fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Wielki Brat patrzy coraz śmielej

Fotorzepa, Radek Pasterski
Na systemy służące zbieraniu informacji o obywatelach idą miliony. Nie ma nad tym żadnej kontroli.

Kamery, programy rozpoznające rejestracje samochodów, biometria przy kontroli pracowników – to tylko niektóre ze środków, po jakie sięgają nie tylko służby, ale i instytucje publiczne, zyskując o nas potężną wiedzę.

– Jako obywatele często nie mamy dostępu do informacji o tym, jakie narzędzia są używane do gromadzenia wiedzy o życiu każdego z nas ani w jaki sposób i kto je wykorzystuje. A powinniśmy, by wiedzieć, czy nie dochodzi do nadużyć – mówi Anna Walkowiak z Fundacji Panoptykon.

Głos petenta

Panoptykon zakończył wyjątkowy projekt: sporządził mapę narzędzi nadzorczych, jakich używają władze.

Wszechobecny jest monitoring wizyjny – działa prawie w każdym z 48 miast, jakie przepytała fundacja. Największe miejskie systemy kamer na ulicach, w Poznaniu i Warszawie, liczą ok. 400 urządzeń.

Liczba wszystkich kamer utrzymywanych przez samorządy idzie w tysiące. Np. w Kielcach system na ulicach to 105 urządzeń, ale w całym mieście kamer jest 5657 (z tego 3,4 tys. w przedszkolach i żłobkach, a 1,4 tys. w autobusach).

Na ile kamery poprawiają bezpieczeństwo – nikt solidnie nie bada. – Nie ma statystyk, jakie przestępstwa i wykroczenia zostały dzięki nim ujawnione ani których sprawców złapano – zaznacza Walkowiak.

Są też nimi naszpikowane urzędy. Za kontrowersyjną praktykę fundacja uznała w małopolskim i świętokrzyskim oddziale NFZ kamery w części dla petentów, które rejestrują nie tylko obraz, ale i dźwięk. „To bardzo głęboka ingerencja w prywatność" – oceniają eksperci Panoptykonu.

Klienci mogą nie wiedzieć, że nagrywa się ich rozmowy. Czemu służą kamery w Funduszu? Rozstrzyganiu „konfliktów pracownika z petentem" – tłumaczył fundacji NFZ.

Z odpowiedzi małopolskiego Funduszu na ankietę Panoptykonu wynikało, że nagrań dokonuje się rutynowo. Później jednak NFZ poinformował, że przy każdym stanowisku obsługi umieszczono komunikat o możliwości rejestracji dźwięku.

– Zawsze wymaga ona zgody osoby, która bierze udział w rozmowie – przekonuje nas Aleksandra Kwiecień, rzeczniczka małopolskiego NFZ. I dodaje, że żadnej rozmowy nie zarejestrowano.

W dużych miastach standardem są mikrofony w kabinie kierowcy autobusu, a zakłady transportu z Łodzi i Opola założyły je nawet w części dla pasażerów. „To zupełnie nieuzasadnione" – ocenia fundacja.

Radosna twórczość

Co gorsza, każdy przechowuje zapisy, jak długo chce: średnio 20–30 dni, ale np. we Włocławku już 60. Brak także zasad publikacji nagrań. Efekt: „Nikt nie może mieć pewności, że nagranie z jego udziałem nie trafi do telewizji czy internetu, nawet jeśli nie popełnił żadnego przestępstwa" – ocenia raport. Do sieci wyciekł np. pamiętny filmik pokazujący starcie posła Przemysława Wiplera z policjantami.

– Wszystko przez to, że wciąż brak ustawy, która określałaby zasady działania monitoringu – podkreśla Wojciech Klicki z Panoptykonu.

– Kwitnie więc radosna twórczość, każdy stawia kamery, gdzie chce, uznając, że w miejscach publicznych można to robić bez ograniczeń. Tak nie jest, bo każdy ma prawo do prywatności – komentuje prof. Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości.

Rząd PO–PSL opracował założenia do projektu regulującego monitoring i na tym się skończyło. Obecny resort spraw wewnętrznych zamierza sprawę uregulować.

To tym bardziej pilne, że na miejskie kamery idą miliony. System w stolicy zbudowano za 58 mln zł, a utrzymanie zakładu, który go obsługuje, to koszt 15 mln zł.

Policja broni miejskich kamer. – Pomogły np. prześledzić drogę ucieczki Kajetana P., podejrzanego o brutalny mord – mówią funkcjonariusze.

Zupa za odcisk palca

Panoptykon za groźne uważa to, że coraz częściej informacje zebrane dzięki różnym narzędziom są łączone. – Przez to ingerencje w prywatność mogą przekraczać dopuszczalne granice – mówi Anna Walkowiak.

Przykładów jest mnóstwo. Pakiet informacji o obywatelach dostarczają urzędom karty miejskie, które służą też jako karty biblioteczne czy bilety na basen. Nawet wypożyczenie miejskiego roweru nie jest anonimowe. System zapisuje informacje o tym, skąd i dokąd ktoś jedzie, a rowery coraz częściej mają nadajniki GPS, które śledzą trasę.

„Możliwość integracji danych sprawia, że w jednym miejscu gromadzony może być szeroki zakres informacji o mieszkańcach, ich zwyczajach, upodobaniach, wydatkach" – czytamy w raporcie.

Anonimowość tracą także kierowcy. Dzięki dostępowi do Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców firmy obsługujące miejskie strefy parkowania mogą się dowiedzieć, np., gdzie dana osoba najczęściej parkuje auto.

Za daleko sięga weryfikacja tożsamości pracowników na podstawie danych biometrycznych, np. odcisku palca – uważa fundacja i podaje, że systemy dostępu oparte na biometrii wykorzystują m.in. NBP, śląski NFZ i płocki urząd miasta. O ile w przypadku banku centralnego jest to uzasadnione, o tyle decyzje pozostałych instytucji budzą poważne wątpliwości.

„Każdy, kto udostępnia swoje dane biometryczne, oddaje innym informacje o sobie i traci nad nimi kontrolę". Jeśli takie dane wyciekną, nie wystarczy wymiana karty czy hasła – ostrzegają eksperci.

Za kuriozum uznają wykorzystanie biometrii na Wojskowej Akademii Technicznej do rejestracji posiłków wydawanych w stołówce. „Czy trzeba sięgać aż po takie środki, żeby ktoś nie pobrał podwójnej porcji zupy" – pytają.

Plonem pracy Panoptykonu jest przewodnik „Zabawki Wielkiego Brata" dostępny na stronie internetowej fundacji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA