fbTrack

Rzecz o prawie

Integracja to równość partnerów - Andrzej Bryk o suwerenności narodowej w UE (część 2)

Adobe Stock
Narracja historyczna państw Europy Zachodniej po drugiej wojnie światowej to dogmat narzucany krajom wstępującym do UE po 2004 r. w sposób niemal neokolonialny.

Narracja historyczna państw Europy Zachodniej po drugiej wojnie światowej to dogmat narzucany krajom wstępującym do UE po 2004 r. w sposób niemal neokolonialny. W świadomości niemieckiej slowo „naród" kojarzy się z rasistowskim imperialnym ludobójstwem. W polskiej wywołuje skojarzenie ze wspólnotą ofiar, zagładą polskich elit, heroizmem w obronie wolności. Niemcom flagi narodowe w tłumie kojarzą się z parteitagiem w Norymberdze, Polakom z Westerplatte, Grudniem 1970 r., etosem walki o wolność i niepodległość, bo Polacy, tak jak Żydzi, choć nie w tym samym stopniu i jednak osobno, doświadczyli tego egzystencjalnego strachu, że mogą zostać unicestwieni. Dlatego niepodległe państwo jest gwarantem przetrwania i pomyślności, a myśl o oddaniu suwerenności dla mętnych i egoistycznych racji najsilniejszych w UE wydaje się, choć nie wszystkim, niepokojąca...

Czytaj też: Już nie prawica i lewica lecz globaliści i państwa narodowe

Bitwa o podmiotowość

Polska świadomość podszyta jest ciągle lękiem, jak w Izraelu, iż możemy nie istnieć. Dla sporej części elit liberalno-lewicowych taka postawa w UE jest anachroniczna, bo ta przezwyciężyła traumy przeszłości, dając gwarancje bezpieczeństwa wszystkim. Ta diagnoza jest już nieaktualna, bo podmiotowość narodu to znacznie więcej niż terytorium państwowe dobrze zarządzanych konsumentow. To problem podmiotowości rozumianej jako kulturowa tożsamość, ale też konieczność obrony wolności indywidualnej coraz bardziej ograniczanej regulacjami globalnej ideologii „postępu".

Bez wątpienia czas klasycznej suwerenności przeminął i nawet największe potęgi są związane ograniczeniami prawa międzynarodowego i złożonością świata. Na mocy traktatów kraje UE oddały też część swojej suwerenności na rzecz organów unijnych. Choć jednak czas klasycznej suwerenności przeminął, nie oznacza to, że przeminął czas podmiotowości i w UE o nią toczy się bitwa. Słabe kraje, np. Grecja, straciły podmiotowość, a inne za sprawą polityki imigracyjnej Brukseli miały ją utracić. Europejski projekt zaczyna przypominać Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego w formie Świętej Unii Europejskiej Narodu Niemieckiego. W centrum rozważań nad ustrojem UE leżało zawsze pytanie, jak ją rozszerzać, bo integracja zakłada równość partnerów, a doszło do wchłonięcia nadzorowanego przez najsilniejszych Wschodu.

Nie o praworządność, tylko o sprawiedliwość

Problem z Polską występuje w każdym historycznym projekcie urządzania Europy, gdy chciano ją integrować według zasad obcych, poza okresem między XV a XVII w. Jej wejście do Unii było wejściem w logikę integracji nie do końca zrozumiałej, bo tłumionej korzyściami ekonomicznymi i nieświadomością, że dominujące elity postkomunistyczne i liberalno-lewicowe przyjęły model integracji kompradorskiej. Obecny konflikt z Unią nie jest konfliktem o „państwo prawa". Chodzi o to, że obecne rządy Polski, Czech czy Węgier starają się ten „bezalternatywny" projekt integracji pozbawiający podmiotowości kraje słabsze uczynić bardziej sprawiedliwym.

Unia Europejska to dziś projekt ekonomiczny, polityczny, ale też ideologiczny, będący rodzajem liberalnej uniwersalnej świeckiej religii ludzkości. To projekt zarządzania poprzez prawa, instytucje i rynek konsumentów w drodze do unifikacji ludzkich dążeń. Ta nieufność do państwa narodowego charakteryzuje utopie uniwersalne, np. komunistyczną, ale i chrześcijaństwo bojące się jego bałwochwalstwa. Nieprzypadkowo projekt europejski zrodził się w umysłach katolickich polityków chcących stworzyć po katastrofie przyjazną Europę ojczyzn. Pokolenie 1968 r. popchnęło go ku projektowi postnarodowemu w duchu emancypacyjnego marksizmu kulturowego, który stał się częścią współczesnego liberalizmu. Odrzucono polityczne znaczenie państwa narodowego, uznając za jego wzór nazistowskie Niemcy, na rzecz wizji postnarodowej uniwersalnej ludzkości.

W drodze do dominacji

Państwo narodowe nie jest wymysłem nowoczesności. Narody występują już, powołane przez Boga, w Biblii jako część „dobrego" stworzenia z ostrzeżeniem przed budowaniem cywilizacji uniwersalnej w opowieści o Wieży Babel. Państwo narodowe było zatem, jak ujął to Pierre Manent, instytucjonalną formą poszukiwania cywilizowanego zorganizowania, jak w Atenach czy w Christianitas. Ich uznanie za podmioty polityki miedzynarodowej od pokoju westwalskiego oznaczało też poszanowanie suwerenności i praw najsłabszych oraz rozwój prawa publicznego, choć najsilniejsi dążyli do hegemonii.

W ramach państwa narodowego rozwijała się troska o dobro wspólne, uwypuklając moralny charakter wspólnoty, źródło solidarności. Nie jest możliwe wyrobienie właściwych nawyków moralnych w imię abstrakcyjnych idei ludzkości, tworzących zazwyczaj ludzi skupionych na sobie , a elity globalne na pomnażaniu zysków. Założenie, iż likwidacja państw narodowych przezwycięży podziały, umożliwiając uniwersalny pokój, to iluzja. Inżynieria społeczna transnarodowych elit liberalnych nie stworzy etyki ludzkości, ponieważ „wyzwalając" ludzi ze wspólnot moralnych państw narodowych, religii czy rodziny, nie tworzy więzów, które filozofia nazywa wdzięcznością-pietas a chrześcijaństwo caritas, lecz dominację silnych nad słabszymi.

Autor jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL