fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Żołnierze Wyklęci - nie tylko bohaterowie

Fotorzepa, Piotr Guzik
Z rezerwą podchodzę do zbyt jednoznacznych opinii moralnych na temat Żołnierzy Wyklętych i ludzi, którzy stali naprzeciw nich – pisze publicysta.

Agnieszka Romaszewska na łamach „Rzeczpospolitej" podniosła problem pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Podejmując ten temat, skomentowała również mój wpis na blogu:

„Im bardziej czczeni są żołnierze podziemia antykomunistycznego, zwani Żołnierzami Wyklętymi, im szerzej rozwija się wokół nich coś, co niekiedy przybiera wręcz przesadną postać świeckiego kultu – tym dalej w kierunku komunistycznej propagandy cofa się narracja przeciwna.

Dość dobrym przykładem tego podejścia był tekst napisany na blogu przez Jerzego Sosnowskiego. Otóż, nieco upraszczając, stwierdził on, że wówczas sytuacja w Polsce była tak skomplikowana, a ludzkie wybory niekiedy tak nieoczywiste, że nie możemy w tej sprawie wypowiadać żadnych klarownych sądów moralnych. Należy po prostu ubolewać nad wszystkimi ofiarami i tyle".

Nie mam powodu sądzić, że czytelnicy „Rzeczpospolitej" masowo rzucą się do internetu, żeby sprawdzić, co ja NAPRAWDĘ napisałem. Dlatego pozwalam sobie przytoczyć dłuższy fragment mojego wpisu:

„Jak opowiedzieć o czasach tużpowojennych? O okresie regularnej wojny domowej, która toczyła się w Polsce w późnych latach czterdziestych? Tak, można zrobić z tego czytankę, we wzgardliwym przekonaniu, że komplikacje są dla znawców przedmiotu (...). Ale prawda wydaje się znacznie bardziej skomplikowana, choć rzeczywiście był sowiecki okupant (posterunki NKWD w każdym powiecie) i rzeczywiście byli Polacy, którzy nie mieli żadnych szans na normalne życie w nowym ustroju (cioteczny brat mojego dziadka, były powstaniec warszawski, akowiec, próbował – no i wyszedł na wolność w 1956 r.). Wojna bowiem demoralizuje, a poczucie beznadziei demoralizuje jeszcze bardziej; broni było w kraju mnóstwo; a niejeden człowiek, wściekły na władze przedwojennej Polski i na aliantów, dochodził do przekonania, że ojczyzna nie może już dłużej krwawić, i w tych warunkach, których nikt nie wybierał, ale też nikt nie był w stanie ich odwołać, należy robić to, co się da: żyć, chronić te wartości, które ochronić się dają, odpuszczając sobie (na zawsze? na jakiś czas?) trwanie przy tych wartościach, których chronić niepodobna. (...) To nie jest ryczałtowe usprawiedliwianie tych ludzi, którzy wówczas świadomie działali na szkodę naszej wspólnoty narodowej (przecież byli tacy, niewątpliwie) – to jest jedynie próba rozeznania się w kompletnej kaszy, która zapanowała wówczas w Europie (...). Oddziały KBW, MO i Ludowego Wojska Polskiego potrafiły spacyfikować niejedną wieś i to samo zdarzało się Leśnym. Jak odróżnić partyzantów od bandytów, kiedy trwa licytacja na okrucieństwa? Jak odróżnić od bandytów ludzi, którzy nie patrząc na koszty, bronili wsie przed... ba, przed kim? Przed JAKIMIŚ MĘŻCZYZNAMI Z BRONIĄ. Dziś tych ostatnich mamy nazywać Żołnierzami Wyklętymi – i większość z nich to byli ludzie w sytuacji tragicznej, zdesperowani, w rozpaczy. Co nie znaczy, że zachowywali się zgodnie z kodeksem rycerskim i konwencją genewską.

W wielu krajach po takich wydarzeniach, jak te z lat 1944–1950 (ostatni partyzant podobno został ZLIKWIDOWANY gdzieś na południu Polski w 1962 roku! – ale to jeszcze był Żołnierz Niepodległej, czy jednak przestępca z karabinem?) ogłasza się, gdy emocje miną, powszechną moralną abolicję. Bo postaci takich, jak rotmistrz Pilecki czy Inka, postaci naprawdę bez skazy, była garstka. Większość, po tej czy tamtej stronie, miała ręce unurzane we krwi po łokcie, ewentualnie gacie pełne strachu, żeby w ogóle przeżyć ten dziwny pokój po wygranej-przegranej wojnie. Ocenę podejmowanych wówczas wyborów (jeśli ktoś miał wtedy wybór) zostawia się zatem indywidualnym sumieniom. Przyjmuje się rozumnie, że w pewnych okolicznościach świat staje na głowie i możliwość rozeznania właściwej drogi postępowania staje się okrutnie trudno dostępna, a może w ogóle niedostępna. Dostrzega się w historii, poza okresami, gdy w ludzkich warunkach da się w miarę obiektywnie zdefiniować, co znaczy postępować po ludzku, coś w rodzaju czasowych czarnych dziur; jak w czarnych dziurach, którymi zajmują się uczeni, nie działają znane nam prawa fizyki, tak w tych prawa moralne okazują się przerażająco niekompatybilne z faktami. (...) właśnie po to, żeby zachować kategorie dobra i zła, nie szarżuje się z dopasowywaniem ich do krwawego chaosu, w którym wszystko stało się na jakiś czas dwuznaczne. Jak w zakończeniu »Innego świata« Grudzińskiego, odwracamy się do okna, żeby nie w porę nie wyrwało nam się: »Rozumiem«.

Ale w Polsce propaganda PRL-owska narzuciła nam absurdalną opowieść o »bandach« i zawsze szlachetnych obrońcach władzy ludowej. Toteż my, dzisiaj, w psychologicznie zrozumiałym, ale równie absurdalnym odruchu, odwracamy znaki. Tak, jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy starali się w tamtym okresie zachować godnie, pełen współczucia dla tych, którzy mogli sobie tylko wybrać rodzaj śmierci. Ale »starać się zachować godnie« to niestety niekoniecznie znaczy to samo co »zachować się godnie«, a śmierć nie jest ostatecznym argumentem na rzecz świętości poległego. Dlatego właśnie mówienie o Żołnierzach Wyklętych jako o bezdyskusyjnych bohaterach i wyzwaniu moralnym dla nas, żyjących dzisiaj, wydaje mi się czymś bardzo wątpliwym. Wolałbym, żebyśmy skorzystali z łaski późnego urodzenia, ze szczęśliwej okoliczności, że mamy XXI wiek, i pomodlili się (lub, jeśli ktoś jest niewierzący, po prostu pochylili się w zadumie) nad grobami WSZYSTKICH ofiar tamtych bratobójczych walk. Nawet za cenę tego, że mimowolnie pomodlimy się (pochylimy w zadumie) nad niejedną mogiłą jakiegoś zdemoralizowanego łajdaka".

W czym te słowa przypominają komunistyczną propagandę? Ktoś odpowie mi: w zrównaniu losów obu stron. Tylko że, po pierwsze, tego akurat komunizm w stosunku do antykomunistycznej partyzantki nigdy nie zrobił: w Warszawie stanął (na krótko) pomnik utrwalaczy władzy ludowej, ale nie było (oczywiście) pomnika Żołnierzy Wyklętych. Po drugie, gdyby w zrównaniu losów kryło się coś osobliwie komunistycznego, to również – z zachowaniem proporcji – biskupi polscy, piszący „przebaczamy i prosimy o przebaczenie", byliby nosicielami tego wirusa.

Ale zostawmy tę nieszczęśliwie użytą przez Agnieszkę Romaszewską figurę retoryczną. W jej artykule kryje się coś jeszcze, co naprawdę warte jest spokojnej wymiany zdań. Chodzi o niezgodę autorki na używanie terminu „wojna domowa" w stosunku do wydarzeń w Polsce w latach 1944–1963 (rzeczywista data zamordowania ostatniego czynnego partyzanta antykomunistycznego).

Jeśli uznać, że „wojna domowa" to z definicji walki toczone bez żadnego wpływu z zewnątrz, to ja się chętnie z tego terminu wycofuję: możemy mówić o wojnie bratobójczej. Zwracam tylko uwagę, że w ten sposób liczba wojen domowych w historii świata zaskakująco spadnie.

Ten spór terminologiczny wiąże się jednak z czymś ważniejszym. Agnieszka Romaszewska nie zgadza się na to, co pewien mój polemista określił w internecie jako „agnostycyzm moralny" – i twierdzi, że przecież czytelne były po wojnie strony: po jednej byli zdrajcy, po drugiej patrioci.

Otóż tak, te strony rzecz jasna dają się wyróżnić i tak właśnie ocenić – nie ma sporu. Problem dotyczy jednak moim zdaniem możliwości zastosowania tylko tych dwóch kategorii do opisu postaw kilkudziesięciu milionów obywateli polskich, którzy przeżyli drugą wojnę światową.

Na wszelki wypadek podkreślam: ani mi w głowie relatywizować winę kierownictwa PPR, sadystycznych funkcjonariuszy UB czy oficerów KBW, którzy zwyczajnie wybrali jako swoją ojczyznę Związek Sowiecki, nie zaś Rzeczpospolitą. Polska została jednak zdradzona przede wszystkim przez zachodnich aliantów (i, ma się rozumieć, przez Stalina), a nie przez pana X z małego miasteczka, który zaangażował się we wdrażanie reformy rolnej (w taki czy inny sposób trzeba było ją przeprowadzić) lub w walkę z analfabetyzmem. A to właśnie on, także on, znalazł się na celowniku Żołnierzy Wyklętych. I cóż, broniły go oddziały MO, KBW i Ludowego Wojska Polskiego. Okropne? Tak, okropne.

Przypominam przy okazji, że w 1945 roku dowództwo AK wydało rozkaz demobilizacyjny, nakazujący rozformowanie oddziałów. A PSL przyjęło do wiadomości (niechętnie, rzecz jasna) nielegalną, z punktu widzenia prawa międzynarodowego, zmianę rządu. Niektóre oddziały zbrojne zdecydowały, by te fakty kontestować. Czy nie był to co najmniej akt niesubordynacji? Nie wiem, ponieważ (i o tym pisałem na blogu) wkraczamy w ten sposób w okres niepoddający się jednoznacznym interpretacjom.

Kilkanaście lat temu, w początkach mojej pracy radiowej, prowadziłem audycję o... Żołnierzach Wyklętych. Wziął w niej udział prof. Andrzej Krzysztof Kunert, któremu chcieliśmy przeciwstawić kogoś, w przeszłości związanego rzeczywiście z historiografią komunistyczną. Nie było to łatwe, ale znalazł się ostatecznie pewien emerytowany pułkownik. Pod koniec audycji zabrał głos i opowiedział o pewnej wsi, spacyfikowanej bodaj w 1947 roku przez leśnych; wśród ofiar była kobieta w ciąży i dwunastoletnie dziecko. „I to była moja matka i mój młodszy brat – stwierdził. – A ja z nienawiści wstąpiłem wtedy do Ludowego Wojska Polskiego. I dopiero dziś, pod koniec życia, zaczynam rozumieć, że zemsta nie jest żadnym wyjściem".

Właśnie to wspomnienie sprawia, że choć nie mam wątpliwości, iż prawo Polski do samostanowienia zostało po wojnie brutalnie pogwałcone, to jednak z rezerwą podchodzę do zbyt jednoznacznych opinii moralnych na temat lat powojennych. I nie jestem entuzjastą tego, co sama Agnieszka Romaszewska określa jako „przesadny świecki kult Żołnierzy Wyklętych".

Autor jest pisarzem i krytykiem literackim, felietonistą „Więzi", kierownikiem redakcji publicystyki w radiowej Trójce

Agnieszka Romaszewska

Pisała w Opiniach

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA