fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Edward Czapiewski: Coś drgnęło na zabetonowanej polskiej scenie

Fotorzepa, Ada Michalak
Jest trochę zamieszania na naszej scenie politycznej. Rozstrzygnięcie I tury wyborów prezydenckich zwraca uwagę na umocnienie się trendu bezpartyjnego.

Wynik wyborczy Szymona Hołowni warto skomentować, ale o tym za chwilę. Wyraźny jest jednak drugi trend świadczący o polaryzacji postaw wyborczych. W tym rozstrzygnięciu nie chodzi tylko o nazwisko konkretnego prezydenta. To jest wybór pewnej filozofii rządzenia. 

Obóz sygnowany teraz nazwiskiem Andrzeja Dudy, za którym skrywa się Jarosław Kaczyński, dąży konsekwentnie do reżimu autorytarnego, czyli absolutnej przewagi władzy wykonawczej nad władzą ustawodawczą i sądowniczą. Proces ten jest bardzo zaawansowany i stanowisko prezydenta jest tutaj kluczowe, bowiem zwycięstwo Dudy pozwoli na zrealizowanie bez przeszkód koncepcji autorytarnej, w której opozycja zostanie zmarginalizowana tak, jak to się stało za reżimu sanacyjnego. 

Drugi obóz, który uosabia Rafał Trzaskowski, walczy o przejęcie prezydentury. To przyczyni się do powstania większej równowagi między obozem władzy a obozem opozycyjnym. Zwycięstwo Trzaskowskiego pozwoli na lepszą kontrolę nad dotychczasowymi działaniami obozu PiS, który praktycznie przez pięć lat przeprowadzał co chciał nie licząc się z procedurami demokratycznymi. Koniunktura gospodarcza pozwalała, dzięki rozmaitym prezentom, na otrzymanie dużego poparcia od elektoratu. Zatem walka nie toczy się o to kto kogo pokona, ale jaka Polska wyłoni się w wyniku tych wyborów. Obóz władzy wstrzymał na blisko pół roku dalsze zmiany (a także schował ostatnio co bardziej drażniących opinię publiczną polityków). Jednak po zwycięstwie Andrzeja Dudy bez wątpienia dokończy zmiany nie tylko w sądownictwie, ale też może osłabić pozycję samorządu terytorialnego odbierając mu kompetencje i pieniądze. Centralizm jest wszak w programie PiS. Zatem do wyborców należy decyzja jakiej chcą Polski: autorytarnej czy demokratycznej z jej słabościami, ale pod kontrolą społeczeństwa. Przypomnę słynne powiedzenie Piłsudskiego: Czy Polską da się jeszcze rządzić bez bata?

Powrócę do wyniku Szymona Hołowni, bowiem wskazuje on na silny trend w kierunku bezpartyjności. Rysujące się zmiany będą możliwe tylko w warunkach państwa demokratycznego. Na razie wynik trzeciego kandydata pokazał, że jest w naszym społeczeństwie zapotrzebowanie na ruchy bezpartyjne. Ta nić bezpartyjności, z różnym natężeniem, ciągnie się od początków III RP. Na początku były Komitety Obywatelskie, w których skupiały się różne nurty polityczne dające początek partiom politycznym o różnych odcieniach. Później był Bezpartyjny Blok Wspierania Reform, któremu najbardziej zaszkodził ścisły związek z prezydentem Wałęsą. Następnie był AWS, który skupił w sobie różne partie polityczne i bezpartyjnych. On także skończył marnie.

Od wyborów samorządowych w 2002 r. zaczęły kształtować się ruchy bezpartyjne skupione wokół lokalnych przywódców: prezydentów, burmistrzów i wójtów. I jest to wyraźna, umacniająca się tendencja. Były próby wykorzystania bezpartyjności przez Janusza Palikota i Pawła Kukiza, ale skończyły się po prostu klapą. Obaj przywódcy nie zbudowali silnych struktur w terenie. Iną drogą poszli Bezpartyjni Samorządowcy tworząc mocny ruch na Dolnym Śląsku, który w wyborach do samorządu na szczeblu wojewódzkim uzyskał 15% głosów jesienią 2018 r., a w skali kraju ponad 5%. Jego twarzami są marszałek województwa dolnośląskiego Cezary Przybylski i Robert Raczyński - prezydent Lubina. Ich liderowanie opiera się bardziej na autorytecie wśród samorządowców, niż na organizacyjnej podległości. Ten pluralizm przynosi efekty, bowiem z natury samorządów wynika, że centralne sterowanie nie jest wskazane. Bezpartyjni Samorządowcy pomimo regionalnej koalicji z Prawem i Sprawiedliwością nie stali się i nie staną przystawką do skonsumowania przez PiS, lecz zachowują pełną odrębność i twardość w obronie idei samorządowej. W sprawach ważnych dla naszego państwa, jak widać, można porozumieć się ponad podziałami. 

Na tym tle należy rozpatrywać wynik Szymona Hołowni w kampanii prezydenckiej. Uzyskał on w twardym zwarciu prawie 14% głosów wyborców, co jest dobrym wynikiem. I są to głosy wyborców stanowczo opowiadających się za bezpartyjnością i obecnością ruchu pozapartyjnego w życiu politycznym. Wcześniejsze wybory samorządowe ukazały tę tendencję. Możliwości sięgają progu około 20 procent wyborców. Pamiętajmy jeszcze o tych, którzy nie biorą udziału w głosowaniu i jakiś procent tych potencjalnych wyborców może wesprzeć ruchy bezpartyjne.

Czy w takim razie przyszłość należy do bezpartyjnych? Trudno na to pytanie odpowiedzieć twierdząco, ponieważ partie na trwale wpisały się w polski pejzaż polityczny. Natomiast w przypadku Bezpartyjnych Samorządowców trzeba stwierdzić jasno, że nie będzie to partia, ale bardziej ruch w obronie podmiotowej roli samorządów. Zagrożenia dla pomniejszenia roli samorządu terytorialnego w Polsce są coraz bardziej widoczne. Partia rządząca w ostatnim programie nie kryje swojej woli wzmacniania władzy centralnej i administracji rządowej w terenie – silna rola wojewodów kosztem samorządu wojewódzkiego. Sygnalizuję na razie tylko problem. Natomiast ataki są coraz bardziej widoczne. Winę za przygotowane nieudolnie i niezgodnie z prawem, pod wodzą Jacka Sasina, głosowanie 10 maja próbuje się zwalić na samorządy. Samorządowcy mieli rację, że nie można przeprowadzić wyborów wydając listy wyborców Poczcie Polskiej bez uchwalonej jeszcze ustawy. Wiceminister Marcin Horała oskarżył wręcz samorządowców o sabotaż. A kto zrobił ten sabotaż? Rząd PiS przygotowując dyletancko sprzeczną z prawem ustawę. Wycofał się dopiero, kiedy było już ewidentnie jasne, że głosowania nie da się przeprowadzić 10 maja. Czy wyciągnięto z tego wnioski? Jest to co najmniej wątpliwe. 

Bez względu na wynik II tury coś drgnęło na zabetonowanej polskiej scenie politycznej. Nowy ruch pod przywództwem Szymona Hołowni przekształca się nie tyle w partię ze strukturami, lecz bardziej w bezpartyjny blok. Łączy on ludzi o różnych poglądach, lecz myślących o przyszłości Polski. Istota samorządności jest jednym z głównych nurtów programowych nowego ruchu. Zaistniała szansa na wzmocnienie potencjału bezpartyjności, który waha się na dzisiaj mniej więcej w okolicach 20 procent całości elektoratu. Na drodze rozwoju i obrony samorządności istnieje szansa na wspólne działania z Bezpartyjnymi Samorządowcami. Czynnik ten może stabilizować polską scenę polityczną i wywierać istotny wpływ na podejmowane reformy zarządzania naszym państwem. 

Potrzebny jest zatem silny samorządowy ruch bezpartyjny, który w porozumieniu z partiami stojącymi na gruncie Konstytucji i demokracji wspólnie zastanowi się nad drogami naprawy naszego państwa, tym bardziej, że za drzwiami coraz głośniej kołacze kryzys gospodarczy, przyspieszony przez epidemię koronawirusa. Była już taka próba w Gdańsku z okazji obchodów trzydziestolecia zwycięstwa wyborczego 4 czerwca, ale jak to u nas: rozeszło się po kościach. A taka debata i wypracowanie programu naprawy Polski jest niesłychanie potrzebne. Na zakończenie przytoczę wypowiedź młodego człowieka na Twitterze, któremu trudno było zrozumieć, jak doszło do tego, że własnymi siłami doprowadziliśmy do upadku I Rzeczypospolitej. Patrząc na to, co dzieje się w ostatnich latach, już zrozumiał. Zatem wyciągajmy wnioski z naszych pogmatwanych dziejów. Umiemy walczyć o wolność i suwerenność, ale później mamy problem, jak tę wolność dobrze zagospodarować.

Prof. dr. hab. Edward Czapiewski jest historykiem, samorządowcem, felietonistą, wykładowcą akademickim przez lata związanym z Uniwersytetem Wrocławskim oraz  Dolnośląską Szkołą Wyższą we Wrocławiu

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA