fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Michał Kleiber: Hiszpanię czekają zmiany

Niezbędne wydają się zmiany w hiszpańskiej konstytucji i innych regulacjach, pełniej uwzględniające historyczną różnorodność ludności - pisze prof. Michał Kleiber. Na zdjęciu hiszpański premier Mariano Rajoy
AFP
Nie sposób się oprzeć wrażeniu, że premier Rajoy w swych działaniach kierował się bardziej chęcią umocnienia swojej pozycji niż uspokojenia atmosfery w Katalonii – twierdzi były prezes PAN.

Rozwój sytuacji w tym regionie budzi powszechne zainteresowanie, a ja obserwuję wydarzenia w Katalonii z uwagą zapewne znacznie większą niż większość. Od lat bowiem jestem redaktorem naczelnym globalnego czasopisma naukowego „Archives of Computational Methods in Engineering", którego redakcja ma siedzibę w Barcelonie. Parokrotnie w ciągu roku bywam w tym mieście, a setki przeprowadzonych oficjalnych i prywatnych rozmów zrobiły ze mnie domorosłego znawcę problematyki katalońskiej. I w tej roli mam nieodparte uczucie, że niezwykle trudna, nie waham się nawet użyć określenia: dramatyczna sytuacja w tym regionie zawiniona została przez obie strony konfliktu.

Separatyści katalońscy konsekwentnie lekceważyli hiszpańską konstytucję, a rząd centralny nigdy nie próbował szukać porozumienia z Katalończykami o umiarkowanych poglądach, nie mówiąc o próbach podjęcia dialogu z zatwardziałymi zwolennikami pełnej autonomii. A osób o umiarkowanych poglądach jest w Katalonii bardzo wiele. Są to w pierwszym rzędzie mieszkający w regionie nie-Katalończycy (głównie przybysze z innych części kraju i ich dzieci), których mniej więcej dwie trzecie jest przeciwnych pełnej autonomii, podobnie jak ok. jednej trzeciej rdzennych Katalończyków. Na podstawie licznych sondaży przyjmuje się, że w regionie w sprawie secesji istnieje w przybliżeniu równowaga opinii.

Dla osób o propaństwowych poglądach pewnego rodzaju symbolem stała się ostatnio burmistrz Barcelony Ada Colau, jeszcze niedawno zwolenniczka maksymalnej niezależności regionu, a dzisiaj przeciwniczka separacji (choć konsekwentny krytyk brutalnej ingerencji narodowej policji w trakcie niedawnego referendum). Odmienne poglądy pani burmistrz i katalońskiego premiera Carlesa Puigdemonta niejako symbolizują zróżnicowanie opinii mieszkańców metropolitalnej, pełnej napływowej ludności Barcelony i rdzennej populacji całego regionu. Odsetek zwolenników separacji jest w mieście konsekwencji relatywnie niski. Aby się o tym przekonać, wystarczyło w dniach najsilniejszych demonstracji pojechać na wybudowane pół wieku temu na wzgórzach okalających Barcelonę osiedla mieszkaniowe – praktycznie nie było tam widać żadnego poparcia dla demonstrujących separatystów. Inaczej na prowincji – typowym katalońskim autonomistą jest pochodzący z leżącej w odległości 100 km od Barcelony Girony Carles Puigdemont. A referendalna frekwencja wyborcza w stolicy regionu była istotnie niższa od średniej w całej Katalonii.

Barcelona jest dzisiaj miastem prawdziwie kosmopolitycznym. Nieustające rzesze turystów, rzucająca się w oczy różnorodność kultur i dobiegające zewsząd różnorodne języki stały się symbolem otwartości miasta. Ale i to spotyka się z odmiennymi interpretacjami. Charakter miasta to symbol jego niezależności od reszty regionu, a nie od całej Hiszpanii – mówią przeciwnicy separatyzmu. Kosmopolityczny charakter miasta jest potwierdzeniem, że potrafimy sobie dawać sami radę i będzie on pomocą, a nie przeszkodą w procesie uniezależniania się od Madrytu – twierdzą zwolennicy pełnej autonomii.

Ciekawym elementem sytuacji w Katalonii jest piłkarski klub FC Barcelona, którego lokalna i globalna popularność nie mają chyba sobie równych w całym sportowym świecie. Stadion sąsiaduje z moim barcelońskim biurem, co pozwalało mi wielokrotnie z bliska śledzić zachowania wielotysięcznych rzesz kibiców klubu. Zachowania w pełni wpisujące się w politykę separatyzmu – informacje na stadionie i napisy na transparentach są prawie wyłącznie po katalońsku, prezes klubu często krytykuje politykę władz w Madrycie, fani przywołują czasy dyktatury gen. Franco, gdy klub był symbolem oporu wobec rządu. Taka polityka klubu powoduje konsternację wielu fanów spoza Katalonii i prowadzi do, na razie drobnych, sporów na trybunach. Znając jednak emocje towarzyszące meczom FC Barcelony, nie sposób nie wyrazić obaw o dalszy przebieg wydarzeń na stadionie i wokół niego.

Premier Rajoy w dniach eskalacji kryzysu zachował się niewątpliwie nierozważnie. Nie można się oprzeć wrażeniu, że w swych działaniach kierował się bardziej chęcią umocnienia swej pozycji w całym kraju niż pomysłem na uspokojenie atmosfery w Katalonii – niedawne dwukrotne niejednoznacznie zakończone wybory w kraju i afery korupcyjne w rządzącej partii bardzo osłabiły jego pozycję. Wielka szkoda, bo jest prawdopodobne, że bardziej koncyliacyjna polityka rządu, niesprzeciwiająca się przeprowadzeniu w spokojnej atmosferze katalońskiego referendum (niewiążącego), nie zakończyłaby się niepodległościowym postulatem. Rząd wybrał inną taktykę, mimo że przecież wiele historycznych doświadczeń z różnych krajów jednoznacznie wskazuje, że uliczne bójki z policją i aresztowania zasadniczo utrudniają osiąganie późniejszych porozumień. A do takiego porozumienia, przyjmując, że oderwanie się Katalonii od Hiszpanii jest w praktyce nierealne, musi kiedyś dojść.

Na korzyść Madrytu działa niewątpliwie szeroko deklarowane poparcie międzynarodowe. Ze względu na prounijne nastawienie większości katalońskich separatystów szczególne znaczenie mają zdecydowane, tylko pozornie neutralne głosy dochodzące z Brukseli. Groźba znalezienia się poza Unią jest bowiem z pewnością elementem łagodzącym separatystyczne nastroje. Politycy unijni mają wiele dobrych powodów do przeciwstawiania się regionalnym secesjom – po nieszczęsnym brexicie żądania zwiększonej autonomii słychać w regionach wielu krajów. Przykładami tego są np. ostatnio przeprowadzone (niewiążące!) referenda konsultacyjne w bogatych regionach północy Włoch, Lombardii i Wenecji Euganejskiej, w których opowiedziano się olbrzymią większością głosów za zwiększeniem autonomii, bądź separatystyczne nastroje w belgijskiej Flandrii czy na francuskiej Korsyce.

Coraz wyraźniej docierają do świadomości secesjonistów zagrożenia gospodarcze, których czytelnym sygnałem jest ucieczka z Katalonii wielu firm ważnych dla rozwoju regionu. Głosami przewodniczącego Episkopatu oraz arcybiskupa Barcelony za utrzymaniem jedności Hiszpanii opowiedział się także Kościół.

Niełatwo pokusić się o prognozę dalszego biegu wydarzeń, ale spróbujmy. Rząd hiszpański miał legalne środki, aby formalnie zawiesić autonomię regionu i zarządzić przeprowadzenie lokalnych wyborów. Kontynuowane będą duże i małe demonstracje secesjonistów, ale zachowany będzie ich relatywnie spokojny przebieg. Wybory zapewne nieco pomogą w uspokojeniu nastrojów, bowiem wydaje się, że liczba osób zmęczonych niepewną sytuacją rośnie. Potwierdzeniem tego może być olbrzymia, 300-tys. demonstracja na rzecz jedności kraju, zorganizowana już po zawieszeniu autonomii regionu. Ale to wszystko nie rozwiąże głównego problemu, czyli zakresu autonomii regionu.

Niezbędne wydają się zmiany w hiszpańskiej konstytucji i innych regulacjach, pełniej uwzględniające historyczną różnorodność ludności. W przypadku Katalonii musi to dotyczyć m.in. roli lokalnego języka i sposobu jego nauczania oraz korzystniejszego, budzącego dzisiaj największe kontrowersje sposobu rozdziału z budżetu państwa środków na publiczne inwestycje. Katalończycy twierdzą bowiem zgodnie, że wkład ich bogatego regionu do budżetu państwa jest nieproporcjonalnie duży w stosunku do pieniędzy przeznaczanych na centralnie finansowane inwestycje.

Delikatnym tematem przyszłych rozmów byłaby sprawa uznania istnienia narodu katalońskiego, a nawet postulowana przez opozycyjnych socjalistów pełna federalizacja kraju. Prestiżowa Liga Europejskich Uniwersytetów Badawczych (LERU) apeluje zaś o zachowanie autonomii katalońskich uczelni, zagrożonej według sygnatariuszy apelu działaniami rządu w Madrycie. Krótko mówiąc, niezależnie od bieżącego przebiegu spraw szybkie podjęcie rozmów jawi się jako jedyna droga do znalezienia wyjścia z naprawdę trudnej sytuacji. Rozmów niestroniących przed nazwaniem po imieniu przyczyn konfliktu, ale także otwartych na dialog i pełnych wiary w możliwość zawarcia porozumienia satysfakcjonującego obie strony. Hiszpania jest zbyt ważna dla Europy, abyśmy nie trzymali mocno kciuków za powodzenie tych działań.

Autor był ministrem nauki oraz wieloletnim prezesem Polskiej Akademii Nauk; jest profesorem nauk technicznych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA