Publicystyka

Jarosław Flis: Wybory samorządowe w cieniu książeczki

Fotorzepa, Robert Gardziński
Posłowie i PKW powtarzają błędy z 2014 r., gdy wybieraliśmy władze lokalne – ostrzega socjolog, ekspert od systemów wyborczych.

Czy w wyborach samorządowych 2018 r. czeka nas kryzys podobny do tego, który wstrząsnął Polską polityką przed trzema laty? Złożyły się nań wówczas katastrofa systemu informatycznego obsługującego wybory, skokowy wzrost liczby głosów nieważnych wywołany przez książeczkę zawierającą listy kandydatów oraz istotny wzrost poparcia dla partii umieszczonych na jej pierwszej stronie.

O ile pierwszy z tych problemów nie powinien się powtórzyć, o tyle w przypadku dwóch kolejnych trudno poczuć się uspokojonym. Wygląda na to, że zarówno posłom, jak i Państwowej Komisji Wyborczej (PKW) wydaje się, że problemów tych można uniknąć stosunkowo małym kosztem. Wystarczy dodanie strony tytułowej do wyborczej książeczki i przeprowadzenie kampanii informacyjnej, tym razem pozbawionej błędów. Jako uspokajający argument przywołuje się ostatnie wybory sejmowe oraz wcześniejsze europejskie, w których zastosowanie książeczki nie doprowadziło do zwiększenia liczby nieważnych głosów. Tymczasem takie porównania są nieuprawnione – pomijają one kluczowy tu fakt: w wyborach różnych rodzajów nie głosują ci sami wyborcy.

W wyborach europejskich biorą udział tylko najbardziej zaangażowani i świadomi obywatele – tacy, którzy nie odpuszczają żadnego głosowania. Wybory sejmowe angażują wyborców zainteresowanych krajową polityką. Tych jest tym więcej, im większa jest miejscowość. Prawie co piąty z nich odpuszcza sobie jednak elekcję samorządową. W ich miejsce pojawiają się ci, dla których ważne są sprawy lokalne. Tu zaś obowiązuje dokładnie odwrotny wzór – im mniejsza jest miejscowość, tym jest ich więcej. W skrajnych przypadkach dwa razy więcej obywateli gminy uznaje wybór wójta za wart ich wysiłku, niż jest tych, którzy angażują się w rozstrzyganie, kto będzie premierem. Średnio w bardziej „zlokalizowanej" połowie Polski w wyborach samorządowych oddanych zostaje o prawie jedną piątą głosów więcej niż w sejmowych.

Wyborcy fatygujący się do urn, żeby wybrać włodarza i radnych gminy, dostają też w pakiecie karty do głosowania w wyborach sejmikowych. Wyborach, które interesują ich znacznie mniej. To z tej grupy rekrutują się ci, którzy wrzucali do urn puste kartki. Oni też znacznie częściej niż inni stawiali w 2014 r. krzyżyk na każdej stronie sejmikowej książeczki. To wreszcie wśród nich najwięcej jest tych, którzy oddali głos formalnie ważny, jednak wyrażający tylko brak zaangażowania – głos na pierwszą stronę. Głos o zapewne niezamierzonych konsekwencjach politycznych.

Do takich wniosków prowadzi wiele analiz prowadzonych przez badaczy zjawiska, w szczególności zaś dr. Adama Gendźwiłła oraz autora tego tekstu. Najłatwiej zaś o słuszności wniosków przekonać się, analizując dwa przypadki, w których wyborom sejmiku nie towarzyszyły wybory gminne. Chodzi tu o wybory w Zielonej Górze w roku 2014 – gdy połączenie gmin przesunęło wybory ich władz – oraz o przedterminowe wybory sejmikowe na Podlasiu w 2007 r. Frekwencja była w nich zbliżona do tej z wyborów europejskich. „Wyborcy gminni" nie ruszali się z domu, pozostawiając wybór sejmików tym najbardziej zaangażowanym. W efekcie gwałtownie spadała liczba głosów nieważnych – czy to w porównaniu z wcześniejszymi wyborami, czy z podobnymi gminami głosującymi tego samego dnia na wszystkich poziomach. Zatem z faktu, że w wyborach europejskich i sejmowych książeczka nie zdeformowała wyników wyborów, nic nie można wnosić o tym, co stanie się wtedy, gdy „wyborcy gminni" znów zjawią się przy urnach.

Można liczyć, że strona tytułowa i kampania informacyjna powstrzymają ich przed stawianiem krzyżyka na każdej stronie książeczki. Trzeba jednak pamiętać, że znacznie silniejszym dostarczycielem wzorów zachowań jest tu to, że w wyborach włodarzy i radnych gminy oddaje się jeden krzyżyk na stronie – na obu otrzymanych kartkach. Stąd już tylko krok do wniosku, że na tych dodatkowych, mniej ważnych, pozszywanych kartkach trzeba robić tak samo. To nie jest tak, że wyborcy nie wiedzą, jak głosować. Myślą, że wiedzą – zwodzi ich naturalny przecież odruch przenoszenia doświadczeń z dobrze znanych aktywności na inne podobne.

Jednak nawet bez takich dodatkowych nieważnych głosów pozostanie problem pustych kratek. Jeśli udział nieważnych głosów wróci z 18 proc. w ostatnich wyborach do 12 proc. z czasów sprzed książeczki, to trudno będzie ten fakt uznać za przejaw zdrowia naszej demokracji. Można się spodziewać, że opozycja zrobi z tego taki sam oręż przeciw rządzącym, jaki robił PiS z głosów nieważnych w 2010 i 2014 r. Histeryczne reakcje raz jeszcze zamkną drogę do rozwiązania problemu. Jest on bowiem znacznie głębszy niż opowieści o diabolicznych przeciwnikach, masowo dopisujących nocami krzyżyki do swoich list. Jego rozwiązanie wymagałoby poważnej dyskusji o zmianie systemu wyborczego na taki, który mieszkańców mniejszych miejscowości nie spycha trwale na margines krajowego życia politycznego.

Jednak na krótką metę jeszcze bardziej niepokojące jest to, że część „wyborców gminnych", dostawszy do ręki książeczkę, może powtórzyć swoją strategię z 2014 r. – zagłosować ważnie na pierwszą napotkaną listę. Nic na to nie pomoże spis treści. On bowiem zakłada, że wyborcy mieli swoje sympatie, lecz zostali przez książeczkę zmyleni. Co jednak z tymi, którzy takich preferencji po prostu nie mają? Naprawdę nie wszyscy interesują się krajową polityką i nie dla wszystkich rozróżnienie partii ma jakieś znaczenie. Gdyby miało, chodziliby na wybory sejmowe. W przypadku płachty takie niezaangażowane głosy rozkładały się równo pomiędzy wszystkie listy i nikt nie zyskiwał nienależnej przewagi. Książeczka takich wyborców wcale nie zmyliła, lecz ukierunkowała – ograniczyła pole zasadniczo przypadkowego wyboru. Trudno stawiać krzyżyk na chybił-trafił w całej książeczce – prościej ograniczyć się do tej listy, która pierwsza pojawi się przed oczyma. Czy naprawdę chcemy ponownie sprawdzać w realnych wyborach trafność takiej hipotezy?

Wypada się dziwić posłom i kierownictwu PKW, że do ustaleń badaczy podchodzą tak lekko. Przecież to nie badacze stracili po tamtych wyborach stanowiska czy nadzieję na przejęcie władzy w sejmikach po wyraźnym – zdawało się – wyborczym zwycięstwie. Badacze problemu zyskali uznanie w swoim środowisku i unikalny przedmiot dociekań. Z naukowego punktu widzenia powtórzenie eksperymentu z książeczką ma swoje dobre strony. Tylko czemu obywatelska troska o dobrą jakość polskiej demokracji musi tak bardzo na tym cierpieć? ©?

Dr hab. Jarosław Flis jest wykładowcą na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ, ekspertem Fundacji im. Stefana Batorego

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL