fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Prof. Michał Kleiber: Sposób na populistów

Fotorzepa, Robert Gardziński
Jedyna droga do poprawy stanu polityki to merytoryczna polemika z władzą uwzględniająca nie tylko społeczne emocje, ale i globalne wyzwania – twierdzi były prezes PAN.

Populizm to jedno z określeń najczęściej stosowanych dzisiaj do opisu politycznych wydarzeń w wielu krajach. Oskarżani o to politycy mają jednak w zanadrzu nośny argument obronny. Nie uprawiamy bynajmniej demagogii odwołującej się do uprzedzeń i mitów społecznych – odpowiadają na zarzuty – tylko wychodzimy naprzeciw realnie istniejącym obawom i przekonaniom dominującym we współczesnym społeczeństwie. Czyli po prostu potrafimy lepiej wypełniać szerokie społeczne oczekiwania.

Korzenie buntu

Zarysowany tu konflikt poglądów wydaje się być sednem dzisiejszych politycznych turbulencji w coraz większej liczbie rozwiniętych państw. Wielu związanych emocjonalnie ze standardami liberalnej demokracji obywateli Europy i USA twierdzi, że nie jest w stanie zrozumieć obecnych wyborczych preferencji większości rodaków. Jak to jest bowiem możliwe, aby wobec wszystkich tak skomplikowanych problemów stojących przed nami wybierać polityków, których życiorysy nie pozwalają w żaden sposób określić ich mianem fachowców gwarantujących rozwój i bezpieczeństwo? Przecież merytokracja, czyli rządy najbardziej kompetentnych, powinna być powszechnie akceptowana jako forma porządkowania życia społecznego, może nawet lepsza – niektórzy odważają się sądzić w świetle ostatnich wydarzeń – od klasycznej demokracji?

Myślący w ten sposób wydają się nie znać historii – społeczny bunt przeciw elitom ma swoje głębokie korzenie. Już bowiem w latach 50. ubiegłego wieku brytyjski socjolog Michael Young przestrzegał przed merytokratyzacją życia publicznego, twierdząc, że przy wszystkich korzyściach dla części społeczeństwa prowadzi ona nieuchronnie do arogancji rządzących, egoizmu beneficjentów i rosnącego oburzenia całej reszty.

Dzisiaj elity w wielu krajach o ugruntowanej demokracji zdają się być dumne dokładnie z tego samego, za co są szeroko krytykowane – z pełnej otwartości na świat i obce kultury, ze swej racjonalności ustawodawczej odpornej na głosy znaczącej części obywateli (posądzanych o brak dostatecznej wiedzy i nienadążanie za cywilizacyjnym postępem), ze swej gotowości do pełnienia wszelkich możliwych (i wysoko płatnych!) funkcji w swoich krajach i poza nimi.

Mimo to w czasach spokoju i prosperity rządzące elity nie są specjalnie kontestowane. Sytuacja zmienia się dopiero w obliczu kłopotów, kiedy to większość obywateli przestaje raptem odczuwać wspólnotę losów z rządzącymi. Sprawy merytoryczne tracą na znaczeniu, a do rangi wartości naczelnej urasta lojalność wobec narodu, religii czy grup społecznych podobnie odczuwających zaistniałe problemy. Kluczowym hasłem staje się grupowa solidarność, kluczową ideologią – krytyczny radykalizm w ocenie dotychczasowej sytuacji.

Poszukując sposobu na zmianę tej sytuacji politycy opozycyjni wobec elit zaczynają prowadzić działania pogłębiające społeczną polaryzację – wiedzą bowiem, że jest to często dodatkowy element prowadzący do wyborczych sukcesów. Upowszechnia się przekonanie, że odwoływanie się do szerokiego politycznego centrum jest zasadniczo mniej skuteczne od dbałości o elektorat mający wyraziste, a często skrajne poglądy. Tym bardziej że owo zdegustowane skrajnościami centrum charakteryzuje wysoka absencja wyborcza.

Ponieważ sytuacja na świecie sprzyja radykalizacji zachowań społecznych, polityka polegająca na wzmacnianiu istniejących emocji i obaw trafia od razu na bardzo podatny grunt. Obawy te wywołuje dzisiaj przede wszystkim pojawienie się nowych wyzwań i zagrożeń dla życia obywateli, takich jak gospodarczy i kulturowy konflikt procesów globalizacyjnych z ideą państwa narodowego, zróżnicowane tempo zdolności różnych grup społecznych – w poszczególnych państwach i między nimi – do akceptacji zachodzących zmian cywilizacyjnych i uczestnictwa w procesach tworzenia i przyswajania sobie nowości technologicznych, czy wreszcie agresywna medialna wizualizacja istniejących zagrożeń i nagłaśnianie problemu nierówności społecznych.

Ubocznym, ale znaczącym efektem radykalizacji poglądów i gwałtownych sporów staje się efekt tzw. postprawdy, czyli utraty szerokiej społecznej zdolności do odróżniania rzeczywistości realnej od pozornej, stworzonej przez bezkarnie podawane, specjalnie spreparowane informacje. Żyjemy w jednym państwie, a zaczynamy należeć, zależnie od tego komu wierzymy, do jednego z dwu niecierpiących się nawzajem plemion.

Inna globalizacja

Niełatwo proponować terapię odpowiadającą zarysowanej diagnozie. Najważniejszy dla polityka wydaje się być postulat umiejętnego łączenia narracji lojalnościowej wobec swojego zaktywizowanego elektoratu z uczciwą oceną przeszłości i poważnym traktowaniem złożoności otaczających nas problemów, daleko wykraczających poza dylematy krajowe. Dla przykładu – w naszej sytuacji można przecież mówić o znaczeniu utrwalania tożsamości narodowej, podkreślając jednocześnie wagę równoczesnej dbałości o tożsamość europejską czy wręcz globalną, czyli po prostu międzyludzką. Czy naprawdę jest w naszym kraju wiele osób potrafiących wyobrazić sobie bezpieczną, stabilnie rozwijającą się ojczyznę bez silnych europejskich powiązań, a przyszłość całego świata bez troski o los ludzi mieszkających w biednych, często autorytarnie rządzonych krajach, bez wspólnej dbałości o globalną, solidarną współpracę czy stan nieznającego państwowych granic środowiska naturalnego?

W sprawie niepokojów związanych z globalizacją należałoby z kolei aktywnie wykazywać niezaprzeczalne korzyści z jej rozwoju, wskazując jednak równocześnie dobitnie na konieczność uwzględniania jej szybko zmieniających się obecnie cech. Zupełnie odmienne niż przed laty stały się dzisiaj wymogi międzynarodowej współpracy w zakresie bezpieczeństwa i gospodarki, nie do powstrzymania wydaje się być bowiem ogólnoświatowy proces akceptacji różnych systemów politycznych i różnych form rządzenia. Kończą się czasy dominacji globalnych interesów nad polityką narodową, co nie oznacza jednak bynajmniej kresu globalizacji, tylko jej inną postać, lepiej dostosowaną do dzisiejszych nastrojów.

W nowej sytuacji korzyści ze współpracy odnosić będą umiejący przewidywać dalekosiężne, strategiczne interesy bezpieczeństwa w poszczególnych regionach świata, wykorzystywać lokalne zasoby ludzkie i dawać sobie radę z partnerami w państwach mających odmienną strukturę gospodarczą. W miejsce nieograniczonego globalizacyjnego entuzjazmu rządzący w poszczególnych państwach będą musieli bardziej aktywnie myśleć o strategicznych potrzebach swych obywateli – usprawniać systemy ochrony zdrowia, edukacji przez całe życie, kontaktów obywateli z władzą, przestrzegania prawa, walki z korupcją.

Na korzyść takiej polityki działa fakt, iż rozwój technologii teleinformatycznych i automatyzacja produkcji doprowadziły w ostatnich latach do istotnej redukcji znaczenia tradycyjnych „biegunów" innowacyjnego rozwoju, czyli państw najbardziej rozwiniętych, tworząc realne szanse dla wielu pozostałych. Pod warunkiem oczywiście prowadzenia przez nie odpowiednio prorozwojowej polityki.

Politolog Ivan Krastev definiuje powyższe wyzwania jako oczekiwanie na nacjonalizację elit, czyli zbliżenie władzy do obywatela – nie deklaratywne, ale realne, do obywatela takiego, jakim on dzisiaj jest. Zapewne obecne nastroje takie właśnie są, choć nie lekceważyłbym niewątpliwie istniejących oczekiwań dotyczących skutecznego stawiania czoła także wyzwaniom globalnym.

Nie zapominać o emocjach

Sprawę realizacji powyższego przesłania utrudnia dodatkowo fakt, iż radykalne działania owych znacjonalizowanych elit dalekie są często od utrwalonych standardów politycznych zachowań, wywołując gwałtowne protesty opozycji wspieranej przez sympatyzującą z nią część mediów. Sama, nawet najgwałtowniejsza krytyka władzy z pewnością nie wystarczy jednak do zmiany.

Zamiast reakcji w postaci destrukcyjnych i nieprzemyślanych protestów ugrupowania niechętne owej populistycznej władzy i jej metodom postępowania powinny wziąć sobie głęboko do serca panujące wśród ludzi emocje jako wskazówkę do działań skuteczniejszych niż dotychczas. Czyli takich, które mądrze łączą zaniedbywane w przeszłości oczekiwania znacznej części społeczeństwa z kluczowymi wymogami ponadnarodowymi. Głęboko merytoryczna polemika opozycji z władzą uwzględniająca dzisiejszą złożoność zarówno lokalnych, jak i globalnych wyzwań to jedyna droga do poprawy stanu polityki w naszym i w wielu innych państwach.

Michał Kleiber był ministrem nauki w rządach Leszka Millera i Marka Belki oraz wieloletnim prezesem Polskiej Akademii Nauk; jest profesorem nauk technicznych

Tytuł i śródtytuły od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA