fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nowak: Centralne sterowanie nauki

– Napisałem list w tej sprawie do prezesa PiS, bowiem to on, osobiście, podjął decyzję w sprawie wprowadzenia w życie ważnej reformy premiera Gowina, pomimo sprzeciwu profesorów – członków Klubu Parlamentarnego PiS – tłumaczy swój apel prof. Andrzej Nowak
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Odpowiedź historyka i publicysty na polemikę premiera Gowina, który zarzucił mu powierzchowną interpretację projektu reformy szkolnictwa wyższego.

21 grudnia ub. r. napisałem „List otwarty do prezesa Jarosława Kaczyńskiego w sprawie wolności polskiej humanistyki”. Wysłałem go najpierw do Adresata (via e-mail), a następnie opublikowałem w mediach. List w ciągu kilkunastu godzin – w czasie zdominowanym naturalnie przez przygotowania do Świąt – zyskał poparcie ponad 70 profesorów tytularnych ze środowisk naukowych z całego kraju.

Zareagował na ten list wicepremier, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Jarosław Gowin. Najobszerniej uczynił to na łamach „Rzeczpospolitej” w tekście opublikowanym 1 stycznia pt. „Uwolnić polską naukę od makulatury”. Pan Premier zechciał zredukować w nim problem wątpliwości wobec skutków reformy, nazwanej wzniośle Konstytucją dla nauki, wyłącznie do osobistych idiosynkrazji Andrzeja Nowaka. Przeciwstawia im autorytet „ok. 10 tys. profesorów, doktorów, doktorantów, studentów czy pracowników kadry administracyjnej uczelni”, którzy wzięli udział w pracach nad Konstytucją dla nauki. Pozwolę sobie stwierdzić zatem, że mój list, a raczej wyrażone w nim obawy, podzieliło może nie 10 tysięcy uczonych (nie miałem trzech lat na konsultacje, ani też wsparcia tysięcy urzędników, tylko swój prywatny komputer), ale jednak grupa profesorów o dużym autorytecie środowiskowym, w niektórych przypadkach potwierdzonym także sprawowanymi funkcjami reprezentantów całych dyscyplin badawczych. Przypomnę więc, że Adresat listu, a jeśli chce – także Premier Gowin – nie powinien odpowiadać mnie tylko, ale także, a może bardziej niż mnie, podpisanym również pod tym listem Krzysztofowi Mikulskiemu, prezesowi Polskiego Towarzystwa Historycznego; Wojciechowi Włodarczykowi, prezesowi Stowarzyszenia Historyków Sztuki; Tomaszowi Schrammowi, przewodniczącemu Komitetu Nauk Historycznych PAN, a także Komitetu Organizacyjnego 23. Międzynarodowego Kongresu Nauk Historycznych (Poznań 2020); Stanisławowi Rosikowi, przewodniczącemu Stałego Komitetu Mediewistów Polskich; Andrzejowi Rachubie, wieloletniemu przewodniczącemu Rady Naukowej IH PAN; przewodniczącym Kolegium IPN, Janowi Drausowi i Wojciechowi Polakowi. Prezes Kaczyński, podobnie jak minister Gowin, powinien być może zastanowić się nad tym, że niebezpieczeństwo bardzo poważnych, złych skutków wprowadzanej przez rząd PiS reformy nauki dostrzegają także ludzie reprezentujący co prawda „tylko” siebie i swój dorobek naukowy, tak różni na pewno w swych sympatiach ideowych, ale tak istotni dla oblicza polskiej humanistyki jak Jarosław Marek Rymkiewicz, Andrzej Walicki, Wojciech Roszkowski, Jacek Bartyzel, Jan Hertrich-Woleński, Anna Grześkowiak-Krwawicz, Ryszard Vorbrich, Roman Michałowski, Zofia Zielińska, Włodzimierz Suleja, Jan Prokop czy Krzysztof Dybciak (ograniczam się do tych kilkunastu nazwisk, by nie wyliczać wszystkich znakomitych „podpisantów”). Przypominam o tym, by nie traktować protekcjonalnie treści wyrażonych w naszym liście, jako wyrazu jednoosobowej, niekompetentnej (a nawet sprzecznej, jak pisze Pan Premier, z etosem nauki) krytyki, formułowanej „nie w oparciu o fakty, tylko o mgliste wyobrażenia”. Warto jednak wiedzieć, że jest nas więcej takich „niekompetentnych”, działających „wbrew etosowi nauki”.

Każda z osób, które podpisały ów krytyczny list, a także z tych, które, być może, chciałyby to jeszcze uczynić, może w swoim imieniu powiedzieć, z jakich powodów Konstytucja dla Nauki wydaje się jej groźna dla przyszłości humanistyki polskiej. Ja pozwolę sobie odnieść się tylko pokrótce, z własnej perspektywy, do argumentów, których użył Pan Premier. Wszystkie one mają uzasadnić jedno: potrzebę wzmocnionej regulacji, centralnie (przez Ministerstwo Nauki) sterowanej i kontrolowanej w każdym szczególe nauki. Pod tym względem reforma premiera Jarosława Gowina jest wierną kontynuacją, a nawet więcej – wielkim krokiem naprzód – w stosunku do tego, co wprowadzały już jego poprzedniczki z rządów PO, panie minister Kudrycka oraz Kolarska-Bobińska. One wprowadziły już listy z punktacjami dla poszczególnych czasopism naukowych; premier Gowin dodaje do tego listę wydawnictw książkowych, w których bezpiecznie (z punktu widzenia kariery naukowej) jest publikować. Wszystko będzie zmierzone i zważone. Mane, tekel… Ale wszystkiego, a raczej tego właśnie, co najważniejsze, co najbardziej wartościowe w humanistyce – nie da się zmierzyć. Zwłaszcza przyjętymi odgórnie, centralnie, w Ministerstwie, miarami.

Pan Minister stwierdził, że dzięki reformie będzie można uniknąć takich patologii, jakich przykładem ma być zgłoszenie przez nie wymienionego z nazwiska badacza 53 monografii jako dorobku z czterech tylko lat. Każda próba centralnego, odgórnego, całościowego wyeliminowania patologii z tak skomplikowanej, różnolitej rzeczywistości jak nauka (od matematyki do teologii), prowadzić jednak może do tworzenia nowych. Dam na to kilka nie anonimowych przykładów konsekwencji nowej metody „ewaluacji” (ach, ten ohydny żargon pseudonauki speców do „parametryzacji i punktologii”…). Z żadnego dzieła poświęconego życiu i twórczości Adama Mickiewicza, nawet z najnowszej monografii opublikowanej przez Cornell University Press, nie dowiedziałem się tyle, ile z opartego na gigantycznej pracy badawczej, ale i wyjątkowej wyobraźni cyklu sześciu książek Jarosława Marka Rymkiewicza „Jak bajeczne żurawie”. Uwieńczony został właśnie dziełem pod tak nienaukowym tytułem jak „Adam Mickiewicz odjeżdża na żółtym rowerze”. Za te książki oczywiście należałoby się autorowi, w świetle metod ewaluacji – zero punktów (autora „kompromituje” dodatkowo fakt, że najnowszą książkę wydał w tak nienaukowym wydawnictwie jak Evviva l’arte). Drugi przykład: piszę teraz recenzję w postepowaniu o nadanie doktoratu honorowego dla Wiktorii Śliwowskiej, mojej – tak się składa – naukowej Mistrzyni, ale także, nie tylko w moim przekonaniu, najwybitniejszej po śmierci Stefana Kieniewicza, badaczki polskiej historii XIX wieku. Cóż jednak zrobić: muszę w recenzji stwierdzić, że ten jej dorobek naukowego życia jest właściwie w świetle kryteriów Ministerstwa bardzo skromny. Profesor Śliwowska wydała bowiem kilkadziesiąt fundamentalnych dla naszej wiedzy tomów dokumentów z archiwów rosyjskich i polskich. Nie można bez nich zrozumieć historii polskich powstań XIX wieku, konspiracji międzypowstaniowych, losów polskich zesłańców. Ale cóż – prace edytorskie, jakże czasochłonne i jakże podstawowe dla humanistyki, są słabiutko punktowane... W dodatku Pani Profesor część swoich książek publikuje w nienaukowym wydawnictwie Iskry…

Ten przykład wart jest rozwinięcia w jednym jeszcze kierunku. Dorobek Pani Profesor, wybitnej także badaczki twórczości Hercena, Płatonowa i kultury rosyjskiej XIX-XX wieku, rozkłada się bowiem pomiędzy trzy dyscypliny: historię, literaturoznawstwo i nauki o kulturze. Tak zdefiniowała to nowa ustawa. Ale ustawodawca zakłada, że właściwie wolno zgłaszać swój dorobek tylko w dwóch dyscyplinach. Pan Minister zaznacza, w polemice z moim listem, żebyśmy się nie obawiali: ewaluacja „służy nie ocenie dorobku indywidualnego, lecz ocenie poziomu danej dyscypliny w danej uczelni lub instytucie”. Ale tu właśnie jest pies pogrzebany. Musiałem już podpisać odpowiednie deklaracje w moich dwóch miejscach zatrudnienia: w Instytucie Historii PAN oraz na Uniwersytecie Jagiellońskim, w których „upoważniam podmiot do wykazania osiągnięć pracownika” w danej dyscyplinie. Teoretycznie mógłbym zrobić to w dwóch dyscyplinach, ale zwierzchnicy naturalnie chcą, aby zgłosić raczej tylko jedną: tę, która reprezentuje dokładnie profil jednostki, w której pracownik jest zatrudniony. Badacz musi faktycznie wybrać jedną dyscyplinę i powiązane z nią czasopisma oraz wydawnictwa, a odrzucić pozostałe – lub zminimalizować do jeszcze jednej tylko, traktowanej jednak marginalnie. Gdzie tu miejsce na interdyscyplinarność? Co będzie z tak wieloma znanymi mi profesorami politologii, którzy jednocześnie są świetnymi badaczami historii, albo filozofami? Jeśli pracują w Instytutach Politologii, będą musieli raczej rezygnować z publikowania w „Dziejach Najnowszych” czy „Kwartalniku Historycznym” – bo to nie będzie się „opłacało” ich jednostkom badawczym… Straszak ministerialnej „ewaluacji” według dyscyplin, wymusza wręcz powrót do naukowej monokultury. Co więc będzie z absolwentami Międzywydziałowych Studiów Humanistycznych, mających przygotowywać właśnie nie wąskich specjalistów, ale humanistów, z szeroko, interdyscyplinarnie otwartymi horyzontami? Co będzie, w świetle logiki nowej reformy, z absolwentami działających na podobnej zasadzie, elitarnych studiów MISMAP (Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Matematyczno-Przyrodniczych)? Muszą wybrać: łopata albo miotła, chemia albo biologia; matematyka albo logika, fizyka albo technika – tego będą oczekiwali od nich naukowi pracodawcy. Dwa (a tym bardziej trzy) narzędzia mierzenia się z rzeczywistością – to już za dużo, to dla urzędników niewygodne… Wiem, że eksperci Pana Ministra podsunąć mogą mu kolejne gładkie, uspokajające formuły, którymi będzie mógł zapewniać znowu, że czegoś nie rozumiemy, że to nie tak. I wiem, że wszyscy rektorzy, którzy otrzymali dyktatorską władzę w nowej reformie, kosztem wewnętrznych ciał kolegialnych w uczelniach, oczywiście będą gotowi wtórować Panu Ministrowi, jak dobra jest Wielka Reforma.

Ale problemu to nie zmienia. Błędne koło własnych usiłowań dostrzegli nawet niektórzy „scjentometryści”. By nie zanudzać teraz Czytelników, odeślę do tekstu ogłoszonego przez jednego ze znawców tej szybko rosnącej paradyscypliny, Miloša Jovanovića, podczas 15. Międzynarodowej Konferencji Towarzystwa Scjentometrii i Infometrii (The Vicious Circle of Evaluation Transparency – An Ignition Paper. w: Proceedings of ISSI 2015, Istanbul 2015, s. 646–647). Rozpaczliwe wysiłki, by znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich rodzajów nauk i twórczych procesów, jakie zaczynać się powinny na uniwersytetach, mają oczywiście znaleźć sposób na wykazanie opłacalności. W przypadku humanistyki i nauk społecznych tę „opłacalność” mają mierzyć punkty przyznawane wydawnictwom i czasopismom z list światowych, lansujących najbardziej modne tendencje ideologiczne. Mamy tam publikować, najlepiej po angielsku, bo wtedy będzie rosło uznanie dla naszej nauki. Nasze uniwersytety będą pięły się w górę rankingów szanghajskich i innych. Jak to może wygląda

w praktyce nauk społecznych przypomniał niedawno eksperyment wykonany przez trójkę badaczy amerykańskich (anglistkę, matematyka i filozofa). Napisali oni wspólnie 20 artykułów i rozesłali do prestiżowych, „wysoko punktowanych” czasopism z takich dziedzin jak gender studies, sexuality studies, race studies oraz critical theory (czyli łącznie: „grievance studies”). Wszystkie teksty były świadomie stworzonym czystym bełkotem. Wśród nich znalazły się takie „perły” jak np. „Rape Culture and Queer Performativity at Urban Dog Parks” (proszę wybaczyć – nie przetłumaczę tego żargonu) albo po prostu – przepisany fragment „Mein Kampf” Adolfa Hitlera, gdzie tylko słowo „Żyd” zastąpiono wyrażeniem „biały mężczyzna”. 7 z tych 20 prób „humanistyki krytycznej” zostało po wewnętrznych recenzjach (peer review) przyjętych do druku. „Poprawioną” wersję „Mein Kampf” wzięła chętnie „Hypatia”, czasopismo feministycznej filozofii; tekst o kulturze gwałtu na podstawie zachowań psów w parkach opublikował miesięcznik „Gender, Place & Culture: A Journal of Feminist Geography”. Oba te czasopisma są oczywiście wysoko punktowane na najbardziej prestiżowej „liście filadelfijskiej” – i pozostają na niej. Autorzy intelektualnej prowokacji już natomiast stracili swoje akademickie stanowiska pracy… To może być przyszłość polskich nauk społecznych i humanistyki, jeśli będzie mierzona bezwzględną walką o punkty z takich właśnie centralnie ustalanych, politycznie poprawnych list.

Nie twierdzę bynajmniej, że na liście filadelfijskiej nie ma bardzo wartościowych naukowo czasopism także w dziedzinie humanistyki. Twierdzę natomiast, że traktowanie jako jedynie słusznego kompasu rozwoju nauk społecznych i humanistyki wskazań tej listy czy też sporządzonej przez firmę Elsevier bazy literatury cytowanej Scopus na pewno nie wyeliminuje „naukowej makulatury”. Pomoże natomiast, niestety, wyeliminować stopniowo tę część aktywności humanistów, która nie wyczerpuje się w badaniach naukowych i walki o międzynarodowe „cytowania”. To jest – powtórzę – całkowicie nie mieszcząca się w systemach punktacji Konstytucji dla nauki społeczna rola humanistyki, popularyzacja wiedzy o historii, o literaturze, o kulturze, o myśli. Popularyzacja się w ramach owej Konstytucji nie opłaca – przynosi „zero” punktów. Syntezy np. dziejów Polski czy polskiej literatury nie mają tutaj żadnej wartości. Podobnie nie będą jej miały studia publikowane w uznanych przez Ministerstwo za „zaściankowe” pismach czy wydawnictwach, w lokalnym narzeczu (to jest po polsku), bez żargonu queer studies czy innych „critical theories”, ale podejmujące lokalną także historię np. Tarnowa, poezji Kornela Ujejskiego (tak, tego od cytatu: „inni szatani byli tam czynni”) czy architektury dworkowej w powiecie otwockim. Za takie „bzdury” trudniej będzie o punkty. Trzeba więc będzie się „przestawić” na tematy modne, zgodne z aktualnie lansowanym przez pisma i wydawnictwa z „wielkich list” żargonem i metodologicznymi fajerwerkami, coraz częściej zastępującymi jakąkolwiek wartość merytoryczną. I młodzi, jeśli będą chcieli przetrwać w systemie nauki, będą się „przestawiać”. Uniwersytet Jagielloński może dźwignie się rzeczywiście dzięki tej reformie z piątej setki do czwartej. Będziemy z tego dumni. To będzie miara sukcesu reformy. Może. Ja jednak zapytałem o możliwą cenę tego ewentualnego sukcesu, który zapowiada w dziedzinie nauki rząd PiS. I, okazuje się, nie byłem w swych obawach samotny.

Gdybym miał je streścić jednym zdaniem, przytoczyłbym słowa pewnego filozofa, którego dr filozofii, Jarosław Gowin zna na pewno. Ów filozof, Immanuel mu było na imię, napisał ponad dwa wieki temu, że „z drzewa tak krzywego, z jakiego zrobiony jest człowiek, nie da się wystrugać nic prostego”. Ministerstwo chce jednak wystrugać jak najprostsze narzędzie, by to drzewo obrabiać, mierzyć, oceniać, ostatecznie – strugać. Takim narzędziem ma być „nowa humanistyka”, ta „opłacalna” i „mierzalna” standardami opracowanymi w cieniu centralnego gabinetu, według najnowszych wzorów Scjentometrii i Infometrii.

Napisałem list w tej sprawie do Prezesa PiS, bowiem to on, osobiście, podjął decyzję w sprawie wprowadzenia w życie ważnej reformy Premiera Gowina. Przypomnę, że przeciw tendencjom tej reformy protestowali zdecydowanie profesorowie – członkowie Klubu Parlamentarnego PiS, z marszałkiem Ryszardem Terleckim i Włodzimierzem Bernackim na czele. Prezes rządzącej partii rozstrzygnął jednak: będzie tak, jak zaproponował premier Gowin, a nie tak jak chcą posłowie PiS. Dlatego to na nim ciąży specjalna odpowiedzialność za skutki tej reformy. Prezes jednak teraz milczy. Odpowiada za niego minister Gowin. Jednak ci, którzy ów list poparli lub chcieliby poprzeć, milczeć nie mogą. Wiemy, że spór o skutki Konstytucji dla nauki w dziedzinie humanistyki polskiej, a może także innych dziedzin i dyscyplin (jak choćby zagubiona gdzieś w reformie biotechnologia) rozstrzygnie przyszłość. To „sędzia oświecony i sprawiedliwy, który przychodzi jednak zawsze za późno”. Kto będzie wiedział skąd ten cytat i co on znaczy, kiedy nie będzie już „starej” humanistyki? Poruszeni tym pytaniem o przyszłość polskiej myśli – będziemy kołatać dalej. Bo to nasz, nie punktowany, ale jednak ważny obowiązek.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA