fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Władza, której ufamy

Stanisław Zakroczymski
PAP/Radek Pietruszka
Uważamy się za demokratów, wsłuchajmy się więc w głos ludu. A z badań wynika, że zaufanie do władz lokalnych przewyższa zaufanie do jakiejkolwiek innej władzy – pisze prawnik i historyk.

Nie stać nas na spory o to, kto ma wypłacić podwyżki nauczycielom i pielęgniarkom. „Podział pracy" w państwie powinien być jasny. Usługi, takie jak bezpłatna edukacja, transport publiczny czy służba zdrowia, powinny być domeną samorządu, a sam samorząd powinien być bardziej demokratyczny, silniejszy wobec władz centralnych i lepiej finansowany. To główne wnioski z raportu „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo", który właśnie opracowaliśmy w Fundacji Batorego.

Jeśli uważamy się za demokratów, to powinniśmy wsłuchiwać się w głos ludu. Ten zaś jest dość wyraźny. Z badań CBOS wynika, że od lat zaufanie do władz lokalnych (gminy lub miasta) znacząco przewyższa zaufanie do jakiejkolwiek innej władzy publicznej czy organizacji międzynarodowej.

Co więcej, sondaże wskazują, że Polacy zaczęli traktować wybory samorządowe jako najważniejsze (do niedawna w rankingu królowały wybory prezydenckie). Czują bowiem, że na decyzje lokalne mają większy wpływ niż na te na poziomie kraju i że to poczucie rośnie. Jeszcze ciekawsze, że aż 47 proc. Polaków opowiada się za zwiększeniem decentralizacji władzy publicznej, podczas gdy przeciwnego zdania jest jedynie 8 proc. (35 proc. wspiera status quo). Takie wyniki są wyraźnym wotum zaufania obywatelek i obywateli do władz lokalnych i potwierdzeniem, że samorządowa rewolucja dokonana w latach 90. zakończyła się sukcesem.

Nasze śmieci i ścieki

Dotychczasowe osiągnięcia samorządu, ale też jego słabości, wymuszają pytanie: co dalej z polską samorządnością? Czy należy pozostać na obecnym poziomie, czy też należy zrobić kolejny krok? Próbą odpowiedzi jest przygotowany przez Fundację Batorego pod redakcją Dawida Sześciły raport „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo".

Przez ostatnie 30 lat samorząd, stał się „interfejsem państwa" – to w samorządowym urzędzie załatwiamy najważniejsze sprawy, w samorządowej szkole uczy się większość polskich dzieci, a w samorządowym szpitalu staramy się uzyskać pomoc medyczną. Jeździmy po samorządowych drogach, lokalne władze są odpowiedzialne za odbiór naszych śmieci, oczyszczanie ścieków i dostarczenie do naszych domów wody. Wypożyczamy książki z samorządowych bibliotek i korzystamy z samorządowych domów kultury. To wreszcie samorządy są odpowiedzialne za ład (lub nieład) przestrzenny wokół nas.

Łatwo jednak dostrzec, że choć na samorządy przerzucono we wszystkich tych sferach olbrzymią odpowiedzialność i zadania, to rzadko idą za nimi wystarczające pieniądze i realna decyzyjność.

Najlepszym przykładem jest ochrona zdrowia. Z jednej strony to samorząd (zwłaszcza powiatowy i wojewódzki) prowadzi szpitale i musi pokrywać corocznie ich długi. Z drugiej strony ponad 90 proc. środków publicznych na ten cel pozostaje w rękach NFZ i samego ministra. To Warszawa ostatecznie decyduje o przyznawaniu kontraktów, a przede wszystkim o ich wysokości.

Nawet jeśli samorząd wie, że konkretny zabieg jest droższy niż wycenia NFZ lub że lokalne potrzeby zdrowotne wymagają przeprowadzenia znacznie większej ilości konkretnych operacji – ostateczna decyzja o przydziale funduszy będzie należała do „centrum".

Władze powiatowe są zmuszone płacić, gdy ich szpitale wykonają na przykład większą ilość konsultacji ortopedycznych czy operacji kardiologicznych, a często po prostu nie mają na to pieniędzy. Co więcej, to na samorząd powiatu czy województwa spada odium zamykanych oddziałów szpitalnych czy bałaganu na SOR, choć problemy te wynikają z wad całego systemu.

Smog jest lokalny

Ostatnio ze strony rządzących słychać, że to samorządy są winne problemom związanym z rekrutacją podwójnego rocznika do liceów, choć wywołała je tzw. reforma edukacji wprowadzona przez władze centralne w ekspresowym tempie przy sprzeciwie samorządów.

Samorządowcy wskazują, że do każdej złotówki na szkolnictwo przekazywanej im z Warszawy muszą już dokładać 44 grosze i suma ta z roku na rok rośnie. Gdyby poprzestały wyłącznie na pieniądzach z rządowej subwencji oświatowej (która w teorii powinna wystarczać na zapewnianie solidnej edukacji), szkoły mogłyby zapomnieć o jakichkolwiek inwestycjach, zajęciach dodatkowych czy wycieczkach dla uczniów, a w dużych miastach pewnie w ogóle nie byłoby już nauczycieli. Burmistrzowie wielu miast zapowiedzieli ostatnio złożenie w tej sprawie pozwu przeciwko Skarbowi Państwa.

Oliwy do ognia dolewają ostatnie informacje, z których wynika, że Beata Szydło, obiecując wiosną strajkującym nauczycielom niemal 10-proc. podwyżki, nie zabezpieczyła na ten cel środków w budżecie i część tej kwoty ma pochodzić z budżetów samorządów, i tak już nadwerężonych przez obniżkę PIT i zwolnienie z tego podatku młodych obywateli.

Na tym wzajemnym przerzucaniu się oskarżeniami między organami władzy cierpimy my, obywatele, którzy chcemy po prostu lepiej żyć. Mamy prawo oczekiwać, że w kraju, który na prawo i lewo chwali się, że tak dobrze z jego gospodarką nie było jeszcze nigdy, będziemy mogli polegać na publicznej służbie zdrowia czy szkole. Co więcej, mamy prawo liczyć, że władza publiczna wesprze nas w staraniu o godne mieszkanie w lokalu wynajmowanym lub własnym, a także zapewni nam i naszym dzieciom życie w otoczeniu wolnym od smogu i ekologicznych katastrof.

Gospodarz decyduje

Zdaniem autorów raportu Fundacji Batorego główna odpowiedzialność za te zwykłe, ludzkie sprawy powinna spocząć na tej władzy, której najbardziej ufamy i która jest najbliżej nas. Dlatego proponujemy przekazanie większej ilości środków i decyzyjności za zapewnienie mieszkańcom dobrej jakości usług publicznych samorządom.

Dlaczego to nie samorządy wojewódzkie miałyby być głównym „gospodarzem" systemu ochrony zdrowia – dzielić pieniądze między szpitale i placówki POZ oraz decydować o przeprowadzaniu na swoim terenie badań profilaktycznych? Czemu nie zapewnić powiatom środków i pełnej odpowiedzialności za to, aby do każdego sołectwa co najmniej trzy razy dziennie docierał autobus? Dlaczego to nie gmina ma decydować, w którym miejscu szkołę otworzyć, a w którym zamknąć? Czemu nie wypracować takiego modelu finansowania oświaty, w którym rząd wziąłby w jasny sposób odpowiedzialność np. za wynagrodzenia, a samorządy za inwestycje i majątek szkół?

Te pytania wydają się prozaiczne, ale to w nich wyrażają się główne polityczne zadania, które leżą przed naszymi wspólnotami lokalnymi i wspólnotą narodową.

Władza centralna musi zachować prawo do wyznaczania standardów dostępności i jakości usług oraz do interwencji, gdyby władze samorządowe nie radziły sobie z wykonywaniem zadań. Do rządu i Sejmu należeć musi również podejmowanie strategicznych decyzji dotyczących poszczególnych polityk państwa. Trzeba jednak skończyć z sytuacją, w której stara się ona być wszechobecna i dyrygować każdym ogniwem polityki publicznej.

W drodze losowania

W ostatnich latach obserwujemy swoistą falę partycypacji obywatelskiej, m.in. dzięki ruchom miejskim. W dwóch ostatnich wyborach samorządowych doszło do dużej wymiany kadr władzy lokalnej. To dobry fundament do rozmowy o wzmocnieniu demokracji lokalnej, zwłaszcza poprzez ugruntowanie form bezpośredniego udziału obywateli w podejmowaniu decyzji oraz kontroli nad działaniami włodarzy.

Proponujemy m.in. rozpowszechnienie prawa do panelu obywatelskiego – instytucji, którą można porównać do ławy przysięgłych. Grupa wylosowanych mieszkańców gminy, reprezentatywnych pod względem wieku, wykształcenia itd., obraduje nad konkretnym problemem istotnym dla lokalnej społeczności. Zapewnia się jej wsparcie ekspertów, dostarcza fakty i dane, a jej ustalenia muszą być brane pod uwagę przez rządzących.

Udane eksperymenty z panelem obywatelskim przeprowadzono już w Gdańsku i Lublinie, gdzie mieszkańcy wypowiedzieli się m.in. na temat walki ze smogiem. Pora, aby za tym przykładem poszły kolejne miejscowości.

Długa, kręta droga

W relacjach władz samorządowych z centrum trzeba położyć kres ignorowaniu głosu samorządowców przy uchwalaniu kluczowych ustaw i podejmowaniu strategicznych decyzji dla sfer, w których samorządy odgrywają ważną rolę.

Nie może być tak, że na przykład wprowadzenie weta kuratorskiego przy decyzji o zmianie sieci szkół lub odebranie marszałkom kontroli nad funduszami ochrony środowiska przeprowadza się pod płaszczykiem projektów poselskich, bez konsultacji z Komisją Rządu i Samorządu Terytorialnego. Ta instytucja powinna zostać przekształcona w Komisję Trójstronną, w której zasiadaliby także posłowie, a jej opinia powinna być brana pod uwagę przez parlament.

Proponujemy również, by reprezentacja samorządowców mogła powstrzymać na 30 dni procedowanie projektu ustawy odbierającej samorządom kompetencje lub nakładającej na nie nowe zobowiązania finansowe, po to, by nagłośnić problem i przeprowadzić nad nim dyskusje.

To tylko niektóre z 21 pomysłów zawartych w naszym raporcie. Nie mamy złudzeń, że droga do ich realizacji jest kręta i odległa. Na końcu będzie jednak lepiej zorganizowane, sprawniejsze państwo. Takie, w którym obywatel wie, kto odpowiada za to, jak żyje mu się w jego okolicy, kogo pochwalić za poprawę jakości powietrza, a kogo przy urnie ukarać za to, że zamknięto kolejne połączenia kolejowe.

Stanisław Zakroczymski jest współautorem raportu „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo" Fundacji im. Stefana Batorego. Jest  także autorem wywiadu rzeki z prof.  Adamem Strzemboszem „Między prawem i sprawiedliwością"

Tytuł i śródtytuły od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA