fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Internetowe piractwo niszczy media

Inwestycje właścicieli mediów w nowoczesne rozwiązania nie wystarczą, żeby pokonać piractwo – twierdzi autor.
123RF
Rozdajemy za darmo wielką wartość, jaką jest wolna i niezależna prasa – i to na naszą zgubę – przestrzega przewodniczący Europejskiego Stowarzyszenia Wydawców.

W Brukseli narasta w tych dniach zgiełk w kwestii praw autorskich i wydawniczych. I nie chodzi tu o zwyczajowe prawnicze przeciąganie liny: na szali znalazła się przyszłość naszej niezależnej, profesjonalnie wydawanej prasy. Rzecz dotyczy tego, jak my, wydawcy, sami szacujemy tę bezustanną, świadczoną świątek piątek i całodobowo ofertę. A składają się na nią wiadomości, analizy, reportaże z wojennych frontów, materiały rozrywkowe, sport, materiały śledcze i rozbudowane bloki reporterskie, realizowane przez zawodowych dziennikarzy, których działalność dodatkowo regulowana jest przez drobiazgowo zdefiniowane reguły postępowania i wysoką etykę zawodową.

Idzie również o to, czy wydawcy mają w nieskończoność inwestować w treści publikowane online, które są następnie zawłaszczane, przetwarzane i sprzedawane przez postronne osoby i firmy, działające bez zezwolenia wydawców, i nieoferujące im ani wynagrodzenia, ani zadośćuczynienia.

W ramach wypatrywanego od dawna unijnego pakietu działań reformatorskich w kwestii praw autorskich, który pozwoliłby wydawcom sprostać wymaganiom epoki cyfrowej komisarz Unii Europejskiej ds. gospodarki cyfrowej Günther Oettinger zaproponował pakiet przepisów pod nazwą Prawa Wydawcy (Publisher's Right); dowiódł tym, że zdaje sobie sprawę z wagi wolnej i szeroko dystrybuowanej pracy dla demokratycznych społeczności, jak również wyzwań, przed jakimi stają wydawcy takiej prasy.

Kradzież i pasożytnictwo

Ujmując rzecz najprościej, wspominany pakiet przepisów zapewni bezpieczeństwo prawne dużym i mniejszym wydawcom, uświadamiając wszystkim ludziom, że publikowane przez nas treści pozostają naszą własnością i że jest rzeczą niedopuszczalną ich kopiowanie lub ponowne wykorzystywanie w celach handlowych i z zamiarem osiągnięcia zysku bez zgody wydawcy. Nikt nie przeczy, że zachowaniem nielegalnym byłoby wdarcie się do kiosku, sięgnięcie po leżącą na półce gazetę, opuszczenie kiosku bez zapłacenia, skopiowanie całej zawartości gazety, dołożenie do niej garści reklam i rozpowszechnianie jej wśród milionów odbiorców! Pakiet znany jako Publisher's Right ma uświadomić ponad wszelką wątpliwość, że podobna kwalifikacja czynu obowiązuje w przypadku wydań online.

Można oczywiście zadawać sobie pytanie, czy rzeczywiście potrzebujemy uruchamiania kampanii w kwestiach tak oczywistych. Dzieje się tak w sytuacji, gdy giganci nowych technologii przez dziesięciolecia zachęcali do sięgania po treści publikowane przez media „profesjonalne", uznając to za niezbędny wymóg tego, by internet pozostał miejscem „otwartym i twórczym". Ci, którzy dziś angażują się w kampanie na rzecz „otwartej sieci", muszą zrozumieć, że wydawcy po prostu nie są w stanie inwestować dłużej w treści, które entuzjaści „wolnego internetu" chcieliby mieć za darmo bez żądanego stosownego wynagrodzenia. Model wydawnictw online, zwłaszcza jeśli wspierane są przez rynek reklam, może się doskonale sprawdzić, jeśli publikowane treści nie będą kopiowane na masową skalę przez postronnych, którzy je monetyzują, nie płacąc za nie uprzednio. Takie działania nie mają nic wspólnego z „otwartym" czy „twórczym" internetem: to kradzież i pasożytnictwo.

Dla wydawców, którzy starają się utrzymać swoją pozycję w mocno konkurencyjnym środowisku medialnym, oczekiwanie zasadniczej reformy prawa, a konsekwencji wsparcie zmian ustawodawczych, jest wręcz koniecznością: to jedyne rozwiązanie, które pozwoli wstrzymać piractwo i pasożytowanie na treściach będących naszą własnością.

Określenie „tradycyjne" wydaje się nie na miejscu w przypadku rozmowy o cyfrowej rewolucji medialnej. A jednak to właśnie „tradycyjni" wydawcy podjęli wyzwanie i zmierzyli się z tą przemianą. Nieprzerwanie wynajdywaliśmy nowe rozwiązania, inwestowaliśmy, zajmowaliśmy się dystrybucją wszelkiego rodzaju treści na wszystkich istniejących lub możliwych do zaprojektowania urządzeniach i platformach – wszystko to z myślą o naszych odbiorcach. Nasze newsroomy, wyposażone w najnowsze rozwiązania, w niczym nie przypominają tych z poprzedniej epoki. W jaki jednak sposób wydawcy prasy mają nadal inwestować, jeśli tak łatwo jest osobom i firmom postronnym wykorzystać ich pracę i korzystać z wszelkich profitów, nie ponosząc żadnych kosztów ani ryzyka ich uzyskania? Co, jeśli „tradycyjne media upadną? Czy będzie to miało jakiekolwiek znaczenie?

Jestem przekonany, że tak, i sądzę, że po namyśle podzielają państwo mój punkt widzenia. Ci z nas, którzy mają szczęście żyć w demokracji, często uznają wolność prasy za coś, co w oczywisty sposób im się należy. W rzeczywistości jednak wolność prasy jest czymś, co stanowi fundament naszej demokracji – a jej istnienie zależy od prawidłowego funkcjonowania rynku, który jako jedyny może zapewnić dość dochodów, żeby pokryć bardzo wysokie koszty funkcjonowania biznesu medialnego.

Wspólny język

Przeciwnicy obecnych reform prawnych twierdzą, w wielu szczegółach mijając się z prawdą, że nowe rozwiązania obarczą odpowiedzialnością prawną prywatne osoby, które zdecydują się na udostępnianie linków do publikacji. To taktyka obliczona na wywołanie poczucia zagrożenia, którą wymyślili oponenci obrony praw wydawców. Nowe rozwiązania prawne w żadnym przypadku nie uszczuplą prawd osób fizycznych do przeszukiwania zawartości internetu i udostępniania lub upubliczniania linków do stron, które dotyczą tego, czym się oni zajmują.

W rzeczywistości jakiekolwiek zmiany zauważą wyłącznie podmioty zajmujące się agregowaniem treści publikowanych online oraz właściciele wyszukiwarek czerpiący dziś gigantyczne zyski za sprawą nakładów poczynionych przez inwestorów, nie przekazując im nic w zamian. Ich przedstawiciele prawni muszą znaleźć wspólny język z wydawcami, by wypracować satysfakcjonujące obie strony porozumienie.

Publisher's Right nie wystarczy, by postawić tamę Dzikiemu Zachodowi, jaki króluje dziś w sieci. Uczyni jednak przejrzystymi wszystkie kwestie prawne. Ułatwi ochronę praw do już opublikowanych treści i sprawi, że ludzie zasiądą do stołu rokowań, by wypracować możliwe dla wszystkich do przyjęcia warunki korzystania z wartościowych, publikowanych przez nas treści. Nie sądzę, by ktoś mógł coś zarzucić przyjęciu takiej perspektywy.

Autor jest prezesem Aurex-De Persgroep z siedzibą w Belgii, największego belgijskiego wydawcy, oraz przewodniczy Europejskiemu Stowarzyszeniu Wydawców

—tłum. m.urb.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA