fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Migalski: Kłopoty z definicją, czyli różne rozumienia demokracji

Jarosław Kaczyński i Viktor Orbán chcą demokracji, ale bezprzymiotnikowej
Fotorzepa, Radek Pasterski
Czy na świecie zbliżamy się do końca liberalnego modelu?

Mamy poważny problem, gdy mówimy o demokracji. O demokracji w ogóle oraz o demokracji w naszym kraju. Wszystkie strony sporu politycznego, Trump i Clinton, Le Pen i Hollande, Kaczyński i Schetyna, twierdzą, że działają w jej interesie i w zgodzie z jej wartościami. Kłamią? Świadomie manipulują? Łżą w żywe oczy? Nie, oni wszyscy naprawdę sądzą, że działają demokratycznie i walczą o demokrację. Tyle tylko, że inaczej ją rozumieją.

Mamy bowiem kłopoty z definicją demokracji. W wydanej w tym roku książce „Koniec demokracji” wyjaśniam szczegółowo wszystkie problemy definicyjne, ale tu postaram się w skrócie pokazać, na czym polega problem. Czy nazwalibyśmy demokratycznym rozwiązanie odbierające prawa wyborcze kobietom, Żydom czy ubogim – jeśli zagłosowałaby za tym w referendum ponad połowa uprawnionych? Czy za demokratyczne uznalibyśmy przyznanie rodzicom prawa do zabicia córki, która nie chce wyjść za mąż w zgodzie z ich wolą – jeśli takie prawo uchwaliłby wyłoniony demokratycznie Sejm? Czy zgodna z duchem i regułami demokratycznymi byłaby ustawa – przyjęta zdecydowaną większością głosów w parlamencie i podpisana przez legalnie wybranego prezydenta – wprowadzająca segregację rasową, getto ławkowe dla obywateli RP niepolskiego pochodzenia lub nakazująca ludziom upośledzonym umysłowo korzystanie z przymusowej sterylizacji?

 

Każdy, komu bliskie są ideały demokracji, na wszystkie te pytania odpowiedziałby zapewne negatywnie. Ale tylko dlatego, że przez lata żył w ustroju, który uznawał tego typu rozwiązania za niedopuszczalne. Ale warto wspomnieć, że każde z nich było obecne i praktykowane w przeszłości przez ustroje określające się jako demokratyczne i za takowe uważane. Naprawdę w przeszłości istniały demokracje wykluczające kobiety (w Szwajcarii przyznano im prawa wyborcze w… 1974 roku!), Żydów, czarnych itp., a niepełnosprawnych poddawano nie tylko sterylizacji, ale i przymusowej lobotomii, która czyniła z nich warzywa.

Liberalizm ustrojowy

Ustrój, z którym Polacy zetknęli się po 1989 roku nie był bowiem czystą demokracją, która w swej przeszłości potrafiła być okrutna, bezwzględna, mordercza i rasistowska, lecz z demokracją liberalną. Za taką uważamy w politologii, ale także w praktyce społecznej, te ustroje zachodnie, które przestrzegają nie tylko demokratycznego sposobu wyłaniania rządzących, ale nakładają na nich ograniczenia wynikające z działalności wolnych mediów, sądów powszechnych i konstytucyjnych, politycznej poprawności, poszanowania prywatnej własności, trójpodziału władzy, silnego i niezależnego samorządu terytorialnego, praw mniejszości itp. To one składają się na ów przymiotnik „liberalna” – nie w sensie gospodarczym, lecz ideologicznym. Demokracja liberalna mogła być tak nazywana tylko wówczas, gdy władza nie tylko pochodziła z wolnego wyboru, ale także gdy przestrzegała reguł narzuconych na nią przez konstytucje i zwyczaje. Wtedy dopiero była demokracją liberalną – czyli taką, jaką znamy z Zachodu.

W jej ramach nie można było dyskryminować mniejszości – nawet jeśli demokratyczna większość miałaby na to ochotę. Nie można było nazywać kogoś pedałem, czarnuchem lub polaczkiem – nawet jeśli demokratyczną większość by to korciło. Nie można było ograniczyć wolności obywatelskich, artystycznych czy osobistych – nawet jeśli demokratyczna większość miałby inne gusta i preferencje. Na straży tych „liberalnych” praw i wolności stały sądy i inne ograny państwa, których głównym zadaniem było powściąganie nieprzyjemnych zapędów demokratycznie wybranych rządów. Jeśli się ktoś dobrze wczyta w dzieła tak powszechnie chwalonego, acz nie rozumianego, Alexisa de Tocqueville’a, to właśnie ta obawa i ta troska spędzała mu sen z powiek – nie strach przed obalonymi już wszak despotami, ale uchronienie wolności przed despotią demokratycznej większości.

W takich komfortowych warunkach demokracji liberalnej upłynęło zachodniej Europie pół wieku od zakończeniu drugiej wojny światowej. I taki właśnie model ustrojowy przejęliśmy w Polsce po 1989 roku. Mówiliśmy „demokracja”, choć tak naprawdę mieliśmy na myśli „demokrację liberalną.” Aż do teraz.

Zbyt duże ograniczenia

Bo zarówno na Zachodzie, jak i u nas, pojawili się politycy, którzy inaczej rozumieją demokrację. Też chcą ją kultywować i działać w ramach jej zasad, ale odrzucając obrzydły im przymiotnik „liberalna”. Nie kwestionują reguły demokratycznego wyłaniania władz. Chcą wyborów i często odwołują się do referendów. Nie boją się głosu ludu. Często powołują się na suwerena, który dał im prawo do władania i sprawowania swych rządów. Są – przynajmniej w swoim i swego elektoratu mniemaniu – demokratami.

Chcą jedynie, by ich mandat nie był ograniczany nieznośnymi dla nich więzami. Za takie uważają wymiar sprawiedliwości, sądy konstytucyjne, przepisy umożliwiające opozycji obstrukcję parlamentarną, prawa poszczególnych grup społecznych, polityczną poprawność, zobowiązania międzynarodowe, niezależność prokuratury czy szkolnictwa wyższego. Wszystko to, słusznie zresztą, postrzegają jako ograniczenie ich demokratycznie wszak wybranej władzy. Skarżą się na imposybilizm, czyli niemożność zrobienia ze swoją władzą tego, co im się zachce, i opór instytucji od rządzących niezależnych. Cierpią bardzo, bowiem – znów słusznie – powołując się na zdobyty w wolnych wyborach mandat do rządzenia, alarmują opinię publiczną, że ich wola jest powściągana i nie wszystko im wolno. 

Oni także chcą demokracji – ale bezprzymiotnikowej. Takiej, która dając władzy mandat społeczny uzyskany w wyborach, pozwala jej zrobić prawie wszystko, co się jej spodoba. Za obmierzłe i niedemokratyczne uważa ona wszelkie pęta ją ograniczające – dyrektywy unijne, przepisy konstytucji, zwyczaje parlamentarne, nakazy politycznej poprawności, prawa poszczególnych grup i jednostek. Wszystko winno być jej podporządkowane – bo taka jest wola większości.

Przybliża ją to do jej starożytnego pierwowzoru – wówczas demokracja była nieograniczona. Mogła z każdym obywatelem zrobić, co jej się żywnie spodobało. Jeśli Pytia tak orzekła, a sąd skorupkowy zdecydował, to każdy obywatel Aten mógł być z dnia na dzień wygnany z miasta, pozbawiony majątku, a nawet życia. Od woli większości nie było odwołania. Była ona totalna, niczym nieograniczona.

Do takiego modelu odwołują się dziś ci, których najczęściej oskarżamy o łamanie demokracji. Oni jedynie odrzucili jej liberalną, nowożytną i przyjemną formułę, którą znamy z Zachodu z ostatnich dziesięcioleci. Odwołują się natomiast do jej ciemnej i populistycznej wersji, w której – u jej narodzin – zobaczył ją świat. Trump, Le Pen, Orbán czy Kaczyński nie są antydemokratami – są ante-demokratami. Hołdują demokracji, choć – niestety – w jej wersji antycznej, okrutnej, nieliberalnej, przednowoczesnej i totalnej. 

Autor jest politologiem, był europosłem PiS, PJN

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA