fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jerzy Karwelis: Potrzeba nowej ustawy Wilczka

FOTORZEPA/ RADEK PASTERSKI
Epidemia jest okazją do przeprowadzenia deregulacji. Rewolucyjnej, ale zrozumiałej i akceptowalnej dla wszystkich zmiany sposobu działania polskiej gospodarki - pisze publicysta.

Kwarantanna to duże wyzwanie – zostać tak nagle sam na sam ze sobą w domu. To nam pokazuje, w jak wielkiej mierze jesteśmy przywiązani do interakcji ze światem zewnętrznym, jak bardzo jesteśmy przypięci do systemu. Ten okres narodowych rekolekcji może być, tak jak w Kościele, przyczynkiem do refleksji nad swoją kondycją, momentem zatrzymania się i rozglądnięcia się dookoła.

Mnie interesuje w tym względzie jeden aspekt. Otóż po pierwszej fali sensacji dotyczących rozprzestrzeniania się wirusa Polacy zauważyli swoją gospodarkę. To znaczy przedsiębiorcy, którzy musieli zamknąć swe zakłady albo ograniczyć działalność, widzieli ją od razu, ale Polacy spoza tego kręgu zobaczyli ją dopiero teraz. Pracownicy takich przedsiębiorstw widzieli to trochę wcześniej, ale ogół ekscytował się maseczkami, rozległością zakazów oraz postępami epidemii. Niestety trzeba było koronawirusa, by Polacy zobaczyli polską gospodarkę jako drugi najważniejszy problem poza zachorowaniami. Ogół Polaków zauważa więc dziś ją po raz pierwszy, w dodatku w momencie jej kryzysu i to w stopniu nieznanym. A więc jako groźną i nieprzewidywalną.

Dwie fazy pomocy

Pracodawcy nie wiedzą, kiedy będą mogli rozpocząć swą działalność i czy dotrwają do tego momentu. Dobijają ich stałe koszty ponoszone bez względu na to, czy mają jakieś przychody, czy nie. Podatki, które muszą zapłacić za luty, kiedy wszystko jeszcze było dobrze, składki, opłaty i czynsze. A wszystkie koszty dotąd płacili raczej na bieżąco, czyli na zapłacenie lutego brali kasę z dochodów marcowych. Im dłużej będzie trwał stan gospodarczego zawieszenia, tym bardziej będą się rozchodziły nożyce przychodów i kosztów stałych. Teraz ta gospodarka „na styk” ma swoje konsekwencje. Są bowiem przed nami dwie fazy. Dwie, a ja się boję, że rząd widzi tylko jedną.

Pierwsza to faza pomocowa, która powinna w swej istocie pozwolić na zamknięcie tych rozjeżdżających się nożyc przychodowo-kosztowych. Przedsiębiorstwa muszą odzyskać płynność, by po pandemii móc wznowić działalność. I pod tym względem można ocenić potencjalną efektywność działań w ramach tzw. tarczy antykryzysowej. Ale ważniejsza jest faza druga, o której na razie cicho. Jeśli – a to zadanie niepewnej fazy pierwszej – polskie przedsiębiorstwa ocaleją, to po pandemii będą musiały wejść do działalności na rynku o cechach recesyjnych. I to druga faza. Konsumenci będą ostrożniejsi, bo po pandemii raczej zmienia się model życia z konsumpcyjnego na oszczędnościowy, banki się usztywnią z akcją kredytową itd. Będzie trudniej.

I teraz powstaje pytanie: czy tę recesję da się przejść w gospodarce ułożonej według reguł „przedkoronowych”? Mnie się wydaje, że nie.

Co nas nie zabije…

Od wielu lat komentatorzy i uczestnicy gospodarki widzieli system ekonomiczny jako działający według wirtualnych reguł, które wcześniej czy później zweryfikuje rzeczywistość. Mnożyły się wizje rozwiązania tej sytuacji w sposób nagły; resetu, nawet z jakąś formą wojny w tle. Większość przeczuwała, że to się musi zawalić i to w sposób gwałtowny, bo sam system nie jest w stanie wygenerować z siebie samonaprawczych trendów. Dotyczyło to także polskiej ekonomii. Olbrzymie opodatkowanie wynagrodzeń, lawina regulacji, koncesji i zezwoleń, trudność w dostępie do kapitału tłamsiły polską wrodzoną przedsiębiorczość. Teraz przyszedł reset i, da Bóg, ani gwałtowny (choć nagły), ani zagrażający istnieniu narodu. Można po nim wrócić do starego, ale wtedy wyjście z recesji będzie bardzo niepewne. Można też wykorzystać ten moment jako próg przejścia.

W drugiej fazie gospodarka nie będzie potrzebować wyłącznie pieniędzy pomocowych od państwa. Będzie potrzebowała deregulacji – po prostu wprowadzenia od nowa ustawy Wilczka z 1988 roku, bo to ona (pomijając uboczny efekt uwłaszczenia się nomenklatury) wydobyła na światło dzienne gospodarczy potencjał Polaków, nie Balcerowicz. Weźcie sobie te pomocowe pieniądze z powrotem do budżetu, a gospodarce przywróćcie wolność. Będzie to mniej kosztowało budżet, a da lepsze efekty przy wychodzeniu ze spodziewanej recesji. Jeśli już państwo ma dawać kasę, to na akcję kredytową w bankach – i dobrze pilnować, czy banki wspierają tymi pieniędzmi polską przedsiębiorczość wychodzącą z kryzysu. Jeśli polski biznes dostanie kapitał i mniej regulacji, to sam sobie przebije drogę przez recesję.

Pierwsza faza ratunkowej pomocy będzie wymagała od państwa środków. Ale jeśli po odzyskaniu równowagi wejdziemy w fazę drugą w tym samym systemie regulacyjnym, moim zdaniem nie będzie efektów wyjścia z recesji. Koronawirus jest okazją do nagłej, rewolucyjnej, ale zrozumiałej i akceptowalnej dla wszystkich zmiany sposobu działania polskiej gospodarki.

Wtedy nie tylko odtworzy się stan sprzed pandemii, ale uruchomiony też zostanie tłamszony do dziś potencjał polskich przedsiębiorców. Będzie to „wartość dodana” wynikająca z tego kryzysu.

Polska klasa średnia

Polacy zauważyli polską klasę średnią. Jest to polska odmiana tej klasy, bo zarobkowo średnia nie jest. Może zbliża się do krajowych średnich zarobków, ale to nie jest jej wyznacznikiem. Nie jest majętna i – jak widać nie tylko ona – żyła z dnia na dzień, rozwijała się organicznie i pandemia złapała ją w wykroku. Bez oszczędności i zapasów.

Klasa średnia nie odłożyła oszczędności, bo ma kolosalne koszty związane z obsługą danin państwowych. Jest obecnie w takiej sytuacji jak pracownik na śmieciówce na kwarantannie – bez następnego zlecenia za miesiąc nie będzie miał co do garnka włożyć.

Ale to nasza klasa średnia dostarcza gros podatków do budżetu i zatrudnia gros pracowników. To ona, a nie wielkie korporacje, płaci w Polsce podatki. I dziś państwo i pracownicy to zauważyli. To znaczy państwo widzi i obserwuje swego głównego płatnika od dawna, tylko teraz się okazuje, że jak do rozwierania przez państwo nożyc przychodowo-kosztowych doszedł jeszcze wirus płynności, to państwo musi się zastanowić, jak te nożyce zewrzeć. Tu lepiej dać polskiej klasie średniej wolność w wyborze tej drogi, niż stymulować pozory wzrostu pieniędzmi przy utrzymaniu dotychczasowych regulacji.

No i pracownicy. Może teraz, widząc całość wyzwań, przed jakimi stoją ich pracodawcy, nabiorą trochę szacunku do ich codziennych zmagań. Pracownik powinien dziś zrozumieć, że to pracodawca wnosi do przedsiębiorstwa wartości dodane inne niż praca pracownika: pomysł na biznes, sposób jego zorganizowania i to, co dziś wychodzi na jaw: ryzyko.

Polski pracodawca ma w społeczeństwie niezasłużenie złą opinię, w dodatku wzmacnianą mediami. Wiem, że jak idzie produkcja i wypłaty są na czas, to nie jest to żaden news, a portret pazernego buraka w mokasynach na białe skarpetki dobrze sprzedaje się w filmach. Ale teraz, kiedy pracownicy sami się zastanawiają, czy ich pracodawca wyrobi się po kwarantannie i w ogóle otworzy zakład; kiedy już wiadomo, że w recesji rynek pracownika zamieni się w rynek pracodawcy i nie będzie już można grymasić na spotkaniach rekrutacyjnych, jeśli w ogóle do nich dojdzie... Mam nadzieję, że szacunek do pracodawcy nie tyle powróci, bo go raczej nie było, ile stanie się stałym elementem relacji rynkowych.

Wykorzystać wyzwanie

Jeżeli po tych wirusowych rekolekcjach wszystko ma być po staremu, to moim zdaniem stracimy wielką szansę na zmianę. Zmianę, która i tak jest konieczna, i tak nadejdzie. Lepiej więc ją przeprowadzić samemu na własnych warunkach, wykorzystując ten społeczny reset wirusa. Inaczej konieczność tej zmiany i tak do nas wróci, ale w sposób niekontrolowany, w niewybranym przez nas czasie i zakresie. I wtedy z tęsknotą wspomnimy czasy niewykorzystanych polskich rekolekcji.

Jerzy Karwelis jest autorem książki „Trzeci sort”

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA