fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Sprawa połaniecka. Jedna z najgłośniejszych zbrodni w PRL

Wizja lokalna: sędziowie, oskarżyciele i obrońcy na drodze z Połańca do Zrębina, gdzie oskarżeni upozorowali wypadek
PAP
W wigilijną noc z zimną krwią i na oczach 30 świadków zostaje zamordowanych troje niewinnych ludzi, w tym dziecko. Morderców długo chroni zmowa milczenia.

Sprawa połaniecka to jedna z najbardziej niewiarygodnych i okrutnych zbrodni w historii polskiej kryminalistyki.


Scena 1. Kościół św. Marcina w Połańcu, noc z 24 na 25 grudnia 1976 r.

Człowiek obok człowieka – nieduża neogotycka świątynia w Połańcu jest wypełniona niemal po brzegi. Ludzie w okolicy są bogobojni i na pasterkę chodzą chętnie. Przeważają miejscowi, ale jak co roku zjawiło się także wielu mieszkańców okolicznych wsi. Modlitwa. Kolędy. „Lulajże Jezuniu", zaraz potem pięknie i z przytupem zaśpiewane „Dzisiaj w Betlejem". Jest wesoło, radośnie. Niektórym uczestnikom mszy szumi jeszcze w głowie alkohol wypity podczas kolacji wigilijnej. Ci, którym „procentów" jeszcze mało, ukradkiem wymykają się z kościoła, by przyłączyć się do tych, którzy piją wódkę w zaparkowanych wzdłuż pobliskich uliczek autokarach. Taka miejscowa tradycja. Niby wszystko jak co roku, ale ta pasterka jest inna. Gdyby ktoś zjawił się wtedy w połanieckiej świątyni z kamerą i w zbliżeniu nagrał twarze uczestników mszy, na spowolnionym obrazie z pewnością dostrzeglibyśmy, że coś tu nie gra, że niektóre osoby obecne są na mszy tylko ciałem, lecz nie duchem, że zerkają gdzieś ukradkiem, że jest w nich jakaś niepewność, że niektórzy wyśpiewują „Wśród nocnej ciszy" czy „Bóg się rodzi, moc truchleje" z jakąś przesadną żarliwością. Ich myśli krążą bowiem gdzie indziej. Gdzieś po drodze z Połańca do rodzinnego Zrębina. W miejscu, gdzie niespełna godzinę wcześniej widzieli rzeczy, które nigdy nie powinny się wydarzyć. Tam, gdzie przysięgali na krzyż i krew, że nigdy tej mrocznej tajemnicy nie zdradzą.

Przysięgał także Henryk Witek, który pod chórem w innym kościele, w pobliskiej Beszowej, śpiewa „Pójdźmy wszyscy do stajenki" najgłośniej jak potrafi – niech miejscowe baby go zauważą i zapamiętają. Ci, którzy go tu przywieźli, zapewniali, że to będzie dobre alibi. W myślach gani się jednak za głupią ciekawość, za to, że włączył tę cholerną latarkę, której światło, choć słabe, pomogło tamtym dopaść Kryśkę. „Lepiej mi było siedzieć po cichu z pozostałymi w autobusie" – myśli Witek i śpiewa jeszcze głośniej.

Wizja lokalna we wsi Zrębin: między milicjantami stoją oskarżeni. Listopad 1978 r.
PAP

Scena 2. Około pół godziny wcześniej. Niebieski autokar marki San H100 stoi na poboczu drogi z Połańca do Zrębina

W drzwiach autobusu stoi Stanisław Kulpiński i krzyczy: „Kto wyjdzie, tego spotka ten sam los". W środku pojazdu panuje zaduch, śmierdzi alkoholem i zakąską. Po niemal godzinnej libacji pod kościołem w Połańcu 30 pasażerów ma już mocno w czubie. Wszyscy, bez wyjątku, nawet miejscowy ormowiec i sołtys. Groźby samozwańczego cerbera blokującego drzwi pojazdu i mrożące krew w żyłach krzyki, które przez kilkanaście minut dobiegały z zewnątrz, sprawiły jednak, że część z nich wyrwała się z pijackiego amoku. Kilka chuchnięć na zmrożoną szybę pozwoliło śledzić krwawy spektakl rozgrywający się na zewnątrz. W końcu Kulpiński nakazuje wszystkim przejść do stojącego obok autosana. Tam już czeka na nich Sojda. W ręku trzyma różaniec z dużym drewnianym krzyżem i obrazek Matki Boskiej. Unosi obrazek ponad głowę i grobowym głosem oświadcza: „Powtarzajcie za mną: przysięgam na swoją krew i na ten święty krzyż, że niczego tutaj nie widziałem. Tak mi dopomóż Bóg". I jeszcze dodaje złowrogo: „Inaczej skończycie jak Kalitowe dzieci". Klękają. Przysięgają. Nikt nie protestuje. Ale to jeszcze nie koniec. Przysięgę trzeba przypieczętować własną krwią, aby nabrała mocy. „Król Zrębina" każdemu daje do pocałowania krzyż, nakłuwa palec agrafką i każe odcisnąć krwawy ślad na białej kartce papieru. Przy okazji w kieszeniach kurtek i palt pasażerów sana lądują grube zwitki banknotów. Dziwaczny rytuał sprawia, że sprawcy bestialskiego mordu popełnionego na 18-letniej Krystynie Łukaszek, od pięciu miesięcy noszącej pod sercem nowe życie, jej mężu Stanisławie i 12-letnim bracie Krystyny Mieciu Kalicie czują się bezkarni i wszechmocni.

Scena 3. Około 15 minut wcześniej, to samo miejsce przy drodze na Zrębin

Jest zimno i ciemno. Sylwetki trzech osób idących skrajem ośnieżonej drogi są ledwo widoczne. W oddali widać już jednak światła Zrębina, celu ich wędrówki. Krysia Łukaszek nie cieszy się jednak na myśl, że zaraz znajdzie się w domu. Przecież opuściła pasterkę wraz z mężem i młodszym bratem, bo jej szwagierka szepnęła jej w pewnym momencie do ucha: „Krycha, twój ojciec rozrabia w domu po pijaku, wracajcie szybko do chałupy". Chcieli podjechać autokarem, ale pijani mężczyźni w środku, z wujem Sojdą na czele, nie zgodzili się. A że to tylko 4 kilometry, ruszyli piechotą...

Nagle Krystyna słyszy warkot silników i dostrzega światła jakichś pojazdów nadjeżdżających od strony Połańca. Na czele kawalkady jedzie taksówka, fiat 125p. Z tyłu san i autosan. Nagle fiat skręca ostro w bok i uderza w Miecia, który upada bezwładnie na jezdnię. Łukaszkowie podbiegają do leżącego chłopca. Jeszcze żyje, ma tylko połamane nogi. Płacze z bólu i przerażenia. Z sana wysiada dwóch mężczyzn. Dziewczyna rozpoznaje Jana Sojdę i jego szwagra Józefa Adasia. Jeden w ręku trzyma klucz do kół autobusu, drugi metalowy pręt. Podbiegają do Stanisława i zaczynają go nimi okładać. Przerażona Krystyna rzuca się do ucieczki w pole. Oprawcy zostawiają jej męża i puszczają się w pogoń. Jest ciemno, ale w odnalezieniu dziewczyny pomaga im światło latarki, które nagle rozświetla mrok od strony autokaru. Krystyna jest brzemienna, ciężko jej biec. Sojda dopada ją pierwszy, chwyta za włosy, a Adaś bierze zamach kluczem. – Wujku, nie zabijaj mnie! – błaga dziewczyna. Strach w jej oczach jest podwójny, to także przerażenie nienarodzonego dziecka. Ale to nie powstrzymuje morderców, przecież im właśnie chodzi o wytępienie Kalitowych dzieci. Do cna. Tak, aby już nigdy nikt z tego rodu nie obraził w jakikolwiek sposób „króla Zrębina" lub jego krewnych. Po chwili dziewczyna pada martwa w kałuży krwi. Miecio płacze i wzywa pomocy. Sojda i Adaś wyciągają rannego chłopca na środek szosy. Do taksówki wsiada drugi zięć Sojdy Jerzy Socha i powoli rusza. Z tyłu auta siedzą żony Sochy i Kulpińskiego. Sojda nakierowuje pojazd: trochę w lewo, trochę w prawo, tak aby koła trafiły dokładnie na głowę chłopca. Po chwili zalega cisza.

Mordercy z pomocą Henryka Witka zaciągają ciała do sana, a po zmuszeniu świadków do rytualnej przysięgi podjeżdżają prawie pod same zabudowania Zrębina. Ostatnim aktem zbrodni jest zainscenizowanie wypadku. Sanem przejeżdżają po zwłokach Stanisława i Miecia i wrzucają je do przydrożnego rowu. Krystynę obnażają i układają za autobusem dla upozorowania gwałtu. Potem mordercy wracają do swoich domów, a świadkowie na pasterkę.

Scena 4. Tuż po pasterce, przed kościołem św. Marcina w Połańcu

Msza dobiega końca, wybrzmiewają ostatnie modlitwy i kolędy. Tłum wylega przed kościół. Chłopi ze Zrębina rozglądają się za autokarami, którymi ich tu przywiedziono, ale ze zdumieniem dostrzegają tylko autosana. Tymczasem kierowca drugiego pojazdu wszczyna alarm – ktoś ukradł mu autobus. Niepocieszeni i zmęczeni zrębiniacy pakują się do autokaru i w ścisku ruszają w drogę powrotną do domu. Po drodze niespodziewanie natrafiają na zaginiony pojazd i zwłoki sąsiadów leżące opodal. Kobiety łapią się za głowy, płaczą, mężczyźni przeklinają zły los. Jeszcze niedawno wszyscy bawili się na weselu młodej Krysi i Stasia, a tu takie nieszczęście. Na miejscu zjawia się milicja. Oględziny są szybkie i niezbyt dokładne. Jest przecież Wigilia, każdemu spieszy się do domu. W raporcie funkcjonariusze wpisują: „wypadek drogowy".

Zemsta „króla Zrębina”

Mordercy i ofiary dobrze się znali. Mieszkali w tej samej wsi – Zrębinie. Jak to w małych miejscowościach bywa, byli nawet spokrewnieni. Więcej ich jednak dzieliło, niż łączyło. Sojda był najbogatszym i najbardziej wpływowym gospodarzem w okolicy. Jako jedyny posiadał ciągnik i prywatny telefon, co w owych czasach niezmiernie podnosiło jego status społeczny. Przez pewien czas był także ławnikiem, co w jego oczach, ale także w opinii mieszkańców Zrębina, dawało mu mandat do rozstrzygania wszelkich sporów. Sojda zaś pomocy i rady nigdy nie odmawiał. Powszechnie nazywano go więc królem Zrębina. Był osobą charyzmatyczną, ale jednocześnie pozbawioną skrupułów i moralności. Swego czasu chciał np. odkupić od sąsiadów psa, by go rozpruć i tym samym udowodnić, że ten zjadł mu kury. Był także mściwy.

Od lat nosił w sercu nienawiść do rodziny Rojów, z której pochodziła matka Krystyny Zdzisława. Konflikt tlił się od dawna. Jan Roj, dziadek Krystyny i Miecia, tuż po wojnie stał się gorliwym wyznawcą nowej władzy. Jako aktywista PPR i ORMO zmuszał ludzi do głosowania „3 x tak" w referendum w 1946 r., a później siłą zapędzał ich na pochody pierwszomajowe. Kiedy młody Jan Sojda zgwałcił dziewczynę, z którą pracował w polu, Roj pomógł milicji doprowadzić go do aresztu. Sojda przesiedział tylko osiem miesięcy, ale swojej krzywdy nigdy nie zapomniał. Kilka lat później na terenie jego obejścia został zastrzelony dziesięcioletni syn Roja Marian. Strzelał znajomy Sojdy, który tłumaczył się, że celował do psa. Sprawca dostał wyrok w zawieszeniu i niedługo potem zginął w wypadku samochodowym. Czy przyszły „król Zrębina" dokonał w ten sposób pierwszej zemsty? Nigdy nic mu nie udowodniono, ale okoliczności całego zajścia były co najmniej podejrzane.

Później konflikt nieco przygasł. Sojda i jego krewni szybko się bogacili i coraz bardziej z góry patrzyli na biednych Rojów, których sytuacji nie poprawił także ślub Zdzisławy z Wacławem Kalitą. Co zatem sprawiło, że Sojda uknuł zbrodniczy plan, którego ofiarami padły ich dzieci – Krystyna i Mieczysław, a także świeżo upieczony mąż Krystyny Stanisław Łukaszek? Bezpośrednia przyczyna była przerażająco banalna.

W sierpniu 1976 r. prawie cały Zrębin bawił się na weselu Krysi i Stanisława. W kuchni pomagała siostra Sojdy (żona Józefa Adasia). Jeden z młodych kuchcików podpatrzył, że Adasiowa wynosi po kryjomu wędliny, i w te pędy pobiegł z tą informacją do Zdzisławy Kality, która zwróciła Adasiowej uwagę. Ta obraziła się i wróciła do domu, ale następnego dnia wymusiła na Kalitach podarowanie jej wypożyczonej na ślub zastawy stołowej. Zdzisława się zgodziła, chcąc zażegnać konflikt, ale mleko już się wylało. Po wsi rozeszła się plotka, że siostra „króla Zrębina" przywłaszczyła sobie nie tylko kiełbasę, ale również talerze. Sojda wpadł we wściekłość. Nie dość, że oskarżenia padły ze strony rodziny, z którą od lat był skonfliktowany, to jeszcze były to osoby biedne, z którymi we wsi zupełnie się nie liczono. W jego głowie zrodził się złowrogi plan, w który zostali wtajemniczeni: szwagier Józef Adaś oraz – zięciowie Stanisław Kulpiński i Jerzy Socha.

Jan i jego pomocnicy nieprzypadkowo czekali aż do Wigilii. Sojdzie nie zależało bowiem na cichej zemście. Miała się ona dokonać na oczach świadków, aby pokazać, że „król Zrębina" nie jest władcą malowanym, ale ma realną władzę, a każdego, kto mu się sprzeciwi lub obrazi, czeka straszliwa kara. Zanim doszło do potrójnego zabójstwa, Sojda kilka razy rzucił publicznie, że „wytępi Kalitowe plemię", ale nikt, łącznie z Kalitami, nie brał tych gróźb poważnie.

W wigilijną noc Sojda najpierw namówił Gosię Kalitę, aby pod jakimś pretekstem wyciągnęła Łukaszków i Miecia z kościoła, a później nie wpuścił ich z premedytacją do autokaru i kazał iść do domu piechotą. „Muszę z Kryśką Kalitów zrobić porządek (...). Nie będą nas dłużej nosić po pyskach jako złodziei mięsa. Od ich wesela do dziś wystarczy" – rzucił ze złością do kompanów od kieliszka. Chwilę potem autokary i fiat 125p ruszyły w stronę Zrębina.

TVP Polonia

Dwoje sprawiedliwych

Przez pierwsze miesiące po morderstwie miejscowa milicja uparcie twierdziła, że był to wypadek drogowy, i nie podejmowała żadnych specjalnych działań. W samym Zrębinie było inaczej. Już drugiego dnia 14-letni Staś Strzępek wykrzyczał pod oknami domów Adasia i Sojdy: „Zabiliście tylu ludzi, zabiliście mojego kolegę Miecia!". Jak się później okazało, Staś także wracał z pasterki w Połańcu piechotą i niespodziewanie natknął się na Adasia inscenizującego „wypadek". Chłopak uciekł, ale to, co widział, nie dawało mu spokoju. Wieś zatem huczała od plotek, ale początkowo mordercy czuli się całkowicie bezkarni. Mieli znajomości, wpływy, pieniądze na łapówki. Sekcję zwłok ofiar przeprowadził lekarz, który nie był do tego uprawniony, zrobił to niedokładnie, a do raportu wpisał nieprawdziwe informacje o obrażeniach. Na miejscu „wypadku" nie zabezpieczono ważnych śladów, a autobus, którym najechano na zwłoki, już dziesięć dni później, mimo braków w miejscowym taborze, wysłano do kasacji. Pogrzeb zabitych odbył się bardzo szybko, niemal od razu po świętach. Sojda niósł ich trumny. Gdy zasypywano je ziemią, Kalitowa przysięgła na klęczkach, że znajdzie bandytów, którzy przejechali na drodze jej dzieci i uciekli. Dwa dni później listonosz przyniósł jej anonim: „Przestańcie węszyć, bo diabeł wszedł w waszą rodzinę. One same podeszły pod pekaes i się stało".

Jednak zrozpaczona kobieta niemal co dzień chodziła na komisariat, a potem do prokuratury, próbując się czegoś dowiedzieć. W końcu przypadkowo usłyszała tam o krzykach młodego Stasia pod domami rodziny Sojdów. Prokuratura postanowiła w końcu zbadać ten tajemniczy wątek. Staś okazał się jednym z dwóch sprawiedliwych ze Zrębina. Odpytywany przez śledczych, opowiedział, co widział, wracając z pasterki. W efekcie do więzienia trafił Adaś. Sojda od razu próbował przekupić ubogą rodzinę Strzępków. Obiecywał im nowe meble, krowę i inne cenne rzeczy, ale oni się nie ugięli i mimo realnego zagrożenia pouczali syna: „Przed sądem mów, co widziałeś, prawdę ino mów". Próbowano ich zastraszyć, ktoś podpalił im stodołę, przez okno wrzucano monety jako judaszowe grosze. Ojciec Stasia nie wytrzymał presji – powiesił się. Ale syn zeznań nie zmienił.

Podobnie jak drugi sprawiedliwy – Leszek Brzdękiewicz – jedyny świadek zabójstwa, który od początku mówił śledczym całą prawdę. Niedługo później znaleziono go martwego w przepływającej przez Zrębin rzece Czarnej. Ciało leżało w płytkiej wodzie, uznano więc, że utopił się po pijaku.

Sprawa posuwała się jednak do przodu. Prokurator z Tarnobrzega, który przejął śledztwo, zarządził ekshumację zwłok. Biegły anatomopatolog stwierdził, że ofiary były katowane tępym narzędziem, a obrażenia nie mogły być wynikiem wypadku. Kiedy Sojdzie grunt zaczął się palić pod nogami, postanowił odświeżyć przysięgę milczenia. W sąsiedniej wsi Wolica, w domu wiejskiego aktywisty, zwołał potajemne zebranie, na którym wszyscy obecni raz jeszcze przysięgli na krzyż, że w sądzie zachowają milczenie. Sojda kazał im całować krucyfiks, wręczał medaliki, które on i jego krewni przywieźli z Jasnej Góry, gdzie jeździli modlić się o uniknięcie kary. Lojalność przesłuchiwanych przez prokuraturę osób wzmacniali łapówkami. Przeznaczyli na to według różnych szacunków od 200 do 400 tys. ówczesnych złotych. Ostatecznie jednak wszyscy mordercy trafili za kratki i rozpoczął się jeden z najtrudniejszych procesów w historii polskiej kryminalistyki. Trudny nie tylko ze względu na charakter i przebieg zbrodni, ale także na zmowę milczenia mieszkańców Zrębina, która długo chroniła morderców. W śledztwie przesłuchano 232 świadków, jednego 14 razy, podczas procesu przesłuchano 220 świadków. 38 odwołało swoje zeznania, 18 podejrzanych o fałszywe świadczenie trzeba było aresztować. Sędziowie 88 razy nakładali na mataczących świadków kary pieniężne. Zmowę milczenia udało się przełamać tylko częściowo, niektórzy z zeznających nigdy nie powiedzieli, co tak naprawdę widzieli owej feralnej nocy. Woleli pozostać w więzieniu, niż złamać przysięgę daną Sojdzie.

Magią i konkretem

Mieszkańcy Zrębina długo żyli w strachu. Bali się i rodzin morderców, i Boga. Jeden z nich opowiadał Wiesławowi Łuce, autorowi znakomitego reportażu poświęconego sprawie połanieckiej zatytułowanego „Nie oświadczam się": „Trzeci miesiąc ani kropli z nieba. (...) Gdzie co urośnie w takim popiele? Ludzie inaczej nie gadają, ino kara boska. Suchota na okolicę za Kalitowe łzy". Inny z kolei wspominał, że kiedy część przesłuchiwanych zmieniła zeznania i przyznała się do tego, co widziała w wigilijną noc, szybko zjawili się u nich żona Sojdy, żona Adasia i ich szwagier. Kazali im jechać do Warszawy do Prokuratury Generalnej i powiedzieć, że śledczy wymusili na nich siłą fałszywe zeznania. Na drogę dostali po 6 tys. zł. Oczywiście pojechali, skargę złożyli, papiery podpisali.

Wacława Kalitę, ojca zamordowanych, do odstąpienia od procesu namawiała nawet jego własna matka, swoją drogą szczerze nienawidząca swojej synowej. Reporterowi Łuce tłumaczyła: „[Sojda] pomógł ocielić się naszej krowie, zawsze powiem, że pomógł, i nie trza chłopa pchać do więzienia!". „Pani wnuczkowie zginęli..." – Łuka próbował obudzić w niej sumienie. Nic z tego. Kobieta wykrzyczała: „Taki on syn, nie wiedziałam, co chowałam, takie jego dzieci z tej rodziny, co się przed nią ludzie wystrzegają".

Prokurator Franciszek Bełczowski w swojej ostatniej mowie podczas procesu stwierdził: „(...) Oskarżony Sojda plan zbrodni precyzyjnie oparł na mentalności środowiska, które znał. Do kilkudziesięciu świadków dotarł dwoma sposobami – magią i konkretem. Przysięgą w autobusie na krzyż różańca, przysięgą w domu wiejskiego aktywisty również na krucyfiks, wręczaniem medalików przywiezionych z Częstochowy, gestami i słowami – Matka Boska Częstochowska was ochroni – zastraszył świadków zbrodni. Mur milczenia wzmocnił konkretem, wydał około 400 tysięcy złotych na łapówki. I groził: kto puści parę z ust, popamięta!".

Wszystko to prawda, ale warto się zastanowić, co ukształtowało ową wypaczoną mentalność, co sprawiło, że dla wielu osób w Zrębinie moralność była tylko pustym słowem. Przyczyny były oczywiście złożone. Zacofanie polskiej wsi wynikające z uwarunkowań historycznych, demoralizacja sięgająca czasów ostatniej wojny światowej, niewiele warte wzorce zachowań wpajane ludziom przez komunistów, którzy co prawda nauczyli polską wieś czytać, ale podsuwali jej bardzo złe lektury. Nie pomogła także płytka i bezrefleksyjna wiara w Boga, opierająca się w dużej mierze na ludowych zabobonach i z łatwością przekształcająca się w magiczny rytuał.

Brak prawdziwych autorytetów i spójnego systemu wartości sprawił, że świadkowie zbrodni i ich bliscy nie tylko gorliwie pomagali w jej tuszowaniu, ale też wykazali się wobec niej przerażającą obojętnością. Reporterzy sądowi śledzący proces zanotowali, że największe poruszenie wywołał następujący dialog: „Sędzia przewodniczący: Czy panią nie interesowało to, że za autobusem leży obnażona kobieta, którą oświetlają latarkami? Świadek: Nie... A co mi tam... Sędzia: A gdyby tam leżała krowa? Świadek: A, krowa to co innego!". Przerażające? Z pewnością. To właśnie zacofanie takich ludzi potrafił bezbłędnie wykorzystać Sojda – jednostka sprytna, bezwzględna, a jednocześnie zdeterminowana. Mordercy długo wodzili sąd za nos, ostatecznie jednak proces zakończył się czterema wyrokami skazującymi.

Sojdę i Adasia powieszono w 1982 r. W wypadku Jerzego Sochy oraz Stanisława Kulpińskiego Rada Państwa skorzystała z prawa łaski i zmniejszyła im wyroki do 25 lat (ostatecznie wyszli na wolność wcześniej). Dodatkowo Henryk Witek za pomoc w zacieraniu śladów trafił za kratki na pięć lat.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA