fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Mariusz Królikowski: Sięganie do kieszeni sędziów przejdzie do historii

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Politycy potrafią być zaskakująco zgodni.

Był 16 grudnia 2011 r. Sejm przyjął rządowy projekt tzw. ustawy okołobudżetowej, która zakładała zamrożenie waloryzacji wynagrodzeń sędziowskich. Oznaczało to wynagrodzenie niższe o kwotę od 344,93 zł (dla początkującego sędziego sądu rejonowego) do 799,24 zł miesięcznie (dla długoletniego sędziego Sądu Najwyższego). Autorem projektu było Ministerstwo Sprawiedliwości kierowane wówczas przez Krzysztofa Kwiatkowskiego.

Trzy dni później, po błyskawicznej procedurze, poprawki do ustawy wniósł Senat. Zostały one rozpoznane 22 grudnia, a już 27 grudnia podpis na ustawie złożył prezydent Bronisław Komorowski. Cała procedura od trzeciego czytania w Sejmie przez poprawki Senatu i podpis Prezydenta trwała 13 dni, w tym sześć dni roboczych. Brzmi znajomo?

Manipulacje władzy

Skąd tak radykalna decyzja, łamiąca całkiem wówczas świeże ustalenia dotyczące sposobu kształtowania wynagrodzeń sędziów? Oficjalnym powodem była troska o finanse publiczne i wysokość deficytu budżetowego w związku z trwającym od dwóch lat światowym kryzysem ekonomicznym. Wersja ta była jednak mało wiarygodna. Cóż mogło znaczyć zaoszczędzenie kilkudziesięciu milionów złotych rocznie w stosunku do budżetu państwa?

Tajemnicą poliszynela było, że zamrożenie wynagrodzeń stanowiło odwet ówczesnego premiera Donalda Tuska na sędziach, którzy przeprowadzili zorganizowaną przez SSP Iustitia akcję protestacyjną wysyłania do premiera czerwonych kartek.

Decyzja „dwuwładzy" ustawodawczo-wykonawczej spowodowała duże wzburzenie w środowisku sędziowskim. I nie chodziło o kwestie materialne – bez tych kilkuset złotych miesięcznie sędziowie dali radę – ale o fundamentalną kwestię ustrojową: czy władza ustawodawcza może dowolnie manipulować wynagrodzeniami sędziowskimi, gwarantowanymi przez art. 178 ust. 2 Konstytucji.

Sędziowie próbowali przeciwdziałać tym niekorzystnym finansowo i ustrojowo rozwiązaniom. Po pierwsze, zostały opracowane wzory pozwów, które Iustitia przekazywała sędziom. Sporo zostało wniesionych. Po drugie, pierwszy prezes Sadu Najwyższego Stanisław Dąbrowski złożył w tym zakresie skargę konstytucyjną.

Budżet najważniejszy

12 grudnia 2012 r. prezes Andrzej Rzepliński ogłosił wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie K 1/12. Z zainteresowaniem słuchali go sędziowie w całym kraju. Niestety, szybko przyszło rozczarowanie. Trybunał stwierdził – przy dwóch zdaniach odrębnych Wojciecha Hermelińskiego i Mirosława Granata – że zamrożenie wynagrodzeń nie narusza konstytucji, o ile następuje jedynie na rok. Zasada stabilności budżetu okazała się nadrzędna wobec innych wartości konstytucyjnych. Bez znaczenia był m.in. zarzut, że pospiesznie procedowana ustawa nie była konsultowana z Krajową Radą Sądownictwa. Trudno. Orzeczenia Trybunału są ostateczne i nikomu wówczas jeszcze nie przychodziło do głowy, by je kwestionować. Budżet państwa zaoszczędził jakieś ćwierć promila swoich wydatków (bo o taką mniej więcej skalę oszczędności chodziło), a sędziowie stracili po parę tysięcy złotych rocznie.

To jednak nie koniec oszczędnościowych pomysłów ówczesnego rządu kosztem sędziów. Na kolejny pomysł wpadł minister sprawiedliwości Cezary Grabarczyk. Od 1 stycznia 2015 r. stawki zwrotu kosztów przejazdu sędziów zostały ujednolicone i obniżone do 30 groszy za kilometr. Była to kwota w istocie symboliczna, gdyż przy przeciętnym zużyciu paliwa nie pokrywała nawet kosztów benzyny, nie mówiąc już o amortyzacji pojazdu. Warto przypomnieć, że podstawowa stawka dla pracowników delegowanych wynosiła i nadal wynosi 83 grosze za kilometr.

W związku z tym Iustitia ponownie przygotowała wzory pozwów wnoszonych przez sędziów pokrzywdzonych zaniżeniem stawek kilometrowych. Sprawy w sądach pracy toczyły się, aż 17 grudnia 2015 r. jedna z nich trafiła na wokandę Sądu Najwyższego (III PZP 5/15).

Niestety, powiększony skład SN wydał uchwałę niezbyt korzystną dla sędziów sądów powszechnych. Uznał mianowicie, że pracodawca może swobodnie kształtować kwotę zwrotu kosztów przejazdu, chyba że ustalona stawka ryczałtu nie gwarantuje zwrotu kosztów przejazdu w wysokości obejmującej cenę biletu na określone środki transportu. Innymi słowy – „kilometrówka" może być symboliczna, byle wystarczyła na bilet kolejowy lub autobusowy.

Rozstrzygnięcie to nie wzmacniało pozycji sędziów względem ministra sprawiedliwości, który od tej pory mógł niemal dowolnie wpływać na finanse sędziów dojeżdżających do pracy. Szczęśliwie temat stał się w istocie nieaktualny, gdy od stycznia 2016 r., za sprawą wiceministra Łukasza Piebiaka, wysokość „kilometrówki" została podniesiona z 30 do 60 groszy za kilometr, co może nie było całkowicie satysfakcjonujące, ale przynajmniej pokrywało rzeczywiste koszty benzyny.

Na tym jednak nie koniec. Kolejny pomysł ministra Grabarczyka na sięgnięcie do kieszeni sędziów pojawił się podczas procesu legislacyjnego w sprawie nowelizacji prawa o ustroju sądów powszechnych, zwanej Lex Biernacki. W trakcie dwóch kolejnych posiedzeń podkomisji poseł Robert Kropiwnicki (PO) zgłosił – formalnie jako poprawki poselskie – dwie „wrzutki legislacyjne", czyli przygotowane w Ministerstwie Sprawiedliwości zupełnie nowe przepisy zdecydowanie niekorzystne dla sędziów.

Przewidziano całkowitą rezygnację ze zwrotu kosztów przejazdu, ale – nie wiedzieć czemu – tylko dla sędziów sądów rejonowych. Sędziowie wyższych szczebli mieli to uprawnienie zachować, jeśli mieszkali ponad 20 kilometrów od siedziby sądu.

Iustitia po raz kolejny uznała te propozycje za zagrażające standardom konstytucyjnym. Artykuł 178 ust. 2 konstytucji stanowi, że sędziom zapewnia się warunki pracy i wynagrodzenie odpowiadające godności urzędu oraz zakresowi ich obowiązków. Przepis ustawy zasadniczej w żaden sposób nie uzależnia tych warunków od szczebla sądownictwa. Nie było wiadomo zatem, skąd propozycja pozostawienia prawa do zwrotu kosztów dojazdu sędziom sądów okręgowych i apelacyjnych, a pozbawienia tego prawa sędziów sądów rejonowych. Również Krajowa Rada Sądownictwa krytycznie oceniła projekt, co doprowadziło do kuriozalnej sytuacji, gdy dwoje parlamentarzystów PO zasiadających w KRS zgłosiło „zdanie odrębne" od krytycznej uchwały, choć żaden przepis tak dziwnej formy nie przewidywał.

Innowacyjne pomysły

Protesty, rzecz jasna, na nic się nie zdały. Któż by tam słuchał głosu sędziów? 20 lutego 2015 r. Sejm uchwalił kontrowersyjne przepisy zgodnie z wersją rządową. Senat nie wniósł poprawek. Na skutek zmasowanej akcji środowiska sędziowskiego prezydent Komorowski podjął jednak decyzję o skierowaniu ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Co prawda z sześciu głównych zarzutów stawianych tej nowelizacji uwzględnił dwa: dotyczące dostępu ministra sprawiedliwości do akt spraw będących w toku oraz do systemów informatycznych sądów. Poza wnioskiem znalazła się niestety, m.in. kwestia likwidacji zwrotu kosztów przejazdu dla większości sędziów. Niemniej był to pierwszy znany przypadek, kiedy udało się – przynajmniej częściowo – powstrzymać wejście w życie szkodliwych dla funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości przepisów przygotowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości.

Trybunał Konstytucyjny wydał 14 października 2015 r. wyrok (Kp 1/15), w którym stwierdził, że przyznanie ministrowi sprawiedliwości prawa żądania akt każdej sprawy prowadzonej przez każdy sąd oraz wglądu w te akta jest niezgodne z konstytucją. Co prawda, orzeczenie to nie dotyczyło „kilometrówek", ale w rezultacie, na wniosek Iustitii prezydent Duda całą ustawę odesłał do Sejmu obecnej kadencji, który nie podjął nad nią dalszych prac.

Wydawać się mogło, że sięganie do kieszeni sędziów przejdzie do historii jako wstydliwy element walki z władzą sądowniczą. Jednak w grudniu 2018 r. pomysł niespodziewanie powrócił, w dodatku w formie kumulacji.

Podczas negocjacji z przedstawicielami protestujących pracowników administracji sądowej wiceminister Michał Wójcik zaproponował innowacyjny sposób sfinansowania postulowanych podwyżek wynagrodzeń. Otóż wyciągnął z lamusa i połączył wszystkie dotychczasowe pomysły swoich poprzedników i zaproponował całkowitą likwidację zwrotu kosztów przejazdu dla sędziów oraz jednoczesne zamrożenie waloryzacji wynagrodzeń sędziów, a także – to nowość – likwidację pożyczek mieszkaniowych. Trzy w jednym ponad podziałami.

Być może nie powinno być zaskoczenia. W ciągu trwającej już dwa lata wojny sądowej można było się spodziewać, że dwuwładza ustawodawczo-wykonawcza może w końcu sięgnąć po argumenty finansowe. Nic to, że są to pomysły forsowane niegdyś przez polityków obecnej opozycji. Jak widać, w dziedzinie sięgania do kieszeni sędziów politycy różnych opcji potrafią być zaskakująco zgodni. Oczywiście tylko wówczas, gdy są aktualnie przy władzy, bo przejście do opozycji radykalnie zmienia punkt widzenia. Propozycje ministra Wójcika, choć na razie nie przybrały konkretnej postaci projektów legislacyjnych, uznać należy za groźne i szkodliwe. Po pierwsze, choć Trybunał Konstytucyjny uznał niegdyś jednorazowe zamrożenie wynagrodzeń sędziów za konstytucyjne, to powinno odbywać się to tylko w sytuacjach wyjątkowych, ze względu na trudności budżetowe państwa, jeżeli występuje w kontekście szerszego programu oszczędnościowego. Tymczasem, jak wiadomo z informacji przekazywanych przez stronę rządową, obecna sytuacja budżetowa jest bardzo dobra. O żadnych trudnościach i programach oszczędnościowych nic nie wiadomo. Pomysł można zatem zakwalifikować jedynie w kategoriach odwetu na środowisku sędziowskim za dotychczasowe protesty i poparcie postulatów płacowych pracowników sądów.

Po drugie, zapowiadane oszczędności to kropla w morzu potrzeb. Pożyczki na cele mieszkaniowe sędziów kosztują rocznie 34 mln zł, a tak zwane kilometrówki, to dodatkowe 20 mln zł. Z tytułu jednorazowego zamrożenia wynagrodzeń można uzyskać około 60 mln zł, ale tylko przez rok. W sumie całość oszczędności to 114 mln zł rocznie, podczas gdy spełnienie postulatów płacowych pracowników wymagałaby wyłożenia w ciągu roku niemal 500 mln zł. Zakładane oszczędności stanowić więc mogą tylko ułamek potrzebnej kwoty, wobec czego trudno resortowe plany traktować poważnie.

Chwyt retoryczny?

Po trzecie, taki ewidentnie wrogi ruch pozbawiłby obecną władzę resztek poparcia dla swoich działań w środowisku sędziowskim. Poparcie to i tak utrzymuje się na dosyć niskim poziomie, ale po takim ruchu spadłoby praktycznie do zera. Co prawda politycy obecnej władzy nieraz już udowodnili, że niespecjalnie przejmują się swoimi notowaniami wśród sędziów (cóż znaczy grupa 10 tys. wyborców!), ale na dalszą metę trudno sobie wyobrazić skuteczne reformowanie czy choćby zwykłe zarządzanie sądownictwem przy całkowitej negacji ze strony sędziów.

Po czwarte, skłócenie pracowników z sędziami, do czego niewątpliwie zmierza ta propozycja, jest działaniem bardzo krótkowzrocznym. Na przyszłość jest to po prostu szkodliwe dla Polski, niezależnie od tego, która z partii będzie sprawowała władzę.

Pozostaje mieć nadzieję, że reaktywacja niechlubnych projektów z przeszłości była jedynie chwytem retorycznym i w praktyce nigdy nie ujrzy światła dziennego. Czego wszystkim sędziom i sobie samemu życzę. ?

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku, prezesem Oddziału Płockiego SSP Iustitia

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA