fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Miesięcznice smoleńskie: Religia czy polityka?

Marsz Pamięci na Krakowskim Przedmieściu w miesięcznicę katastrofy w Smoleńsku
PAP, Marcin Obara
Wolność religijna czy demonstracja polityczna? Oto jedno z najczęściej zadawanych pytań pod adresem, budzących ogromne społeczne emocje, smoleńskich miesięcznic.

W Krakowie, na Wawelu wszystko jest jasne. Prywatne wizyty prezesa Jarosława Kaczyńskiego na grobie najbliższych są naturalnym, ludzkim prawem, a naruszanie ich spokoju nie znajduje usprawiedliwienia ani moralnego, ani politycznego.

Na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie sprawa wydaje się być bardziej złożona. Bo choć z jednej strony mamy tu msze święte rozpoczynające każdą kolejną smoleńską uroczystość oraz deklaracje o „modlitewnym marszu", to z drugiej strony, na czele żałobnego pochodu widzimy co miesiąc polityków z jednego politycznego obozu i słyszmy deklaracje wyraźnie ocierające się o politykę.

Przyglądając się tej sytuacji bliżej, warto zacząć od oczywistości. Wbrew różnym lewicującym narracjom na gruncie ładu ustanowionego przez konstytucję z 1997 roku wolność religijna ma w Polsce charakter nie tylko prywatny i indywidualny, ale także zbiorowy i publiczny (art. 53). Oznacza to, że obywatele, w tym również politycy, mają pełne prawo publicznie demonstrować swe uczucia religijne. Także politycy mają więc prawo brać udział w publicznych uroczystościach religijnych, a także publiczne przeżywać religijne misterium żałoby.

Te mądre rozwiązania i wysokie standardy stawiają jednak przed nami, a przede wszystkim przed samymi politykami, dość wysoką poprzeczkę roztropności i rozwagi. Chodzi bowiem o to, by religijne treści, inspiracje i symbole w życiu publicznym służyły i samym religijnym wspólnotom i dobru wspólnemu wszystkich, wierzących i niewierzących, popierających i krytykujących tę lub inną władzę, obywateli.

W przypadku polityków oznacza to, jak się wydaje, potrzebę szczególnej powściągliwości i rozwagi w przywoływaniu religijnych treści, zwłaszcza w sytuacji politycznych konfliktów. Z jednej bowiem strony wypaczać to może ponadpartyjny, wspólnotowy i eschatologiczny sens religii, z drugiej zaś sakralizować może same konflikty, znacznie utrudniając ich rozwiązanie.

Problem, o którym mówimy, nie ma znaczenia czysto akademickiego. Może on konkretnie przełożyć się na społeczne nastroje i akceptację publicznej obecności religii.

Przypomnijmy tylko dwa przykłady. Najpierw na początku lat 90. gdy politycy prawicy słusznie przywracając religię do życia publicznego, momentami zbyt łatwo i zbyt chętnie używali symboli religijnych do bieżącej walki politycznej, objawiła się dość silna fala społecznego antyklerykalizmu. Postpeerelowskiej lewicy ułatwiła ona zwycięstwo w wyborach roku 1993 i dała jej polityczne paliwo, między innymi do odwlekania ratyfikacji konkordatu przez cztery lata. Religia i konflikt polityczny w dramatyczny sposób wymieszały się też na Krakowskim Przedmieściu latem 2010 roku. Już w kilka miesięcy później mieliśmy w Polsce silny ruch radykalnego antyklerykalizmu, którego twarzą stał się słynny polityk z Biłgoraju. Rok późnej wprowadził on do Sejmu 40 posłów.

Powie ktoś, że w jednym i drugim przypadku politycznego antyklerykalnego paliwa starczyło na kilka zaledwie lat. To prawda. Ale warto się zastanowić, czy w sytuacji głębokiego podziału politycznego, wyraźnych zmian obyczajowych i rysującego się na międzynarodowym horyzoncie zderzenia cywilizacji, warto ryzykować kolejną taką falę? Czy warto nasz wspólny kapitał, jakim jest społeczny autorytet religii i Kościoła, tracić w bieżących konfliktach politycznych.

Wspólnota polityczna, wierzący i niewierzący, potrzebujemy w sferze publicznej odważnego głosu Kościoła. Kościół też się od niego nie uchyla, przypominając choćby w ostatnim czasie o szacunku dla ludzkiego życia, chrześcijańskim kształcie patriotyzmu czy naszej odpowiedzialności wobec potrzebujących pomocy uchodźców. Aby ten głos mógł w sferze publicznej w pełni wybrzmieć, aby mógł być słyszany i rozumiany po różnych jej stronach, religia nie może być częścią, czy choćby tłem konfliktów politycznych.

Autor jest dr hab., politologiem z Uniwersytetu im. kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA