fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Paweł Ukielski: Putin chybił

AFP
Narracja historyczna prezydenta Rosji nie miała szans zostać pozytywnie odebrana na Zachodzie – pisze historyk i politolog.

Nie warto się zastanawiać, czy w swoim przemówieniu w Jerozolimie Putin „odpuścił" nam czy nie. Gospodarz Kremla najpierw przypuścił bezprecedensowy atak, oskarżając Polskę o odpowiedzialność za wywołanie II wojny światowej, a następnie „łaskawie" nie wspomniał o tym ponownie w Izraelu. Żadna to satysfakcja, zwłaszcza że w tej łagodniejszej wersji narracji nie powstrzymał się też od kłamstw historycznych, jak choćby mówiąc, że 40 proc. zamordowanych w Holokauście Żydów stanowili obywatele sowieccy. Nie brakowało też motywów, które w każdej chwili można rozwinąć w twórczy, antypolski sposób – jak choćby słowa o „pomocnikach" w Holokauście.

Cel prowokacji

Nie znaczy to jednak, że nie można wyciągnąć pozytywnych dla Polski wniosków z Putinowskiej szarży i jej następstw. Nie mam tu nawet na myśli dość ostrej i jednoznacznej reakcji polityków świata zachodniego, co mogło być dla rosyjskiego prezydenta niemiłym zaskoczeniem. Pamiętać jednak należy, że choć oskarżenia Putina stanowią swego rodzaju zwieńczenie długofalowego procesu budowy neostalinowskiej narracji historycznej, to padły jako reakcja na rezolucję Parlamentu Europejskiego z 19 września 2019 r. Wprost mówi ona o pakcie Ribbentrop-Mołotow jako wydarzeniu, które utorowało drogę do wybuchu wojny.

W tym kontekście słowa rosyjskiego przywódcy można interpretować jako działanie reaktywne, nieskuteczne, a nawet nerwowe i przestrzelone. Putin reaguje agresywnie na coraz wyraźniejszą porażkę w europejskiej bitwie o pamięć. W dodatku atak ten jest skierowany na cały blok państw – wprawdzie wprost odnosił się do Polski, niemniej oskarżenie układu monachijskiego dotyczy również mocarstw zachodnich, a odwołania do Koniewa są jasną krytyką Czech, z którymi Rosja ostatnio toczyła spór o planowaną likwidację praskiego pomnika sowieckiego marszałka.

Być może jest to działanie przemyślane, przynajmniej do pewnego stopnia, jednak jego cel jest znacznie skromniejszy, niż sądzi wielu analityków. Skoro bowiem tak agresywna narracja nie działa na Zachodzie, a i na obszarze dawnego Związku Sowieckiego ma coraz mniejszy posłuch (Gruzini i Ukraińcy po rosyjskiej agresji nie są podatni na tego typu manipulacje, a i inne narody coraz mniej chętnie ich słuchają), to być może podstawowym celem tej retoryki było właśnie wzbudzenie krytyki zagranicznej, by kolejny raz budować wśród Rosjan poczucie oblężonej twierdzy. Wobec pogarszających się warunków życia, przedłużającego się embarga i spadającego poparcia Putin postanowił skonsolidować społeczeństwo pod hasłem „atakują naszą świętość". By mogło ono mieć odpowiednią moc, musiał wywołać odpowiednio duże oburzenie za granicą, stąd tak ostre słowa, przekraczające wszelkie dotychczasowe granice manipulacji historycznej.

Można również odnieść wrażenie, że wydarzenia w Jerozolimie stanowiły zawód dla gospodarza Kremla. Nie tylko bardzo mocno skrócił swoją wizytę w Izraelu, ale również spóźnił się na uroczystości, wchodząc już w trakcie ich trwania. Wydaje się, rosyjski przywódca nie uzyskał tego, co zaplanował i ostentacyjnie postanowił okazać swoje niezadowolenie.

Budując neostalinowską narrację o II wojnie światowej, Putin nie bierze pod uwagę jednego czynnika, który uniemożliwia mu znalezienie zrozumienia na Zachodzie. Chodzi o rehabilitację Związku Sowieckiego jako takiego. Putin nie stara się bowiem chwalić komunizmu jako ustroju, a zwłaszcza koncepcji ideologiczno-intelektualnej, on po prostu rehabilituje imperializm. Stalin jest w tej narracji wielkim przywódcą dlatego, że pod jego wodzą imperium rosyjskie uzyskało największą potęgę. W wyniku II wojny światowej sięgnęło Królewca, Bugu, Użhorodu i Prutu, zaś imperium zewnętrzne – Łaby, Karlowych Warów i Bratysławy. To osiągnęli realnie żołnierze Armii Czerwonej, tak czczeni dziś ojcowie i dziadowie współczesnych Rosjan. I to, jak można sądzić, jest ideał, do którego zdaniem Putina Rosja powinna dążyć. Na marginesie wypada jedynie zauważyć, że sam rosyjski przywódca na szczęście nie jest skuteczny w realizacji tego ideału.

Zmiana taktyki

Niewykluczone, że Putin w budowie tej narracji liczył na przychylność Zachodu, który wielokrotnie okazywał zrozumienie, a częściowo nawet przychylność wobec sowieckich doświadczeń. Jednak sympatia zachodnich środowisk lewicowo-liberalnych może się odnosić do komunizmu jako ideologii czy systemu społecznego, ale w środowiskach tych absolutnie niedopuszczalne jest utożsamianie komunizmu ze zbrodniczym systemem totalitarnym. Tymczasem Putin próbuje rehabilitować właśnie tego przywódcę sowieckiego, który jest dla współczesnych wyznawców marksizmu najciężej strawny – jest raczej postrzegany jako szkodnik, przez którego dziś niezwykle trudno forsować tezę, że utopia komunistyczna jest idealnym rozwiązaniem dla zachodnich państw i społeczeństw. Nikt bowiem tak dobitnie jak Stalin nie ukazał w praktyce fałszu tej tezy.

W opadającym kurzu po grudniowo-styczniowej awanturze coraz wyraźniej widać, że to nie Polska na niej straciła. Wyważone i stanowcze stanowisko władz, przy rzadko w ostatnich latach spotykanej w polskim życiu publicznym jedności praktycznie całej klasy politycznej – również przyniosło efekt pozytywny. Tym razem poważne straty wizerunkowe ponieśli inni, zaś prawda o polskiej historii mogła w tych okolicznościach wybrzmieć dobitnie.

To wszystko nie oznacza, że wojna o pamięć jest wygrana. Wygraliśmy bitwę, do której Putin przyjął złą taktykę. Kreml potrafi jednak szybko zmieniać założenia taktyczne, a sygnałem, że być może się tak dzieje, jest tekst bliskiego i zaufanego współpracownika Putina – Siergieja Markowa. Skrytykował on ostatnie ataki na Polskę, twierdząc, że w dyskusji tej należy trzymać się granic „moralności i rozsądku". Może to oznaczać, że w najbliższych miesiącach rosyjska propaganda historyczna przyjmie łagodniejsze oblicze, które paradoksalnie może być dla Polski znacznie groźniejsze, bo z jednej strony znajdzie wielu wdzięcznych słuchaczy na Zachodzie, a z drugiej może uśpić naszą czujność.

Autor jest wicedyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego, w latach 2014–2016 był zastępcą prezesa Instytutu Pamięci Narodowej

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA