fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Marcin Bosacki, Paweł Zalewski: Jak uniknąć europejskiej katastrofy

„Polska wchodzi w kluczowy rok negocjacji o przyszłym budżecie UE na lata 2021-2027 z fatalną reputacją, udowodnionymi zarzutami naruszania własnej konstytucji i zasad europejskich, oraz okrojoną o 100 mld zł propozycją KE co do nowego budżetu”
AdobeStock
W imię najwyższego strategicznego interesu Rzeczypospolitej proponujemy ekipie PiS poważny dialog, by skuteczniej zabezpieczyć polskie interesy – piszą autorzy programu polityki zagranicznej PO.

Globalna pozycja i wewnętrzna jedność Zachodu są dzisiaj zagrożone jak nigdy po 1989 roku, a może nawet od czasów II wojny światowej. Prezydent USA wyraża pragnienie, by najwięksi przeciwnicy Ameryki i wolnego świata stali się przyjaciółmi, a wypróbowani sojusznicy – wrogami. Przywódca posiadającej arsenał nuklearny Francji publicznie powątpiewa w wartość gwarancji bezpieczeństwa NATO. Drugie mocarstwo atomowe europejskiego Zachodu, Wielka Brytania, w konwulsjach wychodzi z Unii Europejskiej, a ta okazuje się jednocześnie niezdolna do wypełnienia obietnic rozszerzeniowych wobec Macedonii Północnej i Albanii, zapraszając na Bałkany Zachodnie Rosję, Chiny czy Turcję, które i tak nie zamierzały biernie czekać. Na Ukrainie nadal tli się zbrojny konflikt z Rosją, a Moskwa – bardziej niż kiedykolwiek w minionych pięciu latach – wydaje się dzisiaj jego możliwym zwycięzcą.

Jakby tego było mało, sama Polska wchodzi w kluczowy rok negocjacji o przyszłym budżecie UE na lata 2021–2027 z fatalną reputacją, udowodnionymi zarzutami naruszania własnej konstytucji i zasad europejskich oraz okrojoną o 100 mld zł propozycją Komisji Europejskiej co do nowego budżetu. A także z rozbitym MSZ w Warszawie i amatorską dyplomacją partyjnych nominatów na kluczowych placówkach europejskich.

W Unii dzięki Kaczyńskiemu i Orbánowi odtworzył się podział, od którego w latach 2007–2015 uciekliśmy – na „niedojrzały" Wschód i „odpowiedzialny" Zachód. Podział, który prędzej czy później musi doprowadzić do scenariuszy „Unii kilku prędkości", a w międzyczasie zagrozić jedności nie tylko Unii, ale i NATO. Nasilające się symptomy globalnego kryzysu klimatycznego powodują, że presja na przyspieszenie tempa odchodzenia polskiej energetyki od węgla będzie narastać, gdy dostępne na jej sfinansowanie środki pozostaną na poziomie niewspółmiernym do potrzeb.

PiS na rollercoasterze

Taka sytuacja wymagałaby od odpowiedzialnej władzy niestandardowych działań na rzecz maksymalnego poszerzenia zakresu wewnętrznego poparcia dla naszej polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i unijnej. Potrzeba sprawnie funkcjonującej i regularnie zwoływanej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, jawnych i niejawnych konsultacji premiera i członków rządu z liderami opozycji, nieprowokowania sporów wewnętrznych i zwiększania efektywności międzynarodowej całego państwa jako narzędzia realizacji interesów narodowych.

Niestety, rząd PiS postępuje dokładnie odwrotnie – kolejnym tego dowodem jest zabranie opozycji, wbrew praktyce poprzedniej kadencji, kierownictwa sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Co gorsza, PiS uznał właśnie, że potrzebny jest polskiej polityce zagranicznej kolejny rollercoaster, czyli oddzielenie od MSZ pionu europejskiego i przeniesienie go pod skrzydła premiera Morawieckiego, do jego kancelarii.

Zdecydowano, że w KPRM powstanie silny pion europejski, że przeniesie się tam z MSZ kilka departamentów (w sumie ponad 100 urzędników), a dotychczasowego sekretarza stanu w MSZ i szerpę premiera jednocześnie, czyli Konrada Szymańskiego, mianowano ministrem konstytucyjnym. To konstrukcja nieznana prawie w żadnym innym kraju UE. Bo oczywiście są w Unii państwa, w których strategiczna koordynacja kwestii unijnych podlega premierowi, co zazwyczaj oznacza, że ma on zespół kilku–kilkunastu doradców pomagających obrać optymalny kurs i zapanować nad odmiennymi optykami różnych resortów. Ale żeby i koordynacja, i znaczna część kompetencji rządowych w sprawie członkostwa podlegała oddzielnemu konstytucyjnemu ministrowi, którym nie jest minister spraw zagranicznych – to rozwiązanie w dużych krajach europejskich nieznane.

Całkowicie oddzielony od MSZ konstytucyjny minister europejski podważa w istocie rację bytu ministra spraw zagranicznych. Bo który minister spraw zagranicznych z innego państwa europejskiego będzie przykładał wagę do spotkania z ministrem Czaputowiczem, gdy zdecydowaną większość ważnych dla siebie kwestii załatwi z ministrem europejskim? To także czynnik, który wzmacnia i tak już zbyt długo trwający w Polsce okres, gdy – jak przed akcesją – nie wszystkie resorty mają mieć poważne kompetencje w sprawach unijnych, ale jest jakiś specurząd, który zdejmuje z nich ten oczywisty obowiązek. A zatem dalej państwo polskie ma się zachowywać jak nowy członek Unii, a nie jak „normalny", doświadczony kraj członkowski.

Szerpa z limuzyną

Konstytucyjny minister do spraw członkostwa to także mylny sygnał dla świata zewnętrznego oraz źródło konfuzji w samym rządzie. Gdy bowiem prezydent Francji ogłasza „śmierć mózgową" NATO i postuluje stworzenie europejskiej zdolności do obrony, to który członek polskiego rządu powinien pospieszyć z odpowiedzią? Minister spraw zagranicznych, który – chociaż teoretycznie – wciąż odpowiada za naszą politykę bezpieczeństwa międzynarodowego? A może minister europejski, skoro postulaty Paryża dotyczą bardziej Unii niż NATO? A może minister obrony, który w minionych czterech latach tak dalece osłabił rolę MSZ? A może prezydent, skoro to on przejął w realiach Polski PiS (chociaż bez żadnego umocowania ustrojowego) rolę głównego kreatora polityki polskiej w ramach NATO i wobec USA, tak krytykowanych przez lidera Francji? Na razie brak jasnego głosu Polski w sprawie kluczowej przecież dla nas wypowiedzi Macrona.

Politykę PiS charakteryzuje bowiem niejasność kompetencji i chaos. Oczywiście – nie tylko politykę zagraniczną. Ale w sprawach zagranicznych ten chaos widać szczególnie dotkliwie, gdyż przy braku jasnej polskiej strategii partnerzy – europejscy czy natowscy – po prostu idą dalej bez nas. Po powołaniu nowego rządu okazało się zresztą, że ten chaos jest jeszcze większy niż przewidywania.

Minister Szymański dostał bowiem co prawda nową pozycję członka Rady Ministrów, ale nie dostał teki, czyli działu administracji rządowej pod nazwą „członkostwo RP w UE". Jest więc królem bez ziemi. Ściśle rzecz ujmując, trochę ziemi jednak ma, bo na mocy stosownego przepisu wypełnia obowiązki reprezentanta premiera (szerpy) w związku z przygotowaniami do szczytów UE. Czyli z nowym tytułem, gabinetem, limuzyną i pensją odpowiada jedynie za część tego, co dotychczas. Dział dostał zaś minister Czaputowicz, a to powoduje, że musi powołać sekretarza stanu do spraw europejskich, który przejmie pozostałe obowiązki ministra Szymańskiego.

Deklaracje polityków i wysokich urzędników mówią o tym, że sytuacja ma się uporządkować w ciągu kolejnych tygodni czy raczej miesięcy, bo niezbędne będą zmiany ustawowe. I to idące daleko, bo do tej pory nie można być w Polsce ministrem odpowiedzialnym za dział, a jednocześnie obsługiwanym przez urząd innego ministra (KPRM jest urzędem premiera, a ministrów muszą obsługiwać resorty). Przypomnijmy: gdy dekadę temu rząd PO reorganizował kwestie europejskie, przygotowywano to dwa lata i przeprowadzono z 31 grudnia 2009 na 1 stycznia 2010 tak, że kluczowej ustawy (uchwalonej na kilka miesięcy przed zmianą!) prezydent Lech Kaczyński ani nie zawetował, ani nie odesłał do TK, chociaż doradcy z PiS to mu podpowiadali.

Teraz PiS rozkalibrowało system zarządzania sprawami europejskimi w krytycznym dla naszych interesów okresie. Może się okazać, że końcem obecnego chaosu będzie przejęcie – po resorcie sportu – działu spraw europejskich bezpośrednio przez premiera Morawieckiego. Czy jednak na pewno za kilka miesięcy sam premier będzie chciał stanąć przed Polakami i tłumaczyć się, jak słaby budżet wynegocjował Polakom na kolejną siedmiolatkę?

Pięć punktów dialogu

Sytuacja, w której PiS – mimo że od czterech lat kontroluje i rząd, i urząd prezydencki, i Sejm – nie jest w stanie realizować kluczowych polskich interesów zagranicznych, a zwłaszcza europejskich, wymaga podjęcia inicjatywy przez opozycję. Chociaż nic nie zdejmie odpowiedzialności z rządzących za efekty ich działań, jednak w imię najwyższego strategicznego interesu Rzeczypospolitej proponujemy ekipie PiS poważny dialog, który w efekcie stworzy szansę na poprawę jakości polityki zagranicznej. Dialogiem powinny być objęte następujące kwestie:

? Jak odzyskać wpływ Polski na strategiczne dyskusje wewnątrz Unii, zwłaszcza na temat stosunku Europy do Rosji oraz USA.

? Jak uniknąć katastrofy, którą byłoby obcięcie w przyszłym budżecie UE co najmniej jednej piątej funduszy dla Polski, czyli minimum 100 mld zł (a być może więcej).

? Jak przy użyciu mechanizmów europejskich i sojuszniczych w NATO uzyskać inicjatywę polityczną na Wschodzie, zwłaszcza wobec Ukrainy.

? Jak wypracować nową strategię klimatyczną i energetyczną Polski tak, by Unia ją finansowo wsparła.

? Jak walczyć z powracającym w państwach zachodniej Europy i potencjalnie dla nas katastrofalnym przekonaniem, że Polska do Zachodu nie należy.

Dialog może jednak przynieść efekty jedynie wówczas, gdy rządzący uznają, że warunkiem odbudowy pozycji Polski jest przywrócenie praworządności, w tym niezawisłości wszystkim organom władzy sądowej i zaprzestanie represji wobec sędziów respektujących wyroki trybunałów europejskich.

Złego dla Polski budżetu można jeszcze uniknąć, a chaos opanować. Naturalnie kierownictwo PiS może – po raz kolejny – zignorować taki apel. Jednak będzie to działanie ryzykowne, zwłaszcza w sytuacji, gdy stawka dla Polski jest wyższa, a opozycja mocniejsza niż przez poprzednie cztery lata. Wybory przyniosły niejednoznaczny wynik, opozycja kontroluje Senat; to przedstawiciele opozycji mają lepszą niż PiS pozycję w Parlamencie Europejskim – i jeśli chodzi o stanowiska, i o kompetencje; wreszcie Donald Tusk został właśnie szefem największej międzynarodówki partyjnej w UE, centrowej Europejskiej Partii Ludowej.

Nie chcemy zacierać różnic. Wiemy, że za politykę zagraniczną odpowiada rząd RP. Uważamy jednak, że dziś nie robi tego dobrze. Dlatego pragniemy poważnej rozmowy i ustaleń, jak na bliską przyszłość zabezpieczać skuteczniej polskie interesy. Czas na to jest teraz. W obecnej sytuacji w Europie każdy miesiąc dryfu polskiej polityki zagranicznej potęguje straty.

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji

Marcin Bosacki jest senatorem, wiceprzewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych i Unii Europejskiej Senatu, był m. in. ambasadorem RP  w Kanadzie i rzecznikiem MSZ

Paweł Zalewski jest posłem, wiceprzewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu i członkiem Gabinetu Cieni PO  ds. zagranicznych. Był m.in. szefem Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu V kadencji  i eurodeputowanym

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA