fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Wykręty w służbie ideologii - Andrzej Bryk o zakazie krytyki na uniwersytetach w USA

Adobe Stock
Zakaz krytyki staje się uniwersyteckim savoir-vivre.

Zachodnie uniwersytety to dzisiaj instytucje zarządzane na wzór korporacji z dominującą ideologią różnorodności, rozumianą jako tworzenie solidarności poprzez włączanie wszystkich wykluczonych, z jednoczesnym nieustannym podtrzymywaniem kultury ofiar i przekonaniem, że istnieją instytucjonalne sposoby uczynienia ludzi braćmi. Jak określił to kanclerz Uniwersytetu Nebraski, „naszymi podstawowymi wartościami jest różnorodność i włączanie (...) Studenci (...) muszą je zaakceptować (...). Te wartości nie podlegają negocjacji". Te sformułowania mogą oznaczać wszystko. Kościoły chrześcijańskie, nie tylko protestanckie, jak ten w Amherst, deklarują: „Włączamy wszystkich, którzy nikogo nie wykluczają", co w istocie definiowanie ich jako instytucji psychoterapeutycznych.

Wymuszona tolerancja

Etos „włączania", rozumiany na uczelniach jako instytucjonalna obecność grup tożsamościowych, ale i zakaz krytyki ich przesłania – poza tymi krytycznymi wobec ortodoksji liberalnej – wymusza tolerancję rozumianą jako relatywizm moralny i założenie, że pojęcia dobra czy zła zależą od indywidualnej autodefinicji. Nie oznacza to klasycznego tolerowania innych, z którymi musimy się stykać czy współpracować, niekoniecznie zgadzając się z ich poglądami. Misją zachodnich liberalnych szkół i uniwersytetów stała się dzisiaj socjalizacja unicestwiająca spór o prawdę i zakaz ocen moralnych jako postawy etycznej. Nie istnieją jedynie właściwe i niewłaściwe odpowiedzi moralne, poza społecznymi „dobrymi sprawami" danego momentu, np. walką z globalnym ociepleniem.

Logika liberalizmu prowadzi do wniosku, że prawda – pisał Rorthy – „jest tym, co uchodzi ci na sucho", co stanowi przyzwolenie na władzę najsilniejszych. „To proces negacji powagi i trywializowania rzeczywistych sporów. Nie ma obiektywnie dobrych i złych odpowiedzi, każdy decyduje za siebie. W praktyce oznacza to postulat neutralizowania przekazu moralnego, z jakim studenci przychodzą do szkół, jeśli zgodnie z ortodoksją liberalną zostaną zdefiniowane jako potencjalnie „dzielący", z uznaniem, że moralne decyzje są podejmowane w aksjologicznej próżni, stając się w istocie odbiciem stanu psychologicznego jednostki. Skutkuje to wzrastającym mikrozarządzaniem, z unicestwieniem pytania o właściwe postępowanie moralne, której namiastką staje się liberalno-lewicowa polityczna poprawność, gdy trzeba z presją, przymusem zniszczenia wszystkich kodów moralnych u nie zgadzających się z takim podejściem.

Ciągłe wdrażanie różnorodności

Zakaz krytyki kogokolwiek i czegokolwiek poza oficjalnie przez polityczną poprawność zdefiniowanym wrogiem danego dnia staje się uniwersyteckim savoir-vivre. Stąd żądanie „włączenia" każdej tożsamości i poglądu. Jego brak staje się moralnym „wykluczeniem" i przejawem nierówności, więc warunkiem przyzwoitości jest ciągłe wdrażanie „różnorodności", z pilnowaniem określonej kompozycji grup rasowych, etnicznych czy genderowych przy pomocy stypendiów i nagród według takich kryteriów rozdzielanych. Celem „różnorodności" jest sprawiedliwość rozumiana jako równość moralna każdego wyboru i zakaz jej oceny z uznaniem, że studenci mają czuć się na uniwersytetach przede wszystkim bezpiecznie emocjonalnie i nie obawiać się naruszenia ich „wrażliwości". Nieostrożne słowo, lapsus językowy czy błąd z określeniem płci rozmówcy może skutkować oskarżeniem o „niewrażliwość" czy „mowę nienawiści", co może wywołać masowe protesty studentów i solidaryzujących się z nimi, a potężny uniwersytecki aparat dochodzeniowy stojący na straży ich eliminowania szybko podejmuje działania zaradcze.

Jedną z głośniejszych spraw tego typu była sprawa prof. Johna McAdamsa na Uniwersyetcie Marquette. Skrytykował on koleżankę, która zabroniła na wykładach krytykowania tzw. małżeństw tej samej płci twierdząc, że „niektóre opinie nie są właściwe". Zachowanie McAdamsa władze uczelni uznały za „napaść" i został on zawieszony z zakazem wstępu na kampus. Sąd Najwyższy w Wisconsin niedawno uznał, że chroni go pierwsza poprawka do konstytucji o wolności słowa, choć uniwersytet bronił się, że jako instytucja prywatna miał prawo zawiesić pracownika, a zakaz nie dotyczył wolności słowa, lecz „agresywnego zachowania wobec innych". Wykręty w służbie ideologii.

Na warsztaty wrażliwości

Sprawa McAdamsa to jeden z objawów szerszego zjawiska wymuszania na uniwersytetach zachodnich konformizmu wobec liberalnej ortodoksji wśród kadry i studentów. Proces zaczyna się od redefinicji języka i odwracania znaczeń, przechodzi w instytucjonalne, strukturalne zabezpieczenie hegemonii kulturowej. Nawet racjonalna argumentacja naraża na zrujnowanie kariery, zdrowia czy finansów w przypadku pozwów sądowych, a nawet skierowanie na warsztaty „wrażliwości"– jako warunku kontynuowania studiowania lub zatrudnienia .

Prowadzenie dyskusji jest utrudniane, wymuszana jest też autocenzura wykładowców, „prześwietlanych" przez studentów pod kątem ich domniemanych przestępstw „seksizmu", „rasizmu", „homofobii", „transfobii" czy „islamofobii, Żądają też zakazu wykładów, niszcząc wolność słowa, stygmatyzując przeciwników i paraliżując ich strachem.

Autor jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA