fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Łukasz Warzecha: Cenzura na miękko

Manifestacja antycovidowa w Krakowie
Manifestacja antycovidowa w Krakowie
Fotorzepa/ Piotr Guzik
W takich sprawach jak klimat, urządzanie miast czy szczepionka na covid debatę ogranicza się do osób o jedynie słusznych poglądach, z reszty robiąc wariatów – pisze publicysta.

Przydarzyła mi się ostatnio pouczająca historia. Wdałem się w spór dotyczący kwestii klimatycznych ze znajomą dziennikarką z młodego pokolenia (to istotne, bo wśród lewicowych dziennikarzy ci młodsi wykazują się największym radykalizmem), przez kilka lat w „Gazecie Wyborczej", teraz w jednym z lewicowych portali. Dziennikarka w którymś momencie postawiła sprawę jasno: jeśli ktoś neguje „katastrofę klimatyczną", to jest foliarzem.

Niewtajemniczonym w nowomowę wyjaśniam, że „foliarz" to osoba wierząca w absurdalne teorie, całkowicie oderwane od rzeczywistości. Określenie pochodzi od przekonania, że przed szkodliwym promieniowaniem (fal 5G, ale nie tylko) można się osłonić, nosząc na głowie czapeczkę z folii aluminiowej.

Katastrofa wielka czy większa

Nie chcę wchodzić w kwestie zmian klimatu. Charakterystyczne jest natomiast, w jaki sposób lewica stara się zdefiniować możliwy zakres debaty na ten temat. Oto okazuje się, że poza granicą dopuszczalnych poglądów mają pozostawać już nie tylko ci, których nazywa „klimatycznymi denialistami" (określenie nawiązujące do zaprzeczania Holokaustowi), czyli osoby sceptyczne wobec samej hipotezy globalnego ocieplenia, ale nawet ci, którzy nie godzą się na używanie wobec zjawisk zachodzących na naszej planecie określenia „katastrofa". Tymczasem to określenie ma swoje znaczenie, a w świecie nauki nie jest w ogóle stosowane, bo ma konotacje głównie emocjonalne. Oto jednak lewica stwierdza, że dyskusja możliwa jest tylko pomiędzy tymi, którzy godzą się, że trwa „katastrofa". Na czym więc dyskusja ta miałaby polegać? Na spieraniu się, czy to katastrofa wielka czy może jeszcze większa?

Swego czasu młody dziennikarz portalu Energetyka24 Jakub Wiech zrealizował bardzo interesujący projekt, w ramach którego przepytał w sprawie zmian klimatu osoby o różnych poglądach – w tym i mnie. Pamiętam, z jakimi wyrazami oburzenia ze strony wyznawców klimatystycznej religii się to spotkało: rozmawiać z kimś, kto podchodzi sceptycznie do radykalnego spojrzenia na ten problem? Skandal!

Oczywiście, w ramach racjonalnej debaty moglibyśmy zacząć rozkładać na czynniki pierwsze samo pojęcie katastrofy, następnie przyglądać się modelom, na których takie podejście opierają osoby posługujące się emocjami i o „katastrofie" krzyczące. Lecz aby taką dyskusję zacząć, musimy najpierw uznać, że można w ogóle wspólnie usiąść do stołu. Klimatyści z nikim spoza swojego obozu do stołu siadać nie zamierzają i tym właśnie różnią się od prawdziwych ekologów czy ludzi, którym troska o planetę nie zacieśniła horyzontów.

Podziękowanie za przesłuchanie

Ta sprawa to jednak tylko jeden z przykładów. Oto drugi: miejskie organizacje pozarządowe, które uznały, że w debacie nad kształtem naszych miast mogą brać udział tylko ci, którzy zgadzają się z wizją wyrugowania samochodów, przesadzenia ludzi na rowery albo do komunikacji miejskiej, wycinania miejsc parkingowych, tworzenia kolejnych buspasów i tak dalej. Miasto ma być takie i basta, a kto chce miasta innego, ten heretyk, a z heretykiem się nie rozmawia.

Tu działa dokładnie ten sam mechanizm, co w kwestiach klimatu – również mamy do czynienia z lewicą, która próbuje wykluczyć z dyskusji wszelkie niewygodne dla siebie opinie.

Problem w tym, że to zjawisko, które nazwałbym miękką cenzurą, nie ogranicza się do sporów na linii lewica–prawica. Oto bowiem niespodziewanie okazało się, że podobnie w całkiem innej sprawie próbują działać rządzący. Podczas posiedzenia senackiej Komisji Zdrowia wystąpił prezes Naczelnej Izby Lekarskiej prof. Andrzej Matyja i zadeklarował, że lekarzy, którzy głoszą poglądy sceptyczne wobec szczepionek na SARS-CoV-2, NIL będzie wzywała na „przesłuchania" i żądała, aby wytłumaczyli się ze swojego stanowiska. Chwilę później za taką postawę dziękował mu wylewnie minister zdrowia Adam Niedzielski, który poglądy sceptyczne określił jako kołtuństwo. Kilka dni wcześniej zaś premier Mateusz Morawiecki na konferencji prasowej nawoływał, aby walczyć z „fejkniusami" w sprawie szczepionek.

Trudno te wypowiedzi odczytywać inaczej niż jako próbę wprowadzenia miękkiej cenzury do tematu wywołującego dzisiaj największe napięcia. Zwłaszcza że zapowiedzi czy to prof. Matyi, czy ministra Niedzielskiego nie ograniczają się do poglądów autentycznie wariackich, które zresztą w dyskusji o szczepieniach są dziś i tak na marginesie, a ich znaczenie najchętniej wyolbrzymiają nie sceptycy, ale entuzjaści szczepionki, zgodnie z wygodną regułą ustawiania sobie przeciwnika. Wygląda więc na to, że to próba zamknięcia ust krytykom i sceptykom poprzez ustawienie ich jako „kołtunów".

Wrogowie, nie oponenci

Wskazuję na te przykłady – choć moglibyśmy ich znaleźć znacznie więcej – bo pokazują one niezwykle groźną tendencję do zamykania debaty w ważnych sprawach w gronie przedstawicieli jedynie słusznych poglądów. Co gorsza, dzieje się to pod obłudnym pretekstem naukowości, eksperckości i unikania wariactwa. Przy czym jako „szura" (szurniętego fanatyka) etykietuje się każdego, kto ośmieli się wychylić poza dozwoloną narrację, a nawet każdego, kto nie zechce podpisać się pod jej najradykalniejszą wersją – patrz kwestia „katastrofy klimatycznej". I tak trzeba by jako foliarza zakwalifikować duńskiego ekonomistę Bjorna Lomborga, autora nowej książki „False Alarm" („Fałszywy alarm"), który nie zaprzecza, że ma miejsce globalne ocieplenie, ale nie podpisuje się pod proponowanymi remediami i uznaje je – prezentując drobiazgowe wyliczenia – za kontrproduktywne. Za wariatów w kwestii planowania przestrzennego trzeba by uznać ludzi tworzących warszawskie stowarzyszenie Lubię Miasto, niewpisujące się w linię wyznaczaną przez lewicowych aktywistów. Zwolennikami wariactw w sprawie epidemii musieliby się stać naukowcy czy lekarze tacy jak dr Paweł Basiukiewicz, prof. Piotr Kuna, o sygnatariuszach deklaracji z Great Barrington nie mówiąc.

Takie podejście sprawia, że dyskusje jeszcze bardziej zamykają się w bańkach, zamiera wymiana poglądów, zwolennicy odmiennego punktu widzenia coraz chętniej są widziani nie jako oponenci, ale jako wrogowie czy – co gorsza – wariaci, których można jedynie wykpiwać. Przede wszystkim zaś oznacza to, że decyzje będą podejmowane nie z uwzględnieniem różnych racji, potrzeb i poglądów, ale zawsze wyłącznie według wytycznych tego obozu, któremu akurat uda się dorwać do narzędzi pozwalających ograniczyć debatę.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA