fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Konrad Szymański: Budżet UE - tak źle jeszcze nie było

Konrad Szymański
Fotorzepa/Robert Gardziński
Po 18 miesiącach nadal jesteśmy w zasadzie w punkcie zero – uważa Konrad Szymański, minister ds. europejskich.

Imigracja, klimat, budżet, obrona: Unia od lat buksuje w miejscu. Integracja doszła do ściany?

Konrad Szymański: Kryzys dotyczy dziś wszystkich organizacji międzynarodowych. Unia sobie radziła, gdy była dobra pogoda. Ale kiedy uderzył kryzys finansowy i migracyjny, a fala entuzjazmu po wielkim poszerzeniu na wschód opadła, zaczęły się kłopoty. Wrócił czas rosnącej ostrożności państw, a te określają swoje interesy na coraz krótszą metę bo już nie wierzą, że „obiecująca przyszłość" wszystko rozwiąże. Widać to doskonale po debacie nad nowym budżetem Unii.

Emmanuel Macron ma więc racje mówiąc: jeśli Unia nie weźmie się w garść, nie przeprowadzi wielkiej reformy, stanie się bezużyteczna?

Zakładam, że prezydent Francji ma bardzo dobre intencje gdy idzie o zjednoczoną Europę, ale myli się co do metod jej naprawy. Apeluje o jedność Unii, a ją dzieli, proponując np. instytucje strefy euro. Nieskutecznie. Chce Europy podmiotowej a niszczy jej narzędzia oddziaływania na świecie - politykę rozszerzeniową. Mówi o wygrywaniu w globalnej konkurencji a jednocześnie podkopuje drogę, która do tego prowadzi: jednolity rynek. Apeluje o bliżej nieokreśloną emancypację Unii w polityce bezpieczeństwa, podważając architekturę bezpieczeństwa, na której opiera się Europa. Jedynym pozytywnym efektem tego wszystkiego jest nadspodziewanie zbieżny ton reakcji Polski, reszty Europy Środkowej i Niemiec, co potwierdziło żywotność NATO i pozostawiła Francję w tej sprawie w osamotnieniu.

Prezydent Macron i kanclerz Merkel chcą odrodzenia procesu pokojowego w Donbasie. Ukraina jest w bezpiecznych rękach?

Francja i Niemcy zdecydowały się na działania w ramach Formatu Normandzkiego, który nie jest unijny. Ale ani na chwilę nie powinny zapominać, że są krajami członkowskimi UE. A to, zgodnie ze stanowiskiem wielokrotnie potwierdzonym w Radzie Europejskiej, zobowiązuje ich do ochrony ukraińskiej suwerenności i jej integralności terytorialnej, a także do obrony zasad prawa międzynarodowego, które ostentacyjnie łamie Rosja. Jeśli nastąpiłby tu powrót do starych kolein dogadywania się z Rosją ponad głowami Europy Środkowo-Wschodniej, to idea emancypacji Unii na arenie międzynarodowej doznałaby ostatecznego blamażu.

O tym mówi jednak nie tylko Macron. Także Ursula von der Leyen zapowiada, że stanie na czele „geopolitycznej" Komisji Europejskiej. To tylko słowa bez okrycia?

Komisja najsilniejsze kompetencje ma w polityce handlowej. A to jak pokazują ostatnio Chiny, ale też Ameryka, obszar, który stał się wybitnie geopolityczny. Deklaracja von der Leyen padła w chwili, gdy za sprawą Prezydenta Macrona doszło do największego kryzysu w procesie integracji z Unią Bałkanów Zachodnich a także wspomnianego sporu o architekturę bezpieczeństwa. Rodzi się więc pytanie, czy Europę na taką „geopolityczną" Komisję stać skoro w ogóle nie mamy porozumienia między krajami członkowskimi, jaką politykę chcemy w świecie prowadzić. Kryzys polityki rozszerzeniowej podważa te aspiracje.

Bez głosów PiS Parlament Europejski nie zatwierdziłby kandydatury von der Leyen. Nowe otwarcie w stosunkach z Brukselą, w szczególności gdy idzie o praworządność, jest teraz możliwe?

Premier Morawiecki zdecydował się zainwestować w nowe relacje z Unią, umożliwiając powstanie większości, która wybrała Ursulę von der Leyen. Nie ma podstaw, by sprowadzać to do bezprecedensowej kontrowersji o praworządność. Oczekujemy partnerstwa w każdej sprawie, nie w jednej. Pierwsze tygodnie współpracy z nową Komisją są budujące, widzimy otwartość, konstruktywne relacje. Realny test nastąpi jednak, gdy przyjdzie do podejmowania kluczowych dla polskich interesów decyzji.

Von der Leyen wycofa z Rady UE wniosek z art. 7. o uznanie Polski za kraj, w którym zagrożona jest praworządność?

Występując do Trybunału Sprawiedliwości UE z kolejnymi wnioskami przeciw reformie wymiaru sprawiedliwości, Komisja już wcześniej sama przyznała, że procedura z art. 7 nie przynosi żadnych efektów. O ile jednak łatwo było zainicjować tą procedurę, to nikt nie wie, jak z niej wyjść. Komisja w praktyce już jej nie kontroluje. Parlament Europejski, który jak pokazuje przypadek Węgier jest tu skory do dużo bardziej radykalnych osądów, pilnie tę sprawę obserwuje. Mamy też całą mozaikę ocen tego problemu przez państwa Unii. Dzięki naszym staraniom, nie ma w Radzie UE większości dla przyjęcia konfrontacyjnego wobec Polski kursu, ale to za mało, aby wyjść z klinczu, w jakim się znaleźliśmy. Wszystko to potwierdza zresztą nasze przekonanie, że wątpliwości w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości powinno się wyjaśniać na drodze postępowania prawnego, nie wchodząc na trudną do kontroli ścieżkę polityczną.

Wielka Brytania jest u progu wyjścia z Unii, Francja i Niemcy są targane coraz poważnymi trudnościami politycznymi. A mowa o trzech najważniejszych płatnikach Unii. Pod koniec przyszłego roku może okazać się, że porozumienie w sprawie budżetu Unii na lata 2021-27 nie jest możliwe?

Po 18 miesiącach rokowań nadal jesteśmy w zasadzie w punkcie zero. Nigdy w historii Unii negocjacje budżetowe nie były tak trudne. Nigdy interesy państw nie były tak rozbieżne. Ryzyko ostatecznej porażki zatem istnieje. Tak się dzieje rzeczywiście z powodu sytuacji wewnętrznej tzw. płatników netto, co bardzo zawęża ich mandat negocjacyjny. To są kraje, które chcą się zaprezentować jako entuzjaści integracji, niemal sumienie zjednoczenie Europy. Prawda jest jednak inna: zaufanie do projektu europejskiej zupełnie się tam załamało. Pod presją populizmu zapominają, że ich korzyści ze wspólnego rynku są nawet 7-ktornie większe niż wpłaty do budżetu UE. Słuchając ich można czasem odnieść wrażenie, że są wręcz poszkodowani. Brak komunikowania korzyści wynikających ze wspólnego rynku tylko napędza populizm budżetowy. Tym samym piłują gałąź, na której siedzą. My też powinniśmy o tym więcej mówić. Budżet UE jest ważny, ale Polska naprawdę zarabia na wspólnym rynku. Do tego dochodzi brexit, który oznacza utratę ponad 80 mld euro wpływów do budżetu Unii w ciągu 7 lat.

Polska do tej pory dostawała największe dotacje z Brukseli. Co by dla nas oznaczał brak porozumienia budżetowego?

Nadal będziemy największym beneficjentem budżetu UE. Presja czasu jest czasem używana wobec Polski. Ale porażkę tych negocjacji byłaby dotkliwa dla wszystkich. Dlatego Polska nie będzie pierwszym krajem, który rozbroi się w tych rokowaniach pod presją czasu! Oczywiście, brak porozumienia oznaczałby istotne powikłania programowania nowej perspektywy finansowej, ale trzeba pamiętać, że do 2023 r. i tak wydajemy głównie środki ze starej perspektywy finansowej.

Na czwartkowym szczycie w Brukseli Polska może się zgodzić się neutralność klimatyczną Unii w 2050 r.?

Nasze warunki nie są na razie spełnione. Najważniejsza jest jednak dynamika rokowań w tej sprawie. Veto premiera Morawieckiego w czerwcu w sprawie neutralności klimatycznej w 2050 r. umożliwiło otwarcie rzeczowych negocjacji o mechanizmach kompensacyjnych dla krajów, które z powodów historycznych mają większe trudności z przebudową polityki energetycznej. Najpierw zaproponowano nam bardzo niewielkie sumy na ten cel, 5 mld euro na 7 lat. To także odrzuciliśmy. Ale nowe propozycje Komisji Europejskiej, ponad 100 mld euro w postaci dotacji i kredytów, zbliżają nas do skali potrzeb państw, które jak Polska są w najtrudniejszym położeniu.

To moment porównywalny z początkiem lat 90-tych, gdy opór premiera Hiszpanii Felipe Gonzaleza doprowadził do zwielokrotnienia funduszy strukturalnych, z czego Polska korzysta do dziś?

Skala wyzwania jest podobna, mówimy o problemie strukturalnym, który dalece wykracza poza negocjacje budżetowe WRF. Presja na Polskę kilkunastu krajów Unii jest ogromna. Skutecznie tłumaczymy, że punkt wyjścia Polski jest inny niż większości państw UE. Jeśli Polska, wychodząc z tego punktu miałaby sama osiągnąć unijny cel neutralności klimatycznej bez mechanizmów kompensacji, musiałaby zapłacić nawet dwa razy więcej w relacji do PKB, niż średnia UE. To jest nie do przyjęcia! Dziś stoimy u progu sytuacji, w której źródła odnawialne stają się rentowne. Szybko rozwija się więc u nas fotowoltaika, mamy boom energetyki wiatrowej na Bałtyku. Ale mimo to muszą to być zmiany ewolucyjne a nie rewolucja. Inaczej doprowadzimy do wstrząsów społecznych, jakie widzimy we Francji czy Holandii. Nie chcemy powtarzać tych błędów.

Inne kraje Unii nie stracą cierpliwości i nas w Radzie UE przegłosują?

Takie ryzyko wisi nad tymi negocjacjami. Presja, także społeczna na rzecz bezwarunkowej polityki klimatycznej jest w Europie ogromna. Trzeba postępować ostrożnie. Z drugiej strony, w Brukseli jest świadomość, że jeśli takie decyzje nie będą podejmowane za zgodą wszystkich, powstaną kolejne napięcia polityczne, na które Unii w obecnej kondycji nie stać.

Od tego czasu nie udało się osiągnąć porozumienia w sprawie obowiązkowego systemu podziału osób, występujących o azyl. Możliwy jest tu kompromis?

Nie przyłożymy ręki do polityki, która nie tylko jest nieskuteczna, ale też i niebezpieczna skoro przyczynia się do zwiększenia nielegalnej emigracji co prowadzi do destabilizacji politycznej kolejnych krajów Unii. Ta nielegalna imigracja nie ma nic wspólnego z uchodźcami. Ten problem musimy rozwiązać z jednej strony poprzez uszczelnienie granic a z drugiej przez skuteczną politykę odsyłania osób, które przebywają w Unii nielegalnie. Polska jest po Finlandii odpowiedzialna za ochronę najdłuższego odcinka granicy zewnętrznej w Unii, a jednocześnie jest to jedna z najlepiej strzeżonych granic. Niezależnie od tego popieramy wzmocnienie mandatu Frontexu. Pomaga nasza Straż Graniczna. Tak okazujemy solidarność.

Od 1 grudnia na czele Rady Europejskiej stoi Charles Michel, który w przeszłości opowiadał się za budową małej Unii wokół strefy euro. Będziemy żałowali Donalda Tuska?

Pierwsze tygodnie współpracy z Charles Michelem są dobre, pozbawione krajowych, opozycyjnych, często wręcz toksycznych emocji, które towarzyszyły przewodniczącemu Tuskowi. Bardzo ważne, aby tę funkcję pełniła osoba, która stara się być lojalna wobec wszystkich krajów członkowskich. Belgijski premier, który do tej pory mógł w wielu punktach różnić się z naszą częścią Unii, wie, że musi dołożyć szczególnych starań, aby utrzymać jedność Wspólnoty.

Do tej pory było tylko trzech przewodniczących Rady Europejskiej, z których Michel jest drugim Belgiem. Czy to nie jest sygnał, że nikt o tą funkcję się nie zabija, że nie jest ona aż taka ważna, jak ją w Polsce przedstawiono?

W naszym kraju propagandowa machina faktycznie przez jakiś czas utrzymywała absurdalne obrazowanie tej funkcji. Było to zbudowane na utrwalaniu naszych kompleksów. Ta funkcja jest ważna jeśli służy porozumieniu między przywódcami Unii. Ale w momencie rozpoczęcia Rady Europejskiej to oni rządzą, przewodniczący nie ma prawa głosu. Dziś sam Przewodniczący Tusk przyznając, że nie mógł nawet mówić w tej roli tego, co chciał, zostawia na lodzie swoich apologetów. Być może Belgowie mają szczególne predyspozycje do pełnienia tej funkcji. Skoro ktoś był w stanie skutecznie rządzić krajem o tak złożonej strukturze, jak Belgia, powinien sobie poradzić i z Radą Europejską. Gdy wybuchł kryzys finansowy, Herman van Rompuy okazał się dobrym przewodniczącym Rady Europejskiej.

W nowym rozdaniu na żadnym z pięciu najważniejszych stanowisk w unijnej centrali nie ma jednak polityków z Europy Środkowej. Na ile ogranicza do wpływy naszego kraju?

Doświadczenia, jakie mieliśmy z Donaldem Tuskiem, pokazują, że sam fakt, że polityk pochodzi z naszego kraju nie wnosi jeszcze nic. Obrona interesów Europy Środkowej zależy od determinacji liderów tego regionu. Chcemy, aby stał się on równie fundamentalnym elementem unijnej gry co południe i północ Unii. Mamy odrębne interesy w wielu wymiarach, jak choćby polityka sąsiedztwa i poszerzenia, bo za naszymi granicami sytuacja jest coraz bardziej niespokojna. Ale także obrona jednolitego rynku, ambitnego budżetu Unii, polityka obronna w porozumieniu z NATO, inne wybory migracyjne, strategia klimatyczna, doświadczenia z Rosją. Mówimy przy tym o regionie bardzo szerokim - od Tallina po Zagrzeb. Niestety przełamywanie paternalizmu wobec tego regionu przebiega bardzo powoli. A przecież oferujemy Unii bardzo dużo. Dość powiedzieć, że bez Europy Środkowej UE byłaby w recesji, nie byłoby gospodarczego wzrostu. Jesteśmy też jedynym regionem UE, gdzie nie dochodzi do społecznego, politycznego podważania samej integracji.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA