fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Rosja pod szczególnym nadzorem

shutterstock
Do igrzysk trzy dni, a dopingowych kłopotów nie ubywa. W trakcie rywalizacji kontrole mają być ostre.

W przeddzień igrzysk więcej się mówi o rosyjskim skandalu dopingowym niż szansach medalowych. Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu wywrócił do góry nogami decyzje Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl) o karach dla Rosjan. Sędziowie stwierdzili, że aż w 28 przypadkach dowody winy były niewystarczające. Rosja odzyskała dziewięć z 13 medali z igrzysk w Soczi (2014).

MKOl w dalszym ciągu stoi jednak na stanowisku, że udział rosyjskich sportowców w igrzyskach w Pjongczangu jest możliwy tylko po wystosowaniu do nich zaproszenia. Thomas Bach (szef MKOl) stwierdził, że zaprosi jedynie dopingowo czystych, a Trybunał wymaga reformy.

Czyli mamy do czynienia z sytuacją podobną do tej sprzed igrzysk w Rio, tylko wtedy wrogiem MKOl była Światowa Agencja Antydopingowa (WADA), która chciała bezwarunkowego wykluczenia Rosji, a teraz Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu.

Sytuacja jest jeszcze poważniejsza w świetle ostatnich informacji niemieckiej telewizji ARD oraz londyńskiej gazety „The Sunday Times".

Dziennikarze dotarli do wyników próbek 10 tysięcy biegaczy narciarskich i na tej podstawie ujawnili, że co trzeci medal mistrzostw świata i igrzysk od 2001 roku został zdobyty przez zawodnika, którego wyniki krwi budziły poważne wątpliwości. Doniesienia są tym bardziej szokujące, że podejrzenia mają dotyczyć ponad 50 biegaczy, których zobaczymy na starcie w Pjongczangu.

Aby w Korei nie było skandali, przed igrzyskami MKOl i WADA wprowadziły testy, które miały wyeliminować oszustów jeszcze przed startem. Program działał od kwietnia 2017 roku do 31 stycznia tego roku i MKOl twierdzi, że był „najbardziej rygorystyczny w historii".

Już samo sformułowanie „Taskforce" (oddział specjalny), które pojawiło się w nazwie programu, zapowiadało, że nikt żartował nie będzie. W skład jednostki koordynującej wchodzili przedstawiciele Związku Federacji Zimowych i krajowych ciał antydopingowych z Danii, Kanady, Japonii, Wielkiej Brytanii i USA.

MKOl chwali się, że w trakcie trwania programu zostało wykonanych aż 17 670 testów, które objęły ponad 6000 sportowców z 61 krajów. Nie tylko sama liczba pobranych i przebadanych próbek jest ważna, bo MKOl podkreśla, że zmieniła się też metoda.

Pod uwagę kontrolerzy brali dyscypliny, w których doping jest najbardziej prawdopodobny, i kraje, które w przeszłości wyróżniły się w tej niechlubnej kategorii. Przez gęste sito przepuszczali sportowców z czołówki światowego rankingu (pierwsza dwudziestka w danej dyscyplinie), brali pod uwagę również ostatnie niespodziewane poprawy wyników i wcześniejsze dopingowe wpadki.

Rosjanie byli objęci szczególnym nadzorem. Sportowców z tego kraju dokumenty wymieniały wprost jako z urzędu podejrzanych – w listopadzie i grudniu byli dwa razy częściej badani niż zawodnicy z jakiegokolwiek innego kraju.

Jak te założenia przekładały się na konkretne badania? MKOl opublikował szczegółowe listy z podziałem na miesiące, dyscypliny i kraje. Jeśli ktoś jest mocny w danej dyscyplinie, to jest też bardziej podejrzany. W grudniu niemieccy biatloniści zostali skontrolowani 52 razy (w Soczi wpadkę zaliczyła Evi Sachenbacher-Stehle), rosyjscy 58, a norwescy tylko 29 razy. Polscy biatloniści zostali poddani 11 testom. Chińscy łyżwiarze w grudniu byli badani 196 razy, holenderscy 69 razy, bo choć są najmocniejsi, to ich metody treningowe raczej nie budziły podejrzeń. Polskich panczenistów, którzy z Soczi przywieźli trzy medale, badano 24 razy.

Żaden kraj nie mógł liczyć na certyfikat uczciwości rozciągnięty na wszystkie dyscypliny. Norwescy biegacze narciarscy nie mają ostatnio tak dobrej opinii jak biatloniści, więc przedstawiciele sportów narciarskich (MKOl nie precyzuje których) byli badani aż 74 razy w grudniu.

Jest nadzieja, że po takiej selekcji do Korei wybrali się w większości czyści sportowcy, ale oczywiście w Pjongczangu kontrole również będą ostre. Podczas igrzysk MKOl znów wprowadza politykę „zero igieł" i planuje przeprowadzić 2500 testów, z czego ponad 1400 w przerwach między zawodami, a kolejne ponad 1000 podczas startów (ten czas liczy się już na 12 godzin przed rozpoczęciem konkurencji).

Sam proces badania ma być transparentny od początku do końca. Fiolki z zaplombowanym materiałem (krew lub mocz) będą wkładane do pudełka, a to z kolei do przezroczystej torebki (również plombowanej). Następnie próbka będzie przekazywana za pokwitowaniem kierowcy-żołnierzowi, który w towarzystwie drugiego żołnierza zawiezie ją do laboratorium w Seulu. Pracownicy laboratorium najpierw sprawdzą, czy nikt nie manipulował przy probówce, a dopiero potem przystąpią do badania. Próbka B trafi do zamrażarki, a wszystkie etapy będą filmowane.

I tutaj zaczynają się problemy, bo nowy model buteleczek, których mieli używać kontrolerzy w Pjongczangu, ma wadę konstrukcyjną – można go otworzyć potajemnie bez zostawiania śladów. Takie ostrzeżenie przekazało m.in. laboratorium w Kolonii. WADA wydała oświadczenie, w którym zapewnia, że sytuację analizuje, a w Pjongczangu rekomenduje powrót do pojemniczków stosowanych w czasie igrzysk w Rio de Janeiro, z którym też były problemy.

Rosyjscy hakerzy z grupy Fancy Bears rzekomo wykradli e-mail wysłany przez Francisco Radlera, szefa brazylijskiego laboratorium antydopingowego. Profesor miał informować urzędników antydopingowych, że niektóre buteleczki nie zachowywały przepisowych rozmiarów i trzeba się było namęczyć, żeby je otworzyć, niszcząc przy okazji korek. O sprawie napisał na razie rosyjski portal Russia Today oraz brazylijskie wydanie „El Pais".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA