fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Populizm nie ocali demokracji

Fotorzepa, Adrian Grycuk
Pluralistyczna demokracja to konkurencja wizji, a nie konkurs na najładniejsze opakowanie – pisze dyrektorka „forumIdei" w Fundacji Batorego.

W miarę zbliżania się wyborów parlamentarnych styl działania tzw. sił prodemokratycznych staje się coraz bardziej populistyczny. Coraz mniej mówi się o strategicznych celach, coraz więcej zaś o tym, jak ułożyć partyjne puzzle, by wyborczy kalkulator „dał" maksymalną liczbę miejsc w parlamencie. Kwestie programowe, jeśli już się pojawiają, to głównie z perspektywy PR-owskiej efektywności: co i jak komunikować, by „uwieść wyborcę". Wątpiących ucisza się swoistym szantażem: jeśli będziemy nieskuteczni, to PiS zniszczy do końca nasz kraj. Dlatego przede wszystkim trzeba pozbyć się PiS-u. Na resztę, czyli wartości, konkretne programy i budowanie demokracji, czas przyjdzie potem...

Takie podejście jest typowe dla polityków PO. Widać je również u niektórych publicystów, a także ekspertów. Nawet w przypadku Roberta Biedronia, który obiecuje nową jakość w polityce, wcale nie jest pewne czy chodzi o lepszą jakość demokracji czy po prostu sprawniejszy PR. Doradzający mu Jakub Bierzyński pisze otwarcie, że trzeba dawać ludziom, czego chcą. „Żeby wygrać, trzeba przejąć 500+", a nawet postulować poszerzenie tego świadczenia. „Twarde polityczne realia są takie, że albo obudzimy się po wyborach w państwie demokratycznym z gigantycznym deficytem i pustą kasą, albo obudzimy się w państwie autorytarnym z tak samo gigantycznym deficytem i pustą kasą" (wp.pl, 28 grudnia 2018).

Otóż po wyborach, nawet wygranych przez „nie-PiS", wcale nie musimy się obudzić w państwie demokratycznym. O tym, jakie to będzie państwo, zadecydują dopiero działania władzy i reakcje społeczeństwa. Tymczasem jest więcej niż pewne, że politycy, którzy dojdą do władzy, traktując wyborców instrumentalnie, jak „masę", którą należy uwieść fałszywymi obietnicami, nie zmienią swojego podejścia, gdy trzeba będzie walczyć o utrzymanie władzy. Z kolei zwykli obywatele, na pewno nie nabiorą szacunku do demokracji, ani też zrozumienia, na czym ona polega, jeśli w czasie kampanii wyborczej będą karmieni odrealnioną, czarno-białą wizją świata, w której wszystko sprowadza się do stereotypowego schematu: wroga (PiS), ofiary (dobrzy Polacy) oraz wybawiciela (wielka koalicja).

Innymi słowy: iluzją jest wyobrażenie, że w kampanii można stosować populistyczne metody. Wartości demokratyczne i łamanie konstytucji uznać za temat wstydliwy. Partie polityczne traktować jak „piłki" do politycznej żonglerki, nie patrząc na ludzi, którzy na nie głosowali. A potem nagle, z dnia na dzień przestawić wajchę i budować uczciwe i praworządne państwo.

By walczyć o liberalną demokrację, trzeba być wiarygodnym. Trzeba tę demokrację praktykować, tu i teraz, a nie dopiero w świetlanej przeszłości „jak już odsuniemy od władzy PiS". To zaś m.in. oznacza traktowanie obywateli podmiotowo, jako partnerów do budowania Polski, a nie obiektu manipulacji. Branie odpowiedzialności za swoje słowa, bez obiecywania wszystkiego, co tylko chcieliby usłyszeć wyborcy.

Przede wszystkim jednak trzeba pamiętać, że pluralistyczna demokracja to konkurencja wizji (kierunków rozwoju kraju i poszczególnych rozwiązań), a nie konkurs na najładniejsze opakowanie. I nie chodzi tu o naiwny idealizm. Wizję trzeba fachowo opakować, ale na początku trzeba ją mieć. Wtedy można też tworzyć koalicje oparte na porozumieniach programowych, a nie tylko na kalkulacji słupków poparcia i gabinetowych targach o miejsca na liście. Koalicje takie apelowałyby do wyborcy pomysłami na konkretne rozwiązania (np. demokratyzacyjne czy socjalne), a nie strachem i szantażem wyborczym „jak nie my to koniec świata".

W 1996 r. tzw. liberalno-demokratyczne elity w Rosji, przy poparciu Zachodu, zaakceptowały (aktywnie lub milcząco) korupcyjny pakt z oligarchami, którzy sfinansowali kampanię Borysa Jelcyna. Odłożono na bok wartości, aby nie dopuścić do władzy komunistów. Wybory udało się wygrać, ale idea liberalnej demokracji została dogłębnie skompromitowana. Do tej pory nie wiadomo, czy i jak uda się ją w Rosji odrodzić. To oczywiście przykład drastyczny i z odległych szczęśliwie realiów. Takich przykładów jest jednak na świecie więcej. Warto o nich pamiętać, bo wnioski z nich płynące mają swoją aktualność także dla dzisiejszych polskich zmagań.

Jeśli siły prodemokratyczne uznają, że w imię „walki ze złem" można (a nawet trzeba) odłożyć na bok demokratyczne zasady, to niezależnie od wyników wyborów sprawa demokracji w Polsce zostanie przegrana. I to prawdopodobnie na dużo dłużej niż na jedną kadencję.

Autorka jest dyrektorką „forumIdei" w Fundacji Batorego, a wcześniej była podsekretarzem stanu w MSZ (2012–2014) i ambasador RP w Rosji (2014–2016)

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA