Rzecz o polityce

Uboczne skutki wojny wokół Sądu Najwyższego

Konstytucja określa długość kadencji wielu organów władzy. W niektórych opisane są okoliczności „skracania kadencji”, ale w wypadku pierwszego prezesa SN (na zdj. prof. Małgorzata Gersdorf) takiego opisu wprost nie ma.
AFP
Bez autorytetu sędziego i wymiaru sprawiedliwości trudno sobie wyobrazić państwo prawne - pisze były doradca premiera Jana Olszewskiego i marszałka Sejmu Macieja Płażyńskiego.

Sądy są różnie oceniane, ale dominuje przekonanie, że sędzia, interpretując prawo, z zasady wyłącza te motywacje, które nie są tylko obiektywną wiernością jego literze i duchowi. Takie przekonanie zostało ostatnio mocno zachwiane.

Rozumiem, że sędziowie mogą być zaniepokojeni zmianami przeprowadzanymi przez władzę ustawodawczą. Uderzają one bowiem w zastany ład, w którym nauczyli się funkcjonować. Na ogół nie lubimy zmian, szczególnie wprowadzanych przez kogoś innego. Zmiany łączą się z ryzykiem, naruszają sferę komfortu i bezpieczeństwa. Obrona zaś ważnego interesu grupowego, jeżeli wiąże się z dużymi emocjami, powoduje tzw. syndrom zbiorowego myślenia. Ludzie, nawet bardzo kompetentni, wzajemnie utwierdzają się w oczekiwanej argumentacji, uciekając od podejrzenia o brak solidarności z grupą. Borykają się z tym naszym konserwatywnym usposobieniem wszyscy reformatorzy, którzy próbują modernizować i usprawniać struktury i instytucje. Powstała bogata, interdyscyplinarna gałąź wiedzy na temat zarządzania zmianą, bo to takie trudne.

Czego sędziom nie wolno?

Niepokój w środowiskach sędziowskich budzi zamiar reformatorów wprowadzenia monteskiuszowskiej zasady, że rozdzielone władze powinny jednak wzajemnie się ograniczać i kontrolować. Monteskiusz uważał, że władza niekontrolowana stwarza pokusy dla osób ją sprawujących. Obawa sędziów jest zrozumiała. Nikt nie lubi zewnętrznej kontroli. Szczególnie że naszą wyobraźnię ukształtowało traumatyczne doświadczenie komunizmu, który w sposób bezprecedensowy zniewolił wymiar sprawiedliwości. Wielu ludzi prawych, kiedyśmy przełamywali komunizm, obiecywało sobie w duchu, że zrobi wszystko, aby do powtórzenia takiej sytuacji nie dopuścić. Przenoszenie jednak mechaniczne doświadczeń historycznych może powodować, że w nowej sytuacji nie dostrzeżemy nowych – pochodzących z zupełnie innej strony – zagrożeń.

Sędziowie mają prawo jako obywatele wyrażać swój niepokój. Jako członkowie korporacji zawodowej mają prawo zabierać głos w sprawie, którą uważają za swój interes korporacyjny oraz w sprawie misji swojej korporacji i dobrych warunków pełnienia tej misji.

Nie wolno im, pod żadnym pozorem, tylko jednego. Używać swojego autorytetu sędziowskiego do interpretowania prawa zgodnie z własnym poglądami na inne sprawy niż samo prawo. Nie mogą więc, oceniając prawo, kierować się ani korporacyjnymi interesami, ani ogólnymi poglądami na sprawy państwa i politykę prowadzoną przez pozostałe władze. Muszą rozdzielić swoją funkcję niezawisłego orzecznika, nad którym władzę mają tylko konstytucja i ustawy, od funkcji obywatela, który myśli z troską o państwie i jego przyszłości. Tu decyzje należą do władzy ustawodawczej. Władza sądownicza musi być zupełnie wolna od wpływu tego rodzaju myślenia na treść swoich decyzji i ocen. Rola prawnika pojawia się, kiedy prawo jest już uchwalone i nie obejmuje oceny jego zasadności, a jedynie precyzyjne stwierdzenie, co ustawodawca zapisał, jak tych rozstrzygnięć należy przestrzegać i – pomocniczo – jakie było ich uzasadnienie (intencja prawodawcy).

We własnej sprawie

Można się spierać, czy falandyzacja prawa przystoi adwokatom, którzy z natury rzeczy są stroną. Nie ma natomiast pola sporu, jeżeli chodzi o sędziów – im nie wolo, oni NIE MAJĄ PRAWA BYĆ STRONĄ! Inaczej przestają być sędziami i powinni się wyłączyć. Jeżeli sędziowie stają się stroną, kto ma spór rozstrzygnąć? Komu zaufać? „Jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić?". Nikt nie jest sędzią we własnej sprawie. Kiedy sprawa dotyczy jednego sędziego, musi się wyłączyć, żeby pokusie nie ulegać. Kiedy dotyczy korporacji, sędziowie nie mogą rozstrzygnięcia przerzuć na kogo innego. Muszą się więc z pokusą interpretowania prawa zgodnie z własnymi oczekiwaniami zmierzyć i stanowczo ją odrzucić.

Sąd Najwyższy wstrzymał niektóre kluczowe dla sporu z władzą ustawodawczą zapisy ustawy do czasu odpowiedzi Trybunału unijnego. Pewno to postanowienie mieści się w granicach prawa. Ale właśnie. Te granice bywają szerokie. Falandyzacja to nie jest łamanie prawa, tylko argumentacja, która mieści się w jego granicach, o te granice zawadzając. Taka argumentacja przystoi stronie sporu, ale nie temu, kto ma rozstrzygać. Wybierając dla siebie korzystną granicę we własnej sprawie, SN sam stawia się w sporze jako strona. Nie może więc jednocześnie sporu rozstrzygać. A przecież wstrzymanie działania ustawy zmienia sytuację w tym sporze, jest więc rozstrzygnięciem. Rozstrzygnięciem za pomocą celowo zastosowanego kruczka prawnego. To zaś należy do repertuaru stron, a nie arbitrów.

Czy następuje zmiana konstytucji ustawą?

Art. 180 ust. 4 oddaje parlamentowi prawo określania wieku przejścia sędziów w stan spoczynku. Tego akurat nikt nie kwestionuje. Sporem stało się pytanie, czy parlament traci to swoje uprawnienie, czy go nie traci, jeżeli taka zmiana mogłaby przy okazji spowodować, że osoba pełniąca funkcję pierwszego prezesa Sądu Najwyższego nie pozostanie na tej funkcji przez cały okres konstytucyjnie przewidzianej kadencji.

Nie ma w konstytucji żadnego zastrzeżenia na ten temat, podnosi się więc jej integralny charakter. Normą nadrzędną, ustrojową, jest niezależność władzy sądowniczej od innych władz. Sprawowanie funkcji pierwszego prezesa Sądu Najwyższego nie może być skrócone, bo długość kadencji została ustanowiona dla zabezpieczenia niezależności władzy sądowniczej.

Zamienić strony sporu

Gdyby jednak sytuację odwrócić i taką formułę wygłosiłby (kiedyś, w przyszłości) np. Zbigniew Ziobro dla ratowania wspieranego przez siebie składu Sądu Najwyższego przed np. „broniącym demokracji" Sejmem, zostałby natychmiast wyśmiany przez licznych przedstawicieli stanu sędziowskiego i potraktowany z największą surowością słowa. Jak można poważnie mówić o tym, że incydentalna sprawa długości sprawowania choćby bardzo ważnej funkcji przez jedną, konkretną, choćby i bardzo czcigodną, osobę może unieważniać konstytucyjne kompetencje władzy ustawodawczej? Oznaczałoby to, że wejście w życie ustawy, a może nawet prawo parlamentu do jej uchwalenia, uzależnione jest od czasu skończenia kadencji przez konkretną osobę, co wydaje się dość dziwne. Ustawa nie zmienia wszak chronionej konstytucyjnie długości kadencji, tylko zmieniając jeden z warunków jej sprawowania, doprowadza do skrócenia sprawowania funkcji przez daną osobę, pozostawiając długość kadencji nienaruszoną.

Nieporozumienie wynika z używanego w prawie skrótu myślowego – „skracanie kadencji". W istocie to nie kadencja jest skracana, tyko osoba przechodząca w stan spoczynku nie może jej do końca zrealizować. Gdyby rzeczywiście tą drogą skrócono kadencję, wówczas słuszny byłby argument, że ustawą nie wolno zmieniać postanowień konstytucji. Ale nic takiego nie następuje.

Podobne kolizje mogą pojawiać się także w innych sytuacjach, dotyczących innych kadencyjnych funkcji i trudno sobie wyobrazić, żeby parlament zawsze badał, czy realizując swoje uprawnienia, nie naruszy czyjejś kadencji, od tego uzależniając stanowienie prawa. A w tym wypadku akurat przewidziano rozwiązanie. Jest nim adres do prezydenta o przesunięcie terminu przejścia sędziego w stan spoczynku.

Ślepa sprawiedliwość

Konstytucja określa długość kadencji wielu organów władzy. Żadna nie jest traktowana jako absolutna. W niektórych opisane są okoliczności „skracania kadencji". W wypadku pierwszego prezesa Sądu Najwyższego takiego opisu wprost nie ma. Opisane za to są (w art. 180 ust. 3) nadzwyczajne okoliczności, w których sędzia przechodzi w stan spoczynku. W stosunku do sędziów sprawujących funkcje kadencyjne musi to oznaczać skrócenie kadencji. Jej długość nie jest więc nienaruszalna.

Niedawno dyskutowano poważnie o skróceniu kadencji prezesa Najwyższej Izby Kontroli i nikt się nie dziwił, nikt nie protestował, choć w jego wypadku konstytucja też nie przewiduje okoliczności, w których można by takiego skrócenia dokonać (robi to akt niższego rzędu ustawa o NIK). A przecież Izbie niezależność od polityków potrzebna jest nie mniej, a może nawet więcej, niż sądom, bo kontrolowanie poprawności działania instytucji, za które odpowiedzialni są politycy, jest głównym terenem jej działania.

Bez trudu można więc znaleźć interpretację przeciwną do tej, którą reprezentuje dziś środowisko sędziowskie.

Tymczasem interpretacja prawa głoszona przez sędziów musi być absolutnie symetryczna. Nie może pozostawiać wątpliwości, że przy zmianie stron sporu rozstrzygnięcie mogłoby być inne. Dlatego właśnie sprawiedliwość ma być ślepa, a Temida ma przewiązane oczy. Żeby nie widziała, czy to mówi Ziobro, czy Rzepliński. Jej tego nie wolno wiedzieć! Nie ma od tej reguły wyjątku i takiego wyjątku nie usprawiedliwia ani obrona demokracji, ani obrona wymiaru sprawiedliwości. Nie łatwo być sędzią, czasami wymaga to heroizmu i zaparcia się siebie, zapomnienia o swoich poglądach, sympatiach i interesach.

Niezależność władzy sądowniczej od innych władz jest sensowna i potrzebna głównie dlatego, że taka niezależność chroni wyroki sądowe od wpływu ocen politycznych, które mogłyby być wymuszane metodami administracyjnym przez jedną ze stron walki politycznej. Nie jest to jednak jedyna droga upolitycznienia wymiaru sprawiedliwości. Jeżeli sędziowie, jako korporacja, sami stają się stroną walki politycznej i nie ma pewności, czy pod tym kątem nie falandyzują swoich orzeczeń i opinii, wówczas sami stawiają znak zapytania nad sensownością owej niezależności, przypominając mimowolnie wagę światłej myśli Monteskiusza o potrzebie wzajemnego kontrolowania się przez rozdzielone władze.

Czy pozostawienie wszystkiego, jak było, służy utrwaleniu demokracji?

Wielu uważa, że taką falandyzację usprawiedliwia zagrożenie zapisanego w art. 2 konstytucji demokratycznego charakteru Rzeczypospolitej. Ocena jednak tego, co na dłuższą metę dla demokracji jest bardziej niebezpieczne, nie należy do władzy sądowniczej, tylko ustawodawczej, która po to jest przez naród wybierana zgodnie z jego aktualnymi preferencjami. Dla jednych zagrożeniem będą gwałtowne działania władzy politycznej, dla drugich trwanie demokracji w stanie pewnej fasadowości, w której większość obywateli czuje się wykluczona, niemająca wpływu. Szczególnie jeżeli rzeczywiście elity żyją własnym życiem i własnymi celami. W takiej ocenie sędziowie mogą się pomylić, bo to nie ich kompetencja. Dlatego mądra tradycja demokratyczna nie tylko rozdziela władze organizacyjnie, ale także wyraźnie odróżnia ich kompetencje. Dla dobra ich autorytetu.

Autor jest socjologiem, brał udział w pracach nad konstytucją jako przedstawiciel Obywatelskiego Projektu NSZZ „Solidarność". Był także doradcą premiera Jana Olszewskiego i marszałka Sejmu Macieja Płażyńskiego. Obecnie pracuje w NIK. Nie jest jednak kontrolerem i wypowiada się we własnym imieniu.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL