę i zapytamy, z czym kojarzy się ludziom Jakub Wawrzyniak, to w pierwszej kolejności będzie to fakt, że się pośliznąłem. To oczywiście strasznie głupie, ale tego nie zmienię. Jeśli wyłączymy emocje związane z Niemcami, z historią, wojną i całym syfem dookoła, to okaże się, że podczas meczu nic się nie wydarzyło. Była to historyczna szansa na pierwsze zwycięstwo z tym przeciwnikiem, był już doliczony czas gry, a my prowadziliśmy, ale to był tylko sparing. Śmieję się, że może nie pozwoliłem nam wygrać w sparingu po to, żeby później wygrać w eliminacjach.

Nauczył się pan śmiać z tamtej sytuacji?

Kibice mają prawo się tym grzać, piłkarze muszą chłodno podchodzić do każdej sytuacji i dalej wykonywać swoje obowiązki. Nawet taki rytuał miałem z Michałem Żewłakowem w Legii, że niezależnie od wyniku meczu, kiedy schodziliśmy z boiska, mówiłem do niego, że nie jest źle, bo przynajmniej się nie pośliznąłem. Będzie to się za mną ciągnęło do końca życia i nawet nie próbowałem z tym walczyć. Wierzę, że kibice pamiętają także to, że zagrałem w zwycięskim meczu 2:0 z Niemcami w Warszawie kilka lat później, bo to zwycięstwo było tak ważne, że warto pamiętać całą jedenastkę.

Jest tylko dwóch polskich piłkarzy, którzy znaleźli się w kadrze na trzy turnieje o mistrzostwo Europy...

Wiem. Ja i Łukasz Piszczek. Różnica jest taka, że Łukasz grał na wszystkich trzech turniejach, a ja tylko w jednym meczu przeciwko Chorwacji w 2008 roku. Myślę, że w kadrze za mało osiągnąłem. Przez wiele lat byłem powoływany, ale meczów, w których nie zagrałem, jest pewnie tak samo dużo jak tych, w których biegałem po boisku. Mogłem też więcej osiągnąć w Legii Warszawa, bo na siedem lat tylko dwa mistrzostwa to jednak o wiele za mało. W reprezentacji najbardziej brakuje mi występów na Euro 2012, mam duży niedosyt, że nie miałem zaufania Franciszka Smudy. Do Francji dwa lata temu pojechałem, ale świetnie grał Artur Jędrzejczyk i to zrozumiałe, że trener postawił na niego.

Czemu Smuda na pana nie postawił?

Miał 23-osobową kadrę, bo UEFA kazała. Stempel musiał być. Jaraliśmy się, że jakieś tam listy tworzy, jak każdy trener, że skreśla po kolei, a wydaje mi się, że wszyscy selekcjonerzy mają w głowie wyjściową jedenastkę już na pół roku przed turniejem, a później czekają na jakieś wyjątkowe wydarzenia, jakiś błysk na zgrupowaniu. Może to brutalnie zabrzmi, ale niektórzy piłkarze są w kadrze tylko po to, żeby można było przeprowadzić wewnętrzną grę szkoleniową. Pamiętam jedno ze swoich pierwszych spotkań ze Smudą na zgrupowaniu w Tajlandii, gdzie graliśmy ligowym składem. Wszedłem do pokoju odpraw trochę za wcześnie, siedział tam trener i jego asystenci. Zapytałem, czy mogę usiąść, cicho byłem jak zawsze. Smuda zaczął wokół mnie krążyć, z lewej podchodził, z prawej i w końcu wydusił z siebie, że musi mi coś powiedzieć.

I co powiedział?

„Jak poszedłeś do Panathinaikosu, to zastanawiałem się, jak takie drewno może iść do tak wielkiego klubu" – zaczął. Wszyscy zaczęli się śmiać, ale trener dodał po chwili, że jednak od kiedy mnie powołuje i obserwuje z bliska, to stwierdza, że nie jestem taki zły. Taką to motywację miał mi do przekazania trener Franciszek.

Kiedy zrozumiał pan, że to już koniec pana gry w reprezentacji?

Na Euro 2016 po przegranym ćwierćfinale z Portugalią. Jeszcze sobie stanąłem na środku boiska w Marsylii, zrobiłem rundkę dookoła. Czułem, że to już koniec, przyszedł taki moment. To był dobry turniej, pokazali się nowi zawodnicy na lewej obronie, Maciek Rybus nie pojechał do Francji tylko przez kontuzję. Zawsze byłem krytyczny wobec siebie, wiedziałem, że nie będę już wystarczająco dobry na reprezentację.

Powiedział pan, że poczuł ulgę, kiedy Adam Nawałka nie powołał pana na pierwszy mecz eliminacji mundialu z Kazachstanem.

To nie tak. Za każdym razem, kiedy byłem powoływany, czułem się zaszczycony. Nie wyobrażałem sobie sytuacji, kiedy dołączam do reprezentacji, a nie do końca tym żyję i nie jestem szczęśliwy. Wtedy oszukiwałbym kibiców i samego siebie. Kiedy trener zadzwonił i powiedział, że nie dostanę powołania, to wiedziałem, że otrzymałem właśnie potwierdzenie swoich przemyśleń. Że czas reprezentacji minął. Przez dziesięć lat regularnie jeździłem na zgrupowania, kiedy inni mieli wolne, spędzali czas z rodzinami – ja wyjeżdżałem. Ktoś powie, że gadam bzdury, bo to przecież kadra. I będzie miał rację. To był właśnie odpowiedni moment, by skończyć.

Niczego nie brakowało?

Myślałem, że będzie łatwo. Czekaliśmy na transmisję w telewizji i kiedy zaczęli grać hymn, wyszedłem do łazienki i tam go przesiedziałem.

Dlaczego?

Nie mogłem opanować płaczu. Nie chciałem, żeby moja rodzina, moje dzieci widziały, że tata ryczy do telewizora. Sam byłem zaskoczony swoją reakcją. Wcześniej było super, żartowaliśmy sobie, gadaliśmy. A później coś we mnie pękło.

To było silniejsze uczucie niż pierwszy hymn wysłuchany na boisku?

Pierwszy hymn miałem w Dubaju, jak graliśmy w ligowym składzie ze Zjednoczonymi Emiratami. Nie czułem się wtedy reprezentantem. Bolało, jak poczułem się byłym reprezentantem.

Piszczek powiedział ostatnio, że bardziej niż przegranej szansy na półfinał Euro żałuje niepowodzenia na mundialu. Kiedy mieliśmy lepszą drużynę?

Euro oczywiście było sukcesem i nie lubię, gdy sukces sprowadza się do sprzyjających okoliczności, bo to zbyt poważna sprawa. Ale taka drabinka jak we Francji długo nam się nie trafi, bo mogliśmy się znaleźć w finale, mieliśmy takie możliwości, można tam było dużo więcej osiągnąć. Obserwując mundial z perspektywy kibica, uważam, że nie mieliśmy żadnych argumentów, by z kimś powalczyć. W obu decydujących meczach nie mieliśmy nawet punktu zaczepnego, by myśleć inaczej. Nie dzwoniłem do chłopaków w Rosji. Nie chciałem pytać, co się stało. Są takie momenty, kiedy lepiej dać spokój, odpuścić i dać czas na przemyślenia. Wie pan, ja ciągle pamiętam, co mi ojciec powiedział, gdy jako 15-latek opuszczałem dom, żeby grać w piłkę.

No co?

Że w życiu nie ma miejsca dla średniaków. Że cokolwiek się robi, trzeba być najlepszym. Do dzisiaj te jego słowa mi towarzyszą.

Kim był pana tata?

Policjantem. Mama dbała o dom i nas wychowywała. Później, kiedy byliśmy już samodzielni, pracowała w banku, założyła też własną firmę krawiecką. To była normalna rodzina, tyle że ja zawsze chciałem grać w piłkę. Nauka łatwo mi przychodziła, nie musiałem poświęcać jej wiele czasu, a kiedy wyjechałem z domu, bardzo szybko się usamodzielniłem. U trenera Adama Dawidziuka w Szamotułach była wielka dyscyplina. Może tam się nauczyłem tej pokory, o którą pan pytał. A zdyscyplinowania i samokrytyki to już na pewno.

Dawidziuk był dobrym wychowawcą?

Tak. Wracaliśmy ze szkoły o 14, dwie godziny później był trening, od 19 do 21 „nauka własna", nie można było nigdzie wychodzić. Wyjechałem z domu, mieszkałem w czteroosobowym pokoju i czułem się jak w wojsku. Jedzenie od – do, przyjdziesz chwilę za późno, to nie ma, zamknięte. Wieczorem w weekendy, jak przychodziło się pięć minut po umówionym czasie, to drzwi były już zamknięte. Dzwoniło się do trenera, a on pytał: „Czy jeśli pociąg odjeżdża o 22, a ty przyjdziesz na dworzec o 22.05, to pojedziesz tym pociągiem?". W Szamotułach może nie nauczyli mnie grać w piłkę, ale sprawili, że grałem w piłkę w przyszłości. Dzięki tamtej szkole nigdy w życiu się nie zachłysnąłem, tylko chciałem więcej i więcej.

Z Patrykiem Jakim pan trenował.

Dojeżdżał, chciał zostać dłużej, ale jakoś nie przeszło. Nie kojarzyłem go, ale kiedy został politykiem, to zacząłem sobie to nazwisko kojarzyć. Przypomniałem sobie nawet głupawą historię. W moich szamotulskich czasach nie było telefonów komórkowych, ale na korytarzu był automat. Obok mieliśmy telewizor, bo w pokojach nie było, więc spędzaliśmy w tym miejscu sporo czasu. Zasada była taka, że kto siedzi najbliżej telefonu, ten odbiera. Dzwoni, odbieram. Przedstawia się kobieta i mówi, że chce rozmawiać z Patrykiem. Pytam więc, z jakim Patrykiem. A ona do mnie, że z Jakim. Nawet się zirytowałem, ale w końcu się dogadaliśmy, przeprosiłem i pobiegłem po kolegę do pokoju.

Szamotuły wypuściły w świat nie tylko pana i polityków.

To było fajne miejsce. Łukasz Fabiański, Łukasz Załuska, Radosław Cierzniak, Łukasz Sapela – wszyscy bramkarze, którzy tam byli, zrobili karierę. No i Maciej Rybus jako zawodnik z pola jest chyba najbardziej znany.

Piotr Małachowski wspominał, że gdy z Tomaszem Majewskim mieli do wydania 10 złotych, to decydowali się na arbuza, bo mogli się jednocześnie napić i najeść. W Szamotułach godnie żyliście?

Cezary Kucharski powiedział ostatnio, że wielcy sportowcy nie pochodzą z bogatych rodzin, i coś w tym jest. W Szamotułach nigdy nie narzekaliśmy na posiłki. Może nie były jakoś specjalnie wartościowe, nikt nie liczył kalorii, nie dostosowywał diety, ale niczego nie brakowało. Natomiast w weekendy po obiedzie dostawaliśmy już tylko torbę z kolacją. Do dzisiaj pamiętam smak jogurtu, który najczęściej wylewaliśmy. Była też bułka, dwa trójkąty topionego sera i kawałek kiełbasy myśliwskiej. I tak co tydzień. Ja miałem niedaleko dom rodzinny, jak było wolne, to wracałem, ale wielu chłopaków przez dwa miesiące nie wyjeżdżało z bursy.

Kiedy grał pan w Błękicie Stargard Szczeciński, jedliście grzyby...

Zostało to tak przedstawione w mediach, jak byśmy naprawdę robili to z głodu. Trochę się wtedy oburzyłem, bo przecież moi rodzice nigdy nie dopuściliby do takiej sytuacji. W Stargardzie były wielkie problemy z pieniędzmi, ja dopiero zaczynałem wchodzić do futbolu, ale byli przecież piłkarze, którzy mieli rodziny, dzieci na utrzymaniu. Klub nie płacił cztery, pięć miesięcy, a nie zarabialiśmy tyle, by z jednej pensji wyżyć przez rok. W którymś momencie nikt nie chciał trenować, wszyscy pytali o zaległości i właśnie wtedy trenerzy zabrali nas do lasu na grzyby. Że niby taka odskocznia od codziennych problemów. Kto chciał, to te grzyby sobie przyrządzał, ale przecież mieliśmy na normalne jedzenie. Później zabrali nam też posiłki w klubie i jeden z masażystów zrobił nam pierogi. Trener Leszek Ojrzyński długo wspominał, jak Wawrzyniak obżerał się pierogami przed treningiem. Wiadomo – jak dobra historia dotyczy kogoś, kto odniósł sukces, to od razu nabiera rumieńców.

Jak miało się tylko ser topiony na kolację, to kiedy stać już na camembert, bardziej się to docenia?

Wszyscy mówią, że piłka nożna to wysiłek i poświęcenie. Ale gdy czasami obserwowałem osoby, które naprawdę coś osiągnęły, jak choćby Lewandowskiego, to odnosiłem wrażenie, że jego nie kosztowało to żadnego wysiłku. To jest pewien automatyzm, którym kierujesz się w życiu – wiesz, czego potrzebujesz, i nie myślisz o tym, co lubisz, a czego nie. Leo Beenhakker powtarzał, a ja zapamiętywałem mądre słowa trenerów: „W życiu piłkarza trzeba robić nie to, czego się chce, tylko to, co jest potrzebne". Faktycznie tak jest. Ja dzień przed meczem musiałem się wyspać i kładłem się do łóżka nawet wtedy, kiedy nie czułem jeszcze zmęczenia. Wiedziałem, że będę się lepiej czuł. Polski piłkarz lubi martyrologię, opowiadanie o tym, ile musiał przejść, by znaleźć się w danym miejscu, a ja myślę, że ci najlepsi po prostu bardzo szybko się tego nauczyli i wiele ich to nie kosztowało.

Kiedy poczuł pan, że nie dogoni pana bieda?

Dam kolejny cytat, tym razem z Maćka Skorży, który zawsze nam powtarzał: „Panowie, pieniądze zarabiajcie przy okazji. Jak będziecie najlepsi, to będziecie mieli najlepsze kontrakty". Mnie to motywowało, a pieniądze nigdy. Po powrocie z Panathinaikosu do Legii nakręcałem się na każdy trening, a wszyscy mnie krytykowali. Zacząłem ponownie pracować z psychologiem sportowym, który powiedział mi, że jeśli czemuś się poświęcę i będę maksymalnie skoncentrowany, to zobaczę, jak łatwo mi to przychodzi. I właśnie tak było. Zacząłem grać w Legii, Smuda po dłuższej przerwie przywrócił mnie do reprezentacji. Nie chciałem i nie chcę mówić o pieniądzach, bo to nie jest fajne. Ludzie bardzo tego nie lubią, bo sami ich nie mają. Korzyści majątkowe z grania w piłkę zacząłem mieć dopiero, gdy przeszedłem ze Świtu Nowy Dwór Mazowiecki do Widzewa. Pamiętam, jak właściciel klubu Wojciech Szymański przekazał mi telefon i odezwał się Zbyszek Boniek. Poszedłem do Łodzi i zacząłem zarabiać, miałem już coś, żeby odłożyć. To był też moment, kiedy zamieszkałem z Karoliną.

Czemu odłożyć, a nie przepuścić?

Bo poszedłem tą drogą, ale sprawa z tymi, co przepuszczają, jest trochę bardziej skomplikowana. Piłkarz może zwariować, kiedy nagle zarabia 20 tysięcy miesięcznie. Może się pomylić, robić głupoty. Kupić sobie jakiś samochód, męską zabawkę. W szkole uczono nas, co to jest sinus i cosinus – mam 35 lat i nigdy mi się to nie przydało, ale nikogo nie uczono, jak zarządzać pieniędzmi. Wkłada się do głowy pierdoły, zamiast przygotowywać do życia. Zarządzać pieniędzmi możesz się nauczyć dopiero na studiach, jak wybierzesz odpowiedni kierunek. Nie dziwię się więc tym, którzy na piłkarskiej drodze zabłądzili.

Pan się zawsze dobrze prowadził?

Nie, ale miałem zdrowie. Żona zawsze gotowała w domu wartościowe rzeczy. Nie chodziłem po restauracjach. Przed treningiem musiałem zjeść śniadanie, jak wracałem, to był obiad, a później kolacja. Nigdy nie miałem problemów z kontuzjami. Być może to powodowało, że nie liczyłem kalorii, nie koncentrowałem się na diecie. Ale przez całą karierę prawdziwych profesjonalistów, takich stuprocentowych, to poznałem może dwóch.

Lewandowskiego i kogo?

Drugiego szukam. Ale rozumiem, że teraz wszystko idzie w stronę pełnego profesjonalizmu, diet. To dobra moda. Ja miałem mądrą żonę, która mi pomogła.

Miał pan szczęście.

Znalezienie mądrej żony to duża sztuka. Bez względu na to, co w życiu mieliśmy, Karolina zawsze była taka sama. Nic jej nie zmieniło od chwili, kiedy ją poznałem. Grałem w Starogardzie i przyjeżdżałem na weekend z torbą pełną brudnych ciuchów, to prała, żebym miał wszystko czyste. Dbała o mnie, o nas, o dom. W wieku 35 lat jest taka sama. Żadne atrakcje typu Instagram, ekstrafocie i dziubasy jej nie interesowały. Liczyła się rodzina, najbliżsi. Poznaliśmy się w szkole, poszliśmy na studniówkę. Ten sam rocznik, inna klasa. Chwyciło za serce i tak trzyma do dzisiaj. Nie wiem, co we mnie widzi. Może mam ten błysk, bo jeśli chodzi o urodę, to trafiłem do najbrzydszej jedenastki Euro 2008. We dwóch trafiliśmy, bo był jeszcze Jacek Krzynówek.

Spełnia się pan jako ojciec?

Dzieci ocenią, jakimi byliśmy rodzicami, kiedy wyprowadzą się z domu. Oliwia ma 11 lat, Antoni 8. Teraz są miłe, kulturalne i to dobrze, bo ludzie powinni się szanować, ale z prawdziwą oceną trzeba poczekać. Zobaczymy, jak je wychowaliśmy, kiedy będą odróżniać dobro od zła, kiedy będą wybierać swoje drogi, szanować rodziców i rodzeństwo, w momencie, kiedy same założą rodziny. Bo to różnie bywa. Drugie połówki potrafią przekabacić. Nie wiem, jakim jestem ojcem. Czasami myślę, że wymagam zbyt wiele, ale staram się pilnować.

Przed czterdziestką faceci kupują sobie motor, pan kupił jacht.

Kiedy wróciłem z Grecji zawieszony za doping, nasz sąsiad z Warszawy zabrał nas na swoje rodzinne Mazury. Spędziłem weekend na wodzie i od tego momentu zwariowałem na punkcie własnej łodzi. Czekałem, uznałem, że dopóki jestem piłkarzem, to szkoda pieniędzy, ale rok temu nie wytrzymałem i spełniłem swoje marzenie. To jacht spacerowy, nie ma dużej mocy silnika, ale dużą powierzchnię w środku. Trzy pary spokojnie się wyśpią. Papierów na to nie trzeba, ale wyobraźni na pewno – 11 metrami nie steruje się łatwo. Lubię popływać, przycumować na dziko, rozpalić wieczorem ognisko, posiedzieć i pogadać.

Zawsze umiał pan spełniać swoje marzenia?

Nigdy nie miałem wygórowanych. O kwestiach materialnych też nie lubię rozmawiać. Kiedy czytam wywiady z ludźmi, którzy osiągnęli wielkie sukcesy, to sprawy finansowe są tam bardzo rzadko poruszane.

Czy głębsza myśl przydaje się w ogóle piłkarzowi, czy lepiej czasami po prostu podjąć szybką decyzję?

Michała Żewłakowa poznałem w Grecji i kiedy spotkaliśmy się później w Legii, spytał mnie w pokoju, czy myślę, że kiedy piłkarz jest głupkiem, to mu łatwiej, bo nie analizuje, nie patrzy wokół, tylko idzie w drybling i podejmuje ryzykowne decyzje. Nie chciałbym, żeby teraz nasza rozmowa poszła w złym kierunku. Żebyśmy byli pierwszymi osobami na świecie, które stwierdzą, że inteligencja w życiu przeszkadza. Świadczyłoby to o braku naszej inteligencji.

No to jak to jest u piłkarzy?

Jeśli ta szybka decyzja jest dobra, to też świadczy o inteligencji. Ci najlepsi na pięć decyzji wybierają zawsze tę najlepszą albo przynajmniej drugą w kolejności. Na boisku liczy się szybkość myślenia, przewidywanie tego, co się wydarzy.

Czyli najwyższy poziom zarezerwowany jest dla najinteligentniejszych.

Zgadzam się i jednocześnie będę pierwszym, który podważy znaczenie doświadczenia.

To znaczy?

Jak patrzę na Kyliana Mbappe, który ma 19 lat, nie ma żadnego doświadczenia, i porównam go z 35-letnim Jakubem Wawrzyniakiem, to jednak Mbappe wygląda, jakby tego doświadczenia miał więcej, jakby setki meczów miał już w nogach. Kiedy mówimy o znaczeniu doświadczenia, próbujemy przykryć swoje braki, tymczasem decydują umiejętności, a nie przebieg. Można mieć przecież także wielkie doświadczenie w powielaniu błędów. Nie trawię także, kiedy trenerzy kwestię wygranej uzależniają od tego, czy piłkarze udźwigną presję. Przecież piłkarz co tydzień ma mecz i powinien się do presji przyzwyczaić.

Panu nigdy nogi nie drżały?

Im poważniejszy miałem przed sobą mecz, tym łatwiej mi wszystko przychodziło. Po powrocie z mistrzostw Europy we Francji pojechaliśmy ze Sławkiem Peszko do Płocka na mecz. Wchodzimy na stadion i mówię: „Zobacz, Sławek, prawie jak w Marsylii, podobne łuki są". Po dwóch tygodniach od wielkiego piłkarskiego święta trzeba było w Płocku znaleźć sobie motywację, patrząc na garstkę kibiców i wąchając zapach kiełbasy z grilla, który dochodził zza sektora gości. To było trudniejsze niż wielki mecz w reprezentacji.

Da się przygotować na zakończenie kariery? Wyobraża pan sobie, że nie znajdzie w tym sezonie żadnego klubu?

Na razie za niczym nie tęsknię, ciągle jestem pod prądem, trenuję, bo może jeszcze coś się wydarzy. Piłkarze powtarzają, że na taki moment trzeba być przygotowanym, ale nie wiem, jak to zrobić. A jeśli pan dowiedziałby się, że od jutra nie może napisać żadnego artykułu, to byłoby takie łatwe? Do takich rzeczy nie da się przygotować, z nimi trzeba się zmierzyć, potraktować jak kolejne wyzwanie. Kiedy nie będę trenował, nie będę mógł robić tego, co robiłem przez ostatnie 20 lat. Trzeba będzie się ogarnąć i zająć jakąś inną pasją. Jeśli ludzie idą na studia i w pięć lat zostają magistrem czegoś, to nie wiem, dlaczego ja za pięć lat jako 40-latek nie mógłbym być ekspertem w jakiejś innej dziedzinie niż futbol.

Żałuje pan tej dopingowej wpadki w Grecji? To był przełomowy moment? Mógł pan pójść jeszcze wyżej?

Nie wiem, gdzie był mój szczyt. Panathinaikos to był świetny klub, wtedy jeszcze w miarę poukładany. Transfer dogadaliśmy bardzo szybko, w jeden dzień. Zawsze chciałem więcej. Dla mnie to, że ktoś gra w Legii, oznacza, że musi gryźć trawę, walczyć, szarpać. Kiedy zmieniłem Widzew na Legię, to był duży skok, także finansowy, ale chciałem – brutalnie mówiąc – wykorzystać Legię i pójść jeszcze dalej. Myślę, że taka chęć rozwoju jest zdrowa.

Posiwiał pan przez sprawę z dopingiem?

Tak mi się wydaje. Ten czas kosztował mnie dużo nerwów, nieprzespanych nocy. Te pół roku oczekiwania na wyrok było fatalne. Przed Trybunałem w Lozannie przesłuchiwało mnie trzech facetów, po angielsku, a ja po angielsku, owszem, mówię, ale nie na tyle, żeby nie mieć problemów z kwestiami prawniczymi. To był stres i presja, jakiej nie da się porównać z niczym innym. Kiedy z perspektywy patrzę na moją karierę, wiem, że z dopingiem także będę się kojarzył. Sam myślę o tamtych chwilach, więc kibice na pewno również. Tyle że ja grałem w Atenach fair od początku.

To znaczy?

Pokazałem lekarzom odżywki, jakie przywiozłem z Polski. Obejrzeli, zatwierdzili. Nie mieli przeciwwskazań, ale ja miałem pecha. Przeszedłem pięć kontroli dopingowych i wszystko było w porządku, po szóstej zapaliła się czerwona lampka. Substancja, która stymuluje układ nerwowy, została wpisana na listę środków zakazanych 30 marca, ja wpadłem 4 kwietnia i zaczęły się kłopoty. Grecy mogli mnie inaczej potraktować, bo kara za takie przewinienie miała widełki – od nagany do dwóch lat zawieszenia, ale te dwa lata to były za jakiś steryd, za testosteron. W moim przypadku zachodziły wszystkie okoliczności łagodzące. W tym samym czasie w Atenach była konferencja antydopingowa, zjechali się wszyscy ważni z całego świata. Podjechałem tam i zaprosiłem na kolację Polaków, prezesa Jerzego Smorawińskiego. Zapytałem, co robić.

Co poradzili?

Powiedzieli, żebym był spokojny, bo nie wydarzy się nic złego. Zapewnili, że w Polsce dostałbym naganę, może miesiąc zawieszenia jako pokazówkę. Od Greków dostałem dwa lata. Nie wiedziałem, czy to już może w ogóle koniec mojej gry w piłkę, zabijała mnie niepewność. Odwołałem się, mówili mi, że się uda, ale nie mogłem spać. To był naprawdę fatalny czas. Bliscy dwoili się i troili, żeby mi pomóc, ale sam nie dawałem sobie rady. W styczniu 2010 roku Trybunał w Lozannie wydał werdykt, że mogę znowu grać. Byłem już innym człowiekiem.

Zagranicy spróbował pan jeszcze raz, wyjeżdżając do rosyjskiego Amkaru Perm.

Miałem w perspektywie walkę o miejsce w reprezentacji, a straciłem miejsce w Legii. Zawsze uważałem, że jestem wystarczająco dobry, żeby grać, ławka rezerwowych nigdy nie dawała mi radości. Do końca kontraktu zostało mi pół roku, a Henning Berg, który właśnie przyszedł do klubu, raczej nie planował na mnie stawiać. Decyzja była szybka – spakowałem się i wyjechałem. Sam, bez żony i dzieci. Wytrzymałem osiem miesięcy. Tak jak w Legii nie wytrzymałem ciśnienia na ławce, tak w Rosji ciśnienia tęsknoty. Gdybyśmy wyjechali tam wszyscy, a dzieci byłyby zadowolone ze szkoły, zostałbym dłużej. Dla mnie nie ma różnicy, czy mieszkam 150 metrów od morza w Gdańsku czy w najbrzydszym miejscu w Polsce. Ważne, żebym miał dobre warunki do treningu, o to przecież chodzi w moim zawodzie. Reszta to nieznaczące dodatki. Nigdy nie latałem po knajpach, nie potrzebowałem miasta. Kiedy w Legii wszyscy kupowali mieszkania w Wilanowie, ja wybrałem Białołękę. Potrzebowałem tylko ciszy i spokoju. Przecież po treningach i tak wracałem do domu.

Nigdy nie pasował mi pan do świata piłki.

Takie czasy są, że nie trzeba już „Playboya" i „CKM" kupować, bo jest Instagram. Chyba muszę sobie w końcu profil założyć. Teraz nawet mąż żonie życzenia urodzinowe zamiast rano w łóżku składa na Facebooku. Też tak zrobię. I serduszka na koniec dosypię.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL