fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Aleksander Kappes, Jacek Skrzydło: Trybunał Konstytucyjny sięgnął bruku

Prezes TK, Julia Przyłębska
YouTube
Postanowienie TK z 28 stycznia 2020 r. jest kolejnym ogniwem w łańcuchu naruszających ustawę zasadniczą rozstrzygnięć atrapy sądu konstytucyjnego.

Ocenę postanowienia Trybunału Konstytucyjnego z 28 stycznia 2020 roku „w sprawie tymczasowego uregulowania kwestii spornej" niech poprzedzi uwaga historyczna. W 1801 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wydał wyrok w słynnej sprawie Marbury v. Madison. Wyrok ten słusznie uchodzi za jeden z pomników prawa, gdyż to dzięki wyrafinowanej argumentacji ówczesnego Prezesa Sądu Najwyższego – Johna Marshalla zapoczątkowana została koncepcja sądowej kontroli konstytucyjności prawa. A sprawa dotyczyła tzw. Midnight appointments - nocnych nominacji sędziowskich dokonanych tuż przed odejściem prezydenta J. Adamsa z urzędu, który „wyręczył" w tym swego następcę – T. Jeffersona. Rozstrzygnięcie już wtedy budziło kontrowersje z uwagi na czytelny konflikt między władzami: ustawodawczą i wykonawczą z jednej strony a sądowniczą z drugiej. Wysokie kwalifikacje oraz horyzonty intelektualne Johna Marshalla pozwoliły wtedy trzeciej władzy wyjść z konfliktu obronną ręką, a sformułowane ponad 200 lat temu doktryny konstytucyjne nadal obowiązują. Jeżeli przywołujemy judykat amerykańskiego Sądu Najwyższego sprzed 200 lat w związku z postanowieniem Trybunału Konstytucyjnego z dnia 28 stycznia 2020 roku, to po to, by pokazać, że kwestie dotyczące sądownictwa są nierozerwalnie związane z ustawą zasadniczą w państwie oraz jak wiele zależy od indywidualnych przymiotów sędziów, w szczególności ich gotowości do obrony niezależności sądów. I jeszcze dwie istotne kwestie: skład amerykańskiego SN był zgodny z Konstytucją USA i nie było wątpliwości co do prawidłowości obsady stanowiska Prezesa SN przez Johna Marshalla.

Pytania dla studenta

Już sama treść wniosku Marszałka Sejmu, wszczynającego postępowanie przed TK w ramach sporu kompetencyjnego, musi budzić uśmiech politowania. Na pytanie o to, czy Sąd Najwyższy jest uprawniony w drodze uchwały do dokonywania zmian stanu normatywnego w sferze ustroju i organizacji wymiaru sprawiedliwości, czy też tego rodzaju uprawnienia pozostają w wyłącznej kompetencji ustawodawcy, jest w stanie udzielić odpowiedzi student II roku prawa o nienachalnej inteligencji. Zapewne to samo można powiedzieć o pytaniu drugim: czy „dozwolone jest przyznanie Sądowi Najwyższemu lub innemu sądowi nieprzewidzianych Konstytucją RP kompetencji do oceny skuteczności powołania sędziego, a w szczególności kompetencji do oceny skuteczności nadania sędziemu, którego dotyczy akt powołania, prawa do wykonywania władzy sądowniczej". Prawo dokonywania tego typu ocen mieści się przecież w ogólnej kompetencji orzeczniczej sądów powszechnych i Sądu Najwyższego wynikającej wprost z Konstytucji (art. 175 ust. 1: Wymiar sprawiedliwości w Rzeczypospolitej Polskiej sprawują Sąd Najwyższy, sądy powszechne, sądy administracyjne oraz sądy wojskowe). Nie jest do tego potrzebny przepis szczególny, tym bardziej w Konstytucji. Brak więc normy, która mogłaby podlegać ocenie zgodności z Konstytucją, gdyż mówimy o kompetencji z samej Konstytucji. Wygląda to tak, jak gdyby pytanie miało dotyczyć tego, czy Sąd Najwyższy ma prawo stosować prawo.

Czytaj też:

TK blokuje SN i przywraca nowych sędziów do orzekania

Ziobro: postanowienie TK wiąże wszystkie sądy

Rzecznik SN: cel TK to uniemożliwienie wykonania wyroku TSUE

Rzekomy spór

Istotne w sprawie nie są jednak kuriozalnie sformułowane pytania, lecz okoliczność, że Sąd Najwyższy – wydając w dniu 24 stycznia 2020 roku uchwałę w składzie trzech połączonych Izb nie rościł sobie prawa do dokonywania jakichkolwiek zmian stanu prawnego ani uzurpowania sobie nieprzyznanych prawem kompetencji. Dochodzimy tu do sedna nadużycia popełnionego przez wnioskodawcę oraz adresata wniosku: w sprawie nie ma żadnego sporu kompetencyjnego w rozumieniu art. 189 Konstytucji („Trybunał Konstytucyjny rozstrzyga spory kompetencyjne pomiędzy centralnymi konstytucyjnymi organami państwa"). Ze sporem kompetencyjnym mamy do czynienia, gdy dwa lub więcej centralne konstytucyjne organy państwa uznały się za właściwe do rozstrzygnięcia tej samej sprawy lub wydały w sprawie rozstrzygnięcie albo gdy organy te uznały się za niewłaściwe do rozstrzygnięcia określonej sprawy (spór kompetencyjny pozytywny i negatywny). Istotna jest tu tożsamość „sprawy" będącej przedmiotem sporu kompetencyjnego. Z łatwością można zauważyć, że warunek ten nie jest spełniony: istotą działalności władzy ustawodawczej jest stanowienie prawa, czyli tworzenie norm ogólno-abstrakcyjnych, natomiast sądy, jako organy stosujące prawo, wprowadzają normy indywidualno-konkretne (ta dystynkcja znana jest przeciętnie inteligentnemu studentowi już I roku prawa). Uchwała SN z 24 stycznia 2020 roku nie jest wprawdzie typowym przypadkiem normy indywidualno-konkretnej, nie ulega jednak wątpliwości, że jest aktem stosowania, a nie przejawem działalności prawotwórczej. Sąd Najwyższy nie „tworzył" żadnego prawa (nie uzurpował sobie kompetencji parlamentu), a jedynie dokonał wykładni przepisów k.p.c. i k.p.k. dotyczących prawidłowego składu sądu, w sposób harmonizujący z wcześniejszym wyrokiem TSUE. Już to powoduje, że o żadnym sporze kompetencyjnym między Sejmem a Sądem Najwyższym oczywiście nie może być mowy. Stanowisko przeciwne może wynikać jedynie z braku podstawowych kwalifikacji prawniczych albo ze złej wiary.

Dlaczego akurat tak

Pozostaje wyjaśnić, dlaczego obóz władzy (ściślej rzecz ujmując: premier, prezes partii politycznej mającej większość w Sejmie oraz osoba zajmująca stanowisko Prezesa TK) zdecydował o wyborze formuły sporu kompetencyjnego jako narzędzia przydatnego – w ich mniemaniu - do pozbawienia uchwały SN mocy prawnej. Przecież można było rozważyć złożenie wniosku zakresowego do TK, czyniącego przedmiotem zaskarżenia przepis pozwalający Sądowi Najwyższemu na podejmowanie uchwał na podstawie art. 83 Ustawy o Sądzie Najwyższym. Zabieg taki nie byłby jednak do końca skuteczny, gdyż ustawa o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym przewiduje w art. 86 możliwość wydania przez TK postanowienia o „tymczasowym uregulowaniu kwestii spornych" wyłącznie w przypadku sporu kompetencyjnego (nie jest to dopuszczalne w przypadku abstrakcyjnego wniosku o zbadanie konstytucyjności danego przepisu). Powyższe wyjaśnia prowadzenie postępowania w tym właśnie trybie, ale rzecz jasna nie usprawiedliwia rażącego nadużycia uprawnień, których dopuścił się w dniu 29 stycznia 2020 roku TK (z trzema zdaniami odrębnymi), zresztą – co godne ubolewania - z udziałem w składzie orzekającym osób ze stopniami i tytułami naukowymi. Opisane nadużycie prawa nie sprowadziło się tylko do kuriozalnego wyboru procedury zwalczania niewygodnej dla władzy uchwały połączonych Izb SN, ale także zastosowanego w postanowieniu zabezpieczającym środka prawnego. Jasnym wydaje się, że „tymczasowo regulując kwestie sporne", TK nie może na podstawie wskazanego przepisu naruszać regulacji konstytucyjnych, w tym dokonywać nieprzewidzianej Konstytucją kontroli trafności orzeczeń i uchwał sądów powszechnych, administracyjnych i Sądu Najwyższego. Dokonane mocą postanowienia z 28 stycznia 2020 roku „pozbawienie" Sądu Najwyższego części ustawowych kompetencji do sprawowania wymiaru sprawiedliwości oraz „wstrzymanie" stosowania uchwały SN z 23 stycznia 2020 roku jawi się w tym świetle jako poważny delikt konstytucyjny, sprawcą którego jest organ powołany wszakże do ochrony konstytucyjnego porządku państwa. Po trzech latach rządów „dobrej zmiany" w TK autorytet tego organu, przekształconego w maszynkę do spełniania życzeń obozu rządzącego, spadł do najniższego poziomu w historii polskiego sądownictwa konstytucyjnego.

O kontrowersjach, do których doszło przy okazji rozpoznawania sprawy Marbury v. Madison pamiętają głownie historycy amerykańskiego konstytucjonalizmu. Sam wyrok jest jednym z najczęściej cytowanych, będąc obecnie powodem dumy z amerykańskiego sytemu sądowniczego. Z pewnością nie będzie tak z omawianą uchwałą TK, która będzie po prostu kolejnym ogniwem w łańcuszku naruszających Konstytucję rozstrzygnięć atrapy sądu konstytucyjnego, którą stał się polski TK. Instrumentalne traktowania prawa jest złem, gdyż zawsze przyczynia się do erozji praworządności, upadku autorytetu organów państwa oraz utraty zaufania do prawa i prawników. I na pewno nieporozumieniem byłoby zestawienie Julii Przyłębskiej z Johnem Marshallem. Ta pierwsza skutecznie niszczy polski Trybunał, ten drugi zajmuje zasłużone miejsce w panteonie sądownictwa konstytucyjnego.

Aleksander Kappes jest prof. dr. hab. Uniwersytetu Łódzkiego

Jacek Skrzydło jest prof. dr. Uniwersytetu Łódzkiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA