fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Prof. Ewa Marciniak: Sceptyczny euroentuzjazm Polaków

tv.rp.pl
Aspiracje są, ale wkład wątpliwy – mówi prof. Ewa Marciniak.

Czy jesteśmy narodem euroentuzjastów, tak jak do niedawna się wydawało, czy staliśmy się już bardziej eurosceptyczni?

Jesteśmy narodem euroentuzjastów na poziomie deklaracji. Wszelkie sondaże, które od lat są prowadzone, pokazują tendencję wzrostową tego zjawiska. Czasami nasz euroentuzjazm jest deklarowany nawet przez 90 proc. respondentów. Jest to najwyższy wskaźnik, jeśli chodzi o kraje UE, i właśnie dlatego te deklaracje wydają się imponujące. Ale jeżeli zajrzymy trochę głębiej, co za deklaracjami się kryje, czyli spróbujemy odkryć rzeczywisty stosunek Polaków do UE, to tam już tak kolorowo nie jest. Okazuje się, że podzielamy pewne wartości, które są związane z naszą obecnością w Unii Europejskiej, ale innych nie podzielamy.

Czyli coś nam przeszkadza, co to jest?

Np. mocno przeszkadza nam idea wejścia do strefy euro. Pojawiają się w tej sprawie różne lęki i nasz stosunek do tej kwestii jest odwrotny niż w pozostałych krajach, które do tego aspirują i raczej się spieszą. W innych badanych krajach mamy około 60 proc. zwolenników wejścia do strefy euro wśród respondentów, a u nas jest sześćdziesiąt parę procent przeciwników wejścia do strefy euro.

Może tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, jesteśmy nieufni i podejrzewamy, że ktoś nas chce oszukać?

Być może. Gorzej, że te lęki chętnie podsycają niektóre partie polityczne, np. wieszcząc ogromny wzrost cen po przyjęciu euro. Jednocześnie całkiem spora część respondentów chciałaby, abyśmy mieli bardzo duży wpływ na proces decyzyjny i na funkcjonowanie instytucji w UE. Mówiąc językiem publicystycznym, abyśmy byli w tej Unii „pierwszej prędkości".

Bez euro?

Bez euro. A wiadomo przecież, że przynależność do tego kręgu jest związana właśnie z przyjęciem waluty euro, ale tego już nie chcemy. Chcemy korzystać z funduszy europejskich w różnych obszarach, natomiast kwestie praworządności, kwestie czegoś, co ogólnie się nazywa wartościami europejskimi (bo taka kategoria funkcjonuje), czyli akceptacja kultury Zachodu, demokracji, praworządności itd. – to już nas za bardzo nie interesuje.

Zapewne gdyby zapytać wprost o wartości, to niewiele osób powiedziałoby: „nie, ja nie chcę europejskich wartości." Polacy reagują w warstwie publicznej i politycznej na pewne hasła, takie jak LGBT czy jak słynny gender. Oczywiście nie wszyscy Polacy, ale poważna ich część. Czy to odzwierciedla podział polityczny?

Tak, ten podział polityczny odzwierciedla się w naszym stosunku do UE. Gdy wchodziliśmy 15 lat temu do Unii, przeważały motywacje kulturowe, ponieważ mieliśmy bardzo duże aspiracje przynależności do kultury Zachodu. Następnie stopniowo zaczęły im towarzyszyć motywacje ekonomiczne, czyli mówiąc wprost: jeśli UE daje pieniądze, to my UE akceptujemy, natomiast jeżeli UE oczekuje respektowania pewnych zasad, np. praworządności, tolerancji – wtedy pojawia się sceptycyzm.

Dlatego ja na własny użytek nazywam polski stosunek do UE „sceptycznym euroentuzjazmem". Wiadomo, że jest to pewien oksymoron, ale on dobrze opisuje tę dwoistość postaw.

Przez całą kampanię zarówno PiS, jak i Koalicja Europejska akcentowały europejski poziom życia, europejskie pensje, czyli standardy ekonomiczne. PiS od tego zaczęło kampanię – hasło: „masz prawo do europejskiego poziomu życia", znalazło się na billboardach. Potem dopiero zaczęła się wojna o wymiarze obyczajowym czy kościelnym.

Myślę, że argumenty ekonomiczne są dość kuszące i przemawiające do wyobraźni obywateli dlatego, że...

...wszyscy przecież chcą lepiej żyć?

No właśnie, kto by nie chciał... Język kampanii wyborczej musi być niezwykle konkretny, jeżeli przemawia się do obywateli w taki sposób, że oni oczyma wyobraźni widzą swój lepszy status, samochód, lodówkę itd. Dlaczego więc wyborcy nie mieliby udzielić poparcia takiej partii, która obiecuje ten „europejski standard życia"? Umówmy się, że jest to pewien stereotyp, pewne hasło, pod które każdy może sobie podciągnąć własne treści i to czyni, ale hasło jest mobilizujące dla wyborców i o to chodzi.

Szczególnie, jeśli miałoby być tak, że ceny będą polskie, a wynagrodzenia europejskie, wtedy na pewno będzie się to wszystkim opłacało i podobało.

Tak i np. nie będziemy w strefie euro, ale będziemy np. mieli bardzo duży wpływ na Wspólnotę, ponieważ nasi europosłowie będą w ważnych instytucjach. Aspiracje więc są, natomiast wkład jest wątpliwy. Ciekawe jest to, że jesteśmy u progu wyborów europejskich, a głównymi tematami kampanii wyborczej do PE są tematy polskie. Przecież te tematy związane ze sporem ideologicznym, z tzw. piątką Kaczyńskiego, czyli np. drogi, PKS czy brak podatków dla osób do 26. roku życia, są to sprawy wewnętrzne, to jest nasze rodzime podwórko. To świadczy, że PiS ma bardzo dobre wyczucie nastrojów w Polsce i wie, że patrzymy na Unię Europejską jak na dawcę pieniędzy, czasami mówi się niezbyt ładnie – bankomat.

Jednocześnie, mobilizując elektorat do wyborów, koncentruje się PiS wyłącznie na korzyściach wewnętrznych i ewentualnych zmianach wewnątrz kraju. Nie ma w ogóle mowy o tym, żeby w dyskursie publicznym pojawił się np. temat funkcjonowania różnych struktur unijnych, budowania frakcji w UE, potencjalnych sojuszy, a przecież to jest ważne. Tymczasem wyborca polski uczestniczy w wyborach europejskich, oczekując zmian w kraju.

A może to taktyka obliczona na żelazny elektorat, bo frekwencja w tych wyborach nie przekracza 25 procent?

Tak, w dodatku ten żelazny elektorat jest bezkrytyczny wobec działań swojej partii. Ale to nie znaczy wcale, że będzie aktywny, bo u nas wybory europejskie nie są traktowane jako ważne.

współpraca Karol Ikonowicz

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA