fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Trzeba tylko naprawdę chcieć

Fotorzepa, Jerzy Dudek jd Jerzy Dudek
Prezes sądu rejonowego teoretycznie nie może nic, a praktycznie bardzo wiele.

W dyskusji o praktycznych problemach wymiaru sprawiedliwości można wyróżnić przynajmniej dwa nurty wypowiedzi. Pierwszy dotyczy prawa jako takiego, drugi zaś szeroko rozumianej organizacji pracy i zaplecza technicznego.

Drugie z zagadnień wydaje mi się coraz ciekawsze. Dalsze rozważania, może nudne, odrzucające wręcz swoją nie kontrowersyjnością, mogą mieć jednak znaczenie dla wyrobienia sobie zdania, czego można próbować, by uczynić wymiar sprawiedliwości odrobinę sprawniejszym na przykładzie sądu rejonowego, na najniższym szczeblu rozbudowanej hierarchii sądów.

To tylko naczelnik poczty

Zacznijmy od tego co może uczynić prezes sądu rejonowego. Odpowiedź prawidłowa, oparta jedynie na treści prawa brzmi: nic. Obowiązująca ustawa o ustrojów sądów powszechnych deleguje większość istotnych decyzji, w tym personalnych, na prezesa sądu nadrzędnego (okręgowego). Prezes sądu rejonowego nie może, nawet na wniosek sędziego lub referendarza sądowego, przenieść go do wydziału, w którym wzrasta znacząco ilość spraw. To prezes sądu okręgowego (we współdziałaniu z jego kolegium) podejmuje decyzje o wyborze przewodniczącego wydziału. Przykładów takich jest wiele. Prezesowi sądu rejonowego pozostaje zatem bieżące administrowanie, odpowiadanie na pytania wizytatorów, prezesa sądu okręgowego, prezesa sądu apelacyjnego oraz ministra sprawiedliwości. Prezes pełni zatem w pewnym sensie funkcję naczelnika poczty, decydującego o ruchu pism. Pomijam kwestie nadzoru nad sprawnością postępowania. Nie jest to panaceum na poprawę organizacji, lecz co najwyżej straszak na sędziów, którzy, tak na marginesie, sami z siebie w zdecydowanej większości starają się jak najwięcej pracować.

Wszystko to jest wynikiem funkcjonowania systemu z czterema stopniami decyzyjnymi, w którym każdy niższy może coraz mniej. To Ministerstwo Sprawiedliwości przydziela i odbiera etaty, a sąd apelacyjny i okręgowy podejmują liczne decyzje wpływające na funkcjonowanie sądu rejonowego.

Jedyne, co pozostaje prezesowi sądu rejonowego, to zwracanie się do dyrektora sądu o rozważenie możliwości kierowania większej lub mniejszej liczby urzędników do wydziałów, które akurat potrzebują wzmocnienia. Jest jeszcze jeden instrument: decydowanie o przydziale asystentów do poszczególnych wydziałów.

Decydując się na objęcie funkcji prezesa Sądu Rejonowego dla Łodzi-Śródmieścia, miałem świadomość ograniczeń kompetencji. System taki istnieje od lat, właściwie nikomu nie wadzi (skoro nic ode mnie nie zależy, to nie mogę popełnić żadnego błędu), a poprawę efektywności sądu można co najwyżej osiągnąć na dwa sposoby: uzyskując więcej etatów, albo też zachęcając sędziów do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Ten drugi sposób ma swoje granice, wyznaczone, nawet przy największym zaangażowaniu sędziów, fizjologią i potrzebą snu. Pozyskiwanie etatów nie zależy zaś w żaden sposób od prezesa sądu rejonowego.

Świadom tych ograniczeń, postawiłem jeden warunek. Była nim wolność. Nie chodzi o to, by nagle ogłosić niepodległość i założyć Rzeczpospolitą Poleską (nazwa od jednej z dzielnic Łodzi), lecz o uwolnienie wśród sędziów ich talentów organizacyjnych i forsowanie ich pomysłów na wyższych szczeblach decyzyjnych (sąd okręgowy, sąd apelacyjny, MS). Jeżeli oczywiście pomysły te są rozsądne. Uzyskałem zapewnienie, że MS nie będzie ingerowało w wolność i swobodę organizacji. Jedynymi granicami są przepisy prawa.

Jak wygląda w praktyce wykorzystywanie owej wolności? Tak, że właściwie powinienem zanegować zdanie, że prezes sądu rejonowego nie może nic. Otóż może prawie wszystko. Warunkiem jest determinacja i wsłuchiwanie się w głos sędziów, którzy są zainteresowani współpracą.

Pierwszym wielkim projektem (na skalę sądu) prowadzonym w Sądzie Rejonowym dla Łodzi-Śródmieścia jest zmiana funkcjonowania wydziałów cywilnych i gospodarczych (teoretycznie nie jest jej w stanie przeprowadzić prezes sądu rejonowego, bo nie ma żadnych takich uprawnień). Otóż wielowątkowa analiza danych statystycznych za lata poprzednie ujawniła, że znacząco przybywa spraw gospodarczych oraz niektórych cywilnych wpływających do sądu. Wskażę tytułem przykładu, że między 2016 a 2017 r. ilość spraw gospodarczych wzrosła średnio o kilkanaście procent. Krzywa wzrostu gwałtownie rośnie i porównując pierwszy kwartał 2017 r. z pierwszym kwartałem 2018 r., okazuje się, że w podstawowej kategorii spraw gospodarczych do sądu wpłynęło ponad 21 proc. więcej spraw. Z kolei w sprawach cywilnych od kilku lat stopniowo (choć w niewielkim stopniu) spada liczba spraw rozpoznawanych w zwykłym trybie procesowym (od 9859 w 2015 r. do 8416 w 2017 r.), przy czym spadek ten jest jeszcze większy jeśli porówna się pierwszy kwartał 2017 r. (2134 sprawy) z pierwszym kwartałem 2018 r. (1785 spraw). Rośnie też liczba spraw związanych z postępowaniem egzekucyjnym (np. skargi na czynności komornika), a jeszcze bardziej prostych spraw rozpoznawanych w postępowaniu upominawczym i nieco trudniejszych w nakazowym (z 21 719 spraw w 2015 r. do 26 475 spraw w 2017 r.). I znów porównując pierwszy kwartał 2017 r. z pierwszym kwartałem 2018 r., obserwujemy wzrost (z 6341 do 7503) spraw.

Co można zrobić z tym zjawiskiem i czy można zareagować już teraz, nie czekając na znaczące pogorszenie sytuacji, które otworzyłoby drogę do kolejnych pism do MS o kolejne etaty sędziowskie i referendarskie?

Otóż na początku lutego 2018 r. do sądów w Polsce przyszedł do zaopiniowania z MS projekt zarządzenia, w którym znalazła odbicie tendencja do ujednolicania wydziałów cywilnych i gospodarczych. Idea wydaje się słuszna, w szczególności zaś jej realizacja umożliwi bardziej racjonalne podejmowanie decyzji o przydzielaniu etatów do poszczególnych sądów.

Wszyscy ludzie dobrej woli

Istotne dla dalszych rozważań jest to, że w Sądzie Rejonowym dla Łodzi-Śródmieścia funkcjonowały dotychczas trzy zwykłe wydziały cywilne i jeden do spraw uproszczonych, który w samym 2017 r. załatwił ponad 27 tys. spraw (2,7 razy więcej niż cały Sąd w Pułtusku). W wydziale tym funkcjonuje zaś zespół referendarzy sądowych, którzy dbają, by wzgląd na szybkość postępowania nie przesłonił podstawowej idei jaką jest sprawiedliwość. Tym chyba należy tłumaczyć, że w Sądzie Rejonowym dla Łodzi-Śródmieścia w drobnych sprawach konsumenckich nie zapadały rozstrzygnięcia, które budziłyby słuszne zainteresowanie opinii publicznej. Mam na myśli ujawnione np. w ostatnim czasie w prasie informacje o wydawaniu wyroków zaocznych odnośnie do „biletowych" długów bez dokumentów (https://subiektywnieofinansach.pl/dlug-bez-dokumentow-przedawniony-proces-zaoczny-best-windykacja/).

Podsumowując, na poziomie sądu rejonowego powstało pytanie, jak pogodzić dwie sprzeczne tendencje: ujednolicania pracy sędziów i dążenia do specjalizacji na poziomie organizacji pracy, która sprzyja szybkości postępowania. Angażując w rozwiązanie tego problemu sędziów, którzy chcieli wziąć udział w działaniu dla dobra wspólnego, dość szybko doszliśmy do wniosku, że pomogłoby utworzenie sekcji nakazowej (grupującej referendarzy wydających nakazy zapłaty w prostszych sprawach) i umożliwienie sędziom skupienia się na trudniejszych sprawach, w których podejście ilościowe nie jest z oczywistych względów wskazane. Na marginesie wskażę, że istotnym czynnikiem była analiza prac ustawodawczych nad projektowaną dużą nowelizacją kodeksu postępowania cywilnego, rozszerzającą znacznie postępowanie uproszczone. Jest to dodatkowy czynnik ryzyka (przyszły i niepewny), bo w tych miastach i sądach, w których funkcjonują wydziały specjalizacyjne, może okazać się za jakiś czas, że pełnią one funkcję sądu w sądzie, rozpoznając w pojedynkę większość spraw.

Żeby jednak zrealizować to zamierzenie, które zresztą doczekało się ponad 30-stronicowego analitycznego opracowania, konieczna jest współpraca MS, prezesa Sądu Apelacyjnego w Łodzi i prezesa Sądu Okręgowego w Łodzi. Raz jeszcze powtórzę, że choć prezes sądu rejonowego jest najbliżej problemów faktycznych, nie ma żadnych uprawnień do ich rozwiązywania. Okazało się jednak, że we wszystkich wymienionych ośrodkach decyzyjnych znajdują się osoby, które mogą, a co ważniejsze, chcą zapoznać się z przedstawionymi analizami. W toku wymiany poglądów (i pism – co oczywiste w tak sformalizowanej strukturze jak wymiar sprawiedliwości) okazało się, że w ciągu dwóch miesięcy udało się: zmienić zarządzenie ministra sprawiedliwości w sprawie właściwości wydziałów, zapewnić współdziałanie prezesa SO w Łodzi (który złożył wniosek o utworzenie sekcji) i prezesa SA w Łodzi (który zarządzeniem ową sekcję utworzył), jak również wymaganą przepisami prawa zgodę ministra sprawiedliwości na utworzenie tej sekcji. To zaś otworzyło drogę do dalszych działań organizacyjnych na poziomie sądu, który, choć nie dysponuje żadnymi wolnymi etatami urzędniczymi, dokonał weryfikacji racjonalności etatyzacji urzędników sądowych i wygospodarował odpowiednie środki. Wszystkie te dokonania były możliwe, gdyż okazało się, że w MS urzędnicy i delegowani do niego sędziowie chętnie wchodzą w dyskurs intelektualny z tymi prezesami sądów, którzy takich kontaktów nie unikają.

Nie mogę nie wspomnieć o wizycie studyjnej w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Mokotowa, gdzie dzięki dużemu wsparciu obu pań prezes, mogłem wraz z innym sędzią przez cały dzień poznawać praktyczne aspekty funkcjonowania tzw. jednolitego wpływu oraz istniejącej tam sekcji nakazowej. Dzięki temu uzyskaliśmy transfer organizacyjnego know-how. To podobny w zakresie warunków lokalowych sąd, dlatego tak cenne było uzyskanie z jego strony bezinteresownego wsparcia.

Ważne przekonanie

Nie chcę, by zabrzmiało to banalnie, ale okazało się, że kluczem do szybkich i sprawnych działań była po prostu wielostronna rozmowa oraz wymiana argumentów. Być może czynnikiem dodatkowym była zbieżność lokalnej inicjatywy z szeroko zakrojonymi pracami analitycznymi prowadzonymi w Departamencie Kadr i Organizacji Sądów Powszechnych i Wojskowych Ministerstwa Sprawiedliwości na temat wyrównywania etatyzacji w kraju i poszczególnych apelacjach. Wynika z nich m.in. konieczność większej aktywności poszczególnych sądów w dostosowywaniu się do zmieniającej się struktury wpływu spraw. Dodajmy, że inicjatywa ta znalazła poparcie w sądach nadrzędnych, choć mogła nie zostać zrealizowana, bo prezes sądu rejonowego co najwyżej może sygnalizować pewne zagadnienia. Mogę się jedynie domyślać, że ważnym czynnikiem szybkości realizacji tej inicjatywy było przekonanie poszczególnych osób podejmujących decyzje, że podstawowym zadaniem wymiaru sprawiedliwości jest rozpatrywanie spraw obywateli. Podczas osiągania tego celu można starać się godzić potencjalnie dwa sprzeczne paradygmaty: specjalizację i jednolitość.

Wierzę w wymianę argumentów

Oczywiście przyszłość zweryfikuje, czy takie podejście przyniesie korzyści obywatelom i sędziom oraz urzędnikom. Szukanie poprawy sprawności organizacyjnej (np. wzmacnianie korzyści na poziomie sekretariatów sądowych ze specjalizacji w pracy) wydaje się lepszym rozwiązaniem dla sprawiedliwości niż wykorzystywanie typowych metod nadzorczych (powinny być uruchamiane w ostateczności). W szczególności zaś nie wolno zapominać, że w znacznej części organizacja własnego warsztatu pracy, chroniona jest niezawisłością sędziowską. Rola prezesa polega na poszukiwaniu najlepszych rozwiązań organizacyjnych i wdrażaniu ich z pełnym zaangażowaniem, ewentualnie na sygnalizowaniu sędziom ryzyk systemowych wraz z prośbą o pomysły zaradcze.

Przyszłość, jak zawsze, jest niepewna. W procesach decyzyjnych powinny zostać jednak uwzględnione nie tylko wnioski z analizy danych statystycznych, ale i racjonalne prognozy przyszłych zdarzeń (działalność ustawodawcy, przemiany społeczne powodujące wzrost ilości niektórych spraw itp.). Bez tego rola prezesa sądu może zostać sprowadzona do naczelnika poczty. Uważam zaś, że przyszłość należy do procesów decyzyjnych, w których kompetencje kierowane są w dół, do podmiotów znajdujących się najbliżej danego zagadnienia.

Co dalej? Odpowiedź jest prosta (dla każdego prezesa i sędziego): trzeba zmierzyć się z odpływem urzędników i asystentów sędziego z sądów, przechodzących do lepiej płatnych prac. Czy prezes sądu rejonowego może coś uczynić w tej materii? Teoretycznie nic (bo nie ma żadnych kompetencji np. do zwiększenia wysokości wynagrodzeń). Jeśli się jednak głębiej zastanowić, może naprawdę dużo (przynajmniej w odniesieniu do grupy zawodowej asystentów sędziego). Może, po pierwsze, dążyć do uelastycznienia czasu pracy asystentów. Osoby zajmujące się rynkiem pracy doskonale przecież wiedzą, że nie tylko wynagrodzenie liczy się dla pracownika, a np. elastyczność czasu pracy bardzo zwiększa wartość zatrudnienia u danego pracodawcy.

Po drugie, prezes sądu rejonowego może umożliwić asystentom, którzy zamierzają podjąć trud przygotowania się do egzaminu sędziowskiego, rotacyjną zmianę wydziałów, po to by zwiększyć ich szanse w przygotowaniu do egzaminu z różnych dziedzin. Prace nad tymi zagadnieniami właśnie ruszyły. I właśnie dlatego, że wierzę w rozmowę i wymianę argumentów między sądami na różnych szczeblach hierarchii sądów oraz Ministerstwem Sprawiedliwości.

Autor jest doktorem nauk prawnych, adiunktem w Katedrze Prawa Cywilnego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego, prezesem Sądu Rejonowego dla Łodzi-Śródmieścia w Łodzi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA