fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Spór o SN - o co w im chodzi

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Choć obie strony sporu mają bomby, żadna nie zostanie użyta. Inaczej grozi nam nuklearna zagłada.

Słowa Ludwika Jerzego Kerna z popularnego niegdyś serialu „Wojna domowa" przychodzą mi nieuchronnie na myśl, gdy czytam kolejne doniesienia z frontu walki o Sąd Najwyższy ("wojna domowa od wielu wieków trwa, wojna na gesty, wojna na słowa..."). Od początku wojny o SN, która z czasem przerodziła się w swoistą wojnę domową wewnątrz SN, minął zaledwie rok, ale natłok wydarzeń był w tym okresie tak duży, że czytelnikom należy się krótkie przypomnienie najważniejszych wydarzeń. Generalnie walka toczyła się na dwóch frontach. Pierwszy z nich to ochrona sędziów Sądu Najwyższego w wieku 65+, którzy w ubiegłym roku mieli być przymusowo przeniesieni w stan spoczynku. Front drugi to niedopuszczenie do orzekania sędziów, którzy zostali powołani w skład Sądu Najwyższego w myśl nowych przepisów, tzw. sędziów nowych.

Pierwsze takie twórcze podejście

Zaczęło się w kwietniu 2018 r., od obniżenia wieku emerytalnego sędziów SN i przeniesienia w stan spoczynku sędziów, którzy przekroczyli 65 lat. W rezultacie jedynie pięcioro sędziów SN w wieku 65+ uzyskało pozytywną opinię KRS i otrzymało zgodę prezydenta na dalsze orzekanie.

Wydawało się, że wszystko pójdzie zgodnie z planem partii rządzącej. Co prawda trójka sędziów SN złożyła odwołania od negatywnych opinii KRS, ale nie wstrzymało to działań związanych z przenoszeniem w stan spoczynku. Warto przy tym zauważyć, że do wnoszenia odwołań zastosowano po praz pierwszy precedensowe rozwiązanie proceduralne. Ponieważ KRS odmówiła ich przesłania, sędziowie SN Anna Owczarek, Maria Szulc oraz Józef Iwulski swoje odwołania złożyli 30 lipca bezpośrednio do Sądu Najwyższego, nie zaś – zgodnie z procedurą – za pośrednictwem organu, który zaskarżoną decyzję wydał.

Kilka dni później, 3 sierpnia, SN, rozpoznając zupełnie przypadkową sprawę z ubezpieczeń społecznych, przedstawił pięć pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE. Cztery dotyczyły kwestii zgodności z prawem unijnym trwającego wówczas procesu przenoszenia sędziów SN w stan spoczynku. Tu większych kontrowersji nie było, bo skoro w sprawie orzekali sędziowie w wieku powyżej 65 lat, ich status miał znaczenie dla rozstrzygnięcia sprawy.

Zaskoczeniem była natomiast kwestia zawarta w pytaniu nr 5. Otóż SN uznał, że należy ponownie poddać pod rozwagę TSUE kwestię stosowania, jako środka zabezpieczającego, odmowy zastosowania przepisów prawa krajowego sprzecznych z prawem unijnym. Nie czekając na odpowiedź, SN użył tego środka zabezpieczającego i postanowił zawiesić stosowanie przepisów ustawy o SN określających zasady przechodzenia sędziów SN w stan spoczynku.

Było to bardzo nowatorskie podejście do zakresu postępowania zabezpieczającego. Zawieszenie stosowania przepisów ustawowych w żadnej mierze nie należy bowiem do konstytucyjnych uprawnień sądów. Nic więc dziwnego, że zawieszone przepisy były przez inne organy stosowane nadal, a procedura szła swoim torem. Był to pierwszy przypadek twórczego podejścia do kwestii zabezpieczenia. Ale nie ostatni...

Pod koniec sierpnia 2018 r. wydarzenia nabrały tempa. Krajowa Rada Sądownictwa w niezwykle pospiesznym postępowaniu wytypowała kandydatów na wolne stanowiska w SN. Na początku września aż 21 sędziów SN – w tym prezes Gersdorf – zostało przeniesionych w stan spoczynku, a 10 października zostało powołanych 27 „nowych" sędziów SN, głównie do nowo utworzonych Izb Dyscyplinarnej i Kontroli Nadzwyczajnej. Stało się tak, mimo że Naczelny Sąd Administracyjny w ramach rozpoznania odwołań od uchwał KRS nakazał wstrzymanie procesu nominacyjnego. Orzeczenie NSA zignorował jednak zarówno przewodniczący KRS Leszek Mazur, jak i prezydent Andrzej Duda. Nowe izby SN zostały obsadzone, podobnie jak wakaty w „starych" izbach.

Tymczasem „starzy" sędziowie SN rozpoczęli kontrofensywę. 12 i 19 września SN w trzech sprawach zadał TSUE pytania, w których wprost zapytał o zgodność z prawem europejskim nowego trybu wyboru KRS, a co za tym idzie – o zgodność z prawem europejskim trybu wyłaniania sędziów nowych izb SN. Pytanie wystosowała Izba Pracy, choć nie była właściwa do rozpoznania tej sprawy (kwestii pominięcia właściwości dotyczyło jedno z pytań). Jednocześnie sędziowie Izby Karnej oraz Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych odmówili przedstawienia kandydatów na stanowiska prezesów tych izb, uznając, że przeniesienie dotychczasowych prezesów w stan spoczynku było bezskuteczne. 3 października 2018 r. Sąd Najwyższy postanowił zwrócić się z czwartą już serią pytań prejudycjalnych do TSUE. Były one tożsame z pytaniami z pierwszej serii i dotyczyły zasady nieusuwalności sędziów w związku z obniżeniem wieku spoczynkowego, zatem niczego nowego do sytuacji prawnej nie wnosiły.

Gra w podchody

Wkrótce nastąpił zwrot akcji w sprawie sędziów SN 65+ przeniesionych w stan spoczynku. W dniu 19 października TSUE, orzekając w sprawie wniesionej w tym czasie przez Komisję Europejską, wydał postanowienie tymczasowe, w którym zawiesił część przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym i nakazał przywrócenie na stanowiska sędziów, którzy przeszli w stan spoczynku. Miesiąc później, błyskawicznie uchwalona nowelizacja ustawy o SN przywróciła do stanu czynnego wszystkich sędziów SN przeniesionych we wrześniu w stan spoczynku (jeden sędzia zdecydował się nie wracać). Powrót sędziów 65+ do stanu czynnego zakończył ten wątek sporu. Ostatecznie potwierdził to wyrok TSUE z 24 czerwca 2019 r., w którym stwierdzono, że przepisy ustawodawstwa polskiego dotyczące obniżenia wieku przejścia w stan spoczynku sędziów SN są sprzeczne z prawem Unii.

Pozostał problem „nowych" sędziów SN. Wkrótce zostały podjęte działania organizacyjne, zmierzające do odsunięcia ich od orzekania. 5 listopada prezes Izby Karnej Stanisław Zabłocki wydał zarządzenie, którym zdjęto z wokandy sprawy wyznaczone do rozpoznania przez sędziego Wojciecha Sycha (z nowego naboru) oraz wstrzymano wyznaczanie go do składów orzekających w Izbie Karnej. Notabene zostało wydane przed nowelizacją ustawy, gdy sędzia Zabłocki przebywał jeszcze formalnie w stanie spoczynku. Analogiczne zarządzenie dotyczące nowych sędziów Izby Cywilnej wydał jej prezes Dariusz Zawistowski.

Przez kolejne dwa miesiące w SN trwał stan tymczasowej równowagi sił. W „nowych" izbach praca przebiegała normalnie. Zostali powołani ich prezesi (26 lutego 2019 r.). Z kolei w „starych" izbach prezesi blokowali możliwość orzekania „nowym" sędziom, czekając na TSUE. Nowi sędziowie nie pozostawali przy tym bierni. Sędzia Kamil Zaradkiewicz wniósł do Izby Dyscyplinarnej (właściwej w tym zakresie) powództwo o nakazanie dopuszczenia go do wykonywania funkcji orzeczniczych wraz z wnioskiem o zabezpieczenie tego roszczenia. Postanowieniem SN z 20 grudnia 2018 r. częściowo uwzględniono wniosek i zobowiązano prezesa Zawistowskiego do wyznaczania sędziego Zaradkiewicza do składów orzekających i przydzielenia mu asystenta. Był to kolejny przykład nowatorskiego podejścia do kwestii zabezpieczenia roszczenia, ale na tym nie koniec.

Do kolejnej potyczki prawnej doszło przy okazji rozpoznania odwołania sędziego Waldemara Żurka, dotyczącego przeniesienia go do innego wydziału. Odwołanie było oczywiście bezzasadne, gdyż przeniesienie nastąpiło w tym samym pionie cywilnym, ale pozwoliło na wykonanie kilku ciekawych manewrów prawnych. Rzecz jasna, na wstępie sędzia Żurek złożył wniosek o wyłączenie wszystkich sędziów właściwej do rozpoznania sprawy Izby Kontroli Nadzwyczajnej. Wniosek ten był rozpoznawany 8 marca w godzinach popołudniowych przez skład Izby Cywilnej, która odroczyła posiedzenie. Tymczasem Izba Kontroli Nadzwyczajnej okazała się szybsza. Tego samego dnia w godzinach porannych odbyła posiedzenie (w składzie: SSN Aleksander Stępkowski, który nie był objęty wnioskiem o wyłączenie), na którym odrzucono odwołanie sędziego Żurka. Przy czym Izba Cywilna orzekała na podstawie oryginałów akt, a sędzia Stępkowski, który do oryginałów dostępu nie otrzymał – na podstawie kserokopii akt. Już w tym momencie działalność orzecznicza SN zaczęła niepokojąco przypominać grę w podchody, co niezbyt licuje z powagą najwyższego organu sądowego. Ubocznym efektem tej sytuacji były wnioski o dyscyplinarki dla sędziego Stępkowskiego i jego szefowej sędzi Joanny Lemańskiej.

„Nowi" sędziowie nie zamierzali poddawać się bez walki. Izba Dyscyplinarna podkreślała, że wszystkie sprawy, w których zostały skierowane pytania prejudycjalne, zostały w sposób bezprawny przejęte przez niewłaściwą izbę SN, zaś składy formułujące pytania prejudycjalne były ukształtowane niezgodnie z polskim prawem. Gdy w jednej ze spraw rozpoznawanych przez „nowych" sędziów SN padł wniosek o ich wyłączenie – zwrócili się oni o rozstrzygnięcie tej kwestii do Trybunału Konstytucyjnego. Analogiczne wystąpienie – 7 maja 2019 r. – nastąpiło ze strony Izby Kontroli Nadzwyczajnej.

Wszystkie chwyty dozwolone

Gdy podobny problem pojawił się z Izbie Cywilnej – pytanie zostało 21 maja 2019 r. przedstawione TSUE. Szósta – i na razie ostatnia – seria pytań do TSUE została wystosowana w sprawie o ustalenie nieistnienia stosunku służbowego „nowego" sędziego SN, który wniosła sędzia Monika Frąckowiak. Skądinąd sam pomysł usuwania sędziów ze stanowisk poprzez wnoszenie do sądów pracy pozwów o ustalenie nieistnienia stosunku służbowego jest tyleż nowatorski, co niebezpieczny. Można sobie łatwo wyobrazić, jaką bronią tego typu pozwy byłyby w rękach zawodowych pieniaczy. Ale cóż, na wojnie jak na wojnie. Wszystkie chwyty dozwolone. Oczywiście także w tym zakresie pozew został złożony do niewłaściwej izby (Izba Pracy zamiast Izby Dyscyplinarnej), co jednak nie przeszkodziło sędziom Izby Pracy przyjąć sprawy do rozpoznania i zadać w jej toku pytanie do TSUE.

Pytania prejudycjalne do TSUE mogą stanowić prawdziwą „bombę atomową" dla całego sytemu sądownictwa powszechnego. Skuteczne podważenie legalności wyboru KRS uderzałoby bowiem nie tylko w stosunkowo wąską grupę „nowych" SSN, ale także we wszystkich – Bogu ducha winnych – sędziów sądów powszechnych, którzy mieli nieszczęście trafić na obecne zamieszanie i przeszli procedurę nominacyjną przed obecnym składem KRS. Jest to już obecnie liczba ponad 500 sędziów i wciąż systematycznie rośnie.

Trudno się dziwić, że także „nowi" sędziowie postanowili stworzyć własną „bombę atomową". Niezawodny sędzia Zaradkiewicz zadał Trybunałowi Konstytucyjnemu pytanie dotyczące statusu sędziów, którzy przeszli procedurę nominacyjną przed KRS powołaną w starym trybie (w latach 2001–2017), która to procedura została skądinąd słusznie uznana przez TK za niekonstytucyjną.

W związku z pytaniem sędziego Zaradkiewicza doszło wręcz do sytuacji, które bardziej przypominają sceny z placu zabaw niż z najwyższego organu sądowniczego Rzeczpospolitej Polskiej. Przesłanie postanowienia do TK zostało zablokowane przez prezesa Izby Cywilnej Dariusza Zawistowskiego, ktory miał wątpliwości, czy powołanie sędziego Zaradkiewicza było prawidłowe. Na to sąd w osobie sędziego Zaradkiewicza wydał najciekawsze jak dotąd postanowienie w zakresie zabezpieczenia i... zawiesił w czynnościach w tym zakresie swojego przełożonego. Chwilę później pojawiła się informacja, że akta sprawy zaginęły. I gdy już czytelnicy zaczęli sobie wyobrażać poszukiwanie zaginionych akt w stylu „Kodu da Vinci" okazało się, że zostały przekazane do TK za pośrednictwem prezesa innej izby (Dyscyplinarnej), z pominięciem zwykłego trybu obiegu dokumentów.

W związku z tą sprawą prof. Małgorzata Gersdorf złożyła wniosek o dyscyplinarkę dla sędziego Zaradkiewicza nie tylko za naruszenie procedury obiegu dokumentów, ale także... za sam fakt wystosowania pytania prawnego do TK. I jakoś nie słyszałem głosów sprzeciwu organizacji deklarujących walkę o niezawisłość. Nie widziałem akcji „murem za Zaradkiewiczem". A przecież takie działanie prof. Gersdorf nie odbiega od szeroko potępianych działań rzecznika Radzika wobec sędziów Tulei i Maciejewskiej za pytania zadane TSUE.

Broń atomowa służy do szachowania

W każdym razie teraz już obie strony sporu mają „broń atomową". W razie uznania przez TSUE, że obecna KRS została powołana w sposób niezgodny z normami europejskimi i próby podważenia nominacji sędziowskich dokonanych po 2018 r. może pojawić się także możliwość podważania wszystkich nominacji od 2001 r. dokonanych przy udziale niekonstytucyjnej KRS. W końcu obie sytuacje prawne są dosyć podobne i dotyczą skutków działania KRS powołanej niezgodnie z konstytucją bądź traktatami europejskimi.

W związku z pytaniem prawnym sędziego Zaradkiewicza Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia wydało uchwałę, w której bije na alarm i przewiduje masowe usuwanie „starych" sędziów z SN i sądów powszechnych na mocy przewidywanego wyroku TK.

Czy jednak te obawy są słuszne? Nie wydaje się. Broń atomowa nie istnieje na świecie po to, by jej używać, tylko by szachować nią przeciwnika. Doktryna odstraszania jest znana od czasów zimnej wojny. Nader wątpliwe jest, by ewentualne orzeczenie TK mogło działać wstecz i wpływać na nominacje z lat 2001-2017. Tym bardziej, że uderzałoby to w większość sędziów zajmujących ważne stanowiska w MS i KRS, a pośrednio także w samego sędziego Zaradkiewicza, który przed tymi sędziami z KRS przechodził procedurę nominacyjną. Raczej więc należy spodziewać się ustalenia zasady, że ewentualne nieprawidłowości przy wyborze KRS nie wpływają na nominacje wręczone przed stwierdzeniem tych nieprawidłowości. Rzecz jasna będzie to miało znaczenie także dla oceny skutków ewentualnego niekorzystnego wyroku TSUE.

W każdym razie można chyba postawić względnie optymistyczną tezę, że żadna z bomb atomowych nie zostanie użyta. Nie zostaną podważone ani nominacje z obecnego okresu, ani te z okresu poprzedniego. W przeciwnym razie grozi nam w sądownictwie prawdziwa nuklearna zagłada.

I nie będzie niczego.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA