fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Sławomir Sowiński: Polacy nie chcą od polityków rewolucji

Robert Gardziński
Nie oczekujemy od polityków żadnych cudownych pomysłów

Tempo wyborczego wieloboju jest takie, że wybory europejskie przechodzą powoli do historii, a polityczni stratedzy są już myślami przy rozstrzygającej elekcji parlamentarnej. Konstatując to, trudno jednak nie zauważyć, że wyniki wyborów europejskich, wraz z tymi z elekcji samorządowej, to unikalny, bardzo wymowy i niezwykle pouczający polityczny obraz, bez przemyślenia którego nie sposób myśleć o politycznej przyszłości. Ten zatem, kto poważnie myśli o politycznej jesieni, musi odpowiedzieć dziś sobie na pytanie o źródła wiosennego sukcesu „dobrej zmiany”, ale i jego generalnie słabszego wydźwięku w wielkich miastach? O to także, skąd się wzięła tak ogromna mobilizacja elektoratu PiS i czemu nie widać jej w wielu matecznikach opozycji? A także o to, dlaczego taki, a nie inny jest wynik Wiosny, którą nieść miała przecież wieszczona przez wielu zmiana socjokulturowa, i skąd porażka Konfederacji, która miała być przecież ostrym prawicowym głosem młodego pokolenia?

Opór wyborców przed radykalizmem

Pozostawiając szukanie odpowiedzi szczegółowych samym politykom, my zwróćmy uwagę na jeden tylko wspólny mianownik. Na szerszą wyborczą prawidłowość, która niesie być może i receptę na dobry polityczny wynik tej czy innej partii jesienią, i szerzej, na rozwój całej naszej wspólnoty. Analizując bowiem tak różne polityczne fakty jak silna mobilizacja elektoratu PiS, samo powstanie Koalicji Europejskiej i relatywnie lepszy jej wynik w dużych miastach, słaby rezultat Wiosny czy porażka Konfederacji, trudno oprzeć się wrażeniu, że obok ich uwarunkowań własnych, mają one także – być może – przyczynę wspólną. A jest nią, mówiąc najkrócej, generalny opór nas wyborców wobec działań, projektów, pomysłów czy narracji o charakterze rewolucyjnym czy radykalnym.

Po pierwsze, zauważmy bowiem, że nieznana wcześniej w takiej skali w wyborach europejskich mobilizacja w konserwatywnych matecznikach „dobrej zmiany”, obok innych przyczyn, spowodowana była także zapewne obawą przed wizją rewolucji obyczajowej, która na politycznym firmamencie objawiła się wraz z politycznym projektem Wiosny.

Głośno mówiono wprawdzie o niej już wcześniej, ale do szerokiej opinii wyborców przebiła się ona chyba wraz z głośną lutową konwencją Roberta Biedronia, a potem wracała przy okazji kampanijnych sporów o: warszawską kartę LGBT, fragment słynnego wywiadu wiceprezydenta stolicy, głośny antyklerykalny support – dobrego skądinąd – wykładu Donalda Tuska na UW, czy już w czasie ciszy wyborczej o obrazoburcze elementy ostatniego głośnego marszu w Gdańsku.

Polskie społeczeństwo, chcemy tego czy nie, oczywiście się zmienia, co widać w badaniach dotyczących rodziny, małżeństwa czy stosunku do społecznych autorytetów. Stajemy się też coraz bardziej tolerancyjni. Jak jednak pokazały ostatnie wybory, niepokój i sprzeciw znacznej części nas, wyborców budzi moment, gdy delikatne i intymne kwestie obyczajowe, biorą na swe wyborcze sztandary politycy po to by ogłaszać w ich zakresie nowe prawa konieczności dziejowej.

Od lewa do prawa

Sprawa druga to fenomen Koalicji Europejskiej, w której pod jednym sztandarem udało się zgromadzić dość szerokie polityczne spektrum, od byłych działaczy demokratycznej opozycji po lewicę nawiązującą korzeniami do PRL. Także i tu, obok politycznej zręczności Grzegorza Schetyny i jego środowiska, w tle widać chyba niechęć do tym razem politycznej, rewolucyjnej retoryki. Bo jeśli zapytamy: Co połączyło tak różnych polityków i dlaczego ten dość eklektyczny ideowo, anty-PiS-owski obóz, nie mając w zasadzie programu, i przegrywając wybory, zdobył jednak ponad 5 milionów głosów, to odpowiedź może być tylko jedna. Wielu, bardzo wielu wyborców nie może zaakceptować, zwłaszcza formy, przebudowy państwa, jaką zaprezentował obóz „dobrej zmiany” po roku 2015. I nie chodzi tu o samą przebudowę, ale właśnie o formę i o – chwilami rewolucyjne – przekonanie części jej politycznych architektów, że cały niemal dotychczasowy porządek publiczny zbudować trzeba całkiem od nowa.

W tle odnotujmy jeszcze jedną, choć w mniejszej zdecydowanie skali, rysującą się gdzieś na prawo od centrum, czasem tchnącą rewolucyjnym zapałem, wyborczą propozycję, która także spotkała się z negatywnym odbiorem szerokiego spektrum wyborców. Chodzi tu o osobliwą, a czasem bardzo niepokojącą, ocierającą się o nacjonalizm propozycję wyborczą Konfederacji. Zastanawiać czy niepokoić może to, że Konfederaci zdobyli ponad 620 tysięcy głosów. Fakt jednak, że nie przekroczyli progu wyborczego, odczytywać możemy także jako szerszą dezaprobatę dla ich radykalnej, budzącej czasem złe skojarzenia retoryki.

W kierunku codzienności

Każda ze wspomnianych tu wyborczych rys, na naszym wspólnym powyborczym portrecie, znajduje się zapewne w innym nieco miejscu, bo dotyczy innych grupy wyborców.

Razem rysy te tworzą jednak dość wyrazisty i charakterystyczny polityczny koloryt, który warto nie tylko dostrzec, ale i docenić i jakoś nazwać. Można więc określić go po prostu mianem zbiorowego wyborczego rozsądku. Można też mówić o republikańskości, umiarkowanym konserwatyzmie czy mariażu nowoczesności z tradycją.

Tak jednak czy inaczej, w kolorycie tym widać również pewną wspólną polityczną rekomendację na przyszłość. Jako społeczeństwo i naród jesteśmy chyba w większości dumni i ze swej unikalnej tradycji, i z tego, co ciężką pracą udało nam się osiągnąć po roku 1989. Od polityków nie oczekujemy zatem generalnie „cudownych” rewolucyjnych pomysłów na to, jak budowany przez nas z wysiłkiem polski dom budować całkiem od nowa, ale na to, jak czynić go lepszym, bezpieczniejszym, wygodniejszym, bardziej gościnnym, kiedy trzeba nowocześniejszym, kiedy warto – tradycyjnym.

W perspektywie zaś wyborczej, którą jak wiadomo rządzą zbiorowe emocje, kluczem do sukcesu jesienią wydaje się coraz trudniejsza sztuka budzenia emocji pozytywnych.

Sztuka, która do pewnego stopnia w roku 2007 udała się PO, a podczas wyborów ostatnich udała się obozowi „dobrej zmiany”. Sztuka szukania razem z wyborcą tej jednej sprawy, o którą warto pójść powalczyć przy urnie. W codzienności wyborcy. W jego realnych osiągnięciach, satysfakcjach i prawdziwych problemach, a niekoniecznie w zmitologizowanej przeszłości, cudownych receptach na przyszłość, czy błędach politycznych konkurentów.

Autor jest politologiem, dr. habilitowanym na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA